czwartek, 13 października 2016

Węgierskie dzieci

Był rok 1956. Przyszedł czas na spłatę polskich długów wobec węgierskich przyjaciół.

– Panie Antoni – Lucyna zwróciła się teraz do swego towarzysza – może pan opowie tę niezwykłą historię, a potem obejrzymy zdjęcia. – Jesienią pięćdziesiątego szóstego, o ile się nie mylę w listopadzie, na stacji kolejowej w Muszynie zatrzymano dwa bydlęce wagony i odstawiono na bocznicę. W wagonach siedemdziesięcioro dwoje brudnych, głodnych i zmarzniętych dzieci czekało na pomoc. To były dzieci w wieku od kilku do kilkunastu lat. Wtedy to naczelnik stacji Władysław Krupa, który za okupacji był uchodźcą
w Keszthely, ruszył na ratunek. Najprawdopodobniej nielegalnie z jego polecenia przetoczono oba wagony do jego rodzinnej miejscowości, czyli do Marcinkowic koło Nowego Sącza, gdzie proboszcz Jan Góra i mój ojciec, Jan Mróz, natychmiast wezwali mieszkańców do pomo­cy nieszczęsnym dzieciom. Małych przybyszów zakwaterowano ostatecznie na jakiś czas w internacie szkoły rolniczej. Marcinkowiczanie nie szczędzili sił, aby im pomóc jak tylko się dało.
– Przepraszam, że wejdę w słowo – przerwała opowieść Marta. Czy u was odbyły się jakieś uroczystości rocznicowe?
– Tak. W lipcu 2006 roku, ale zaraz do tego dojdziemy.
– Czy nie było chętnych do adopcji? – zainteresowała się Joanna.
– Nie było o tym mowy! Dzieci zatrzymano w Polsce do czasu, kiedy na Węgrzech sytuacja wróciła do normy i wtedy powróciły do ojczyzny. Nasze dzieci po pobycie w Marcinkowicach pojechały do Krynicy, gdzie zakwaterowano je na jakiś czas w „Hajduczku”. Poza grupą, o której mó­wię, były inne np.: w Nowym Sączu, Szczawnicy, Zakopanem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz