środa, 4 czerwca 2014

Kolejna oferta budzi nadzieję, że w mojej pracy wykorzystam kwalifikacje zawodowe i zajmę się afatykiem

Skoro jestem tak głupia jak skonstatowała Zośka i nie potrafię wykorzystać pomyślnych dla mnie wiatrów (jak to wynikało z poprzedniego fragmentu), nie pozostaje mi nic innego jak szukać szczęścia po raz kolejny.

Dzwonię do kolejnej agencji. W słuchawce odzywa się młody, dźwięczny głos. To Polka mieszkająca tu na stałe. Rozmawiamy dość długo, nic dla mnie nie ma, ale namawia, bym była z nią w kontakcie, to z całą pewnością coś znajdzie.
Wreszcie pewnego dnia...

Rodzina z Long Island. Mąż, ojciec po wylewie - afazja. Potrzebna opiekunka. Chcą się ze mną spotkać w niedzielę.
Startuję po raz dziesiąty z dworca centralnego. Stacyjka niewielka, wieje, zimno, w końcu to już listopad. Dzwonię. Automatyczna sekretarka powiada uprzejmie, że państwa nie ma w domu. Ponawiam próbę - to samo. Brakuje mi drobnych. Zaczepiam Amerykankę w średnim wieku, rozmienia moje dolary, próbujemy, znów automat.
Kobieta namawia dwie dziewczyny z samochodem, by mnie podwiozły. To podobno kilkadziesiąt kilometrów. Zgadzają się chętnie. Jadą w tym samym, co i ja kierunku. Niestety po dwudziestu minutach zmieniają zdanie i wysadzają mnie przy stacji benzynowej stojącej na kompletnym pustkowiu. Lodowaty wiatr przeszywa na wylot. Jestem głodna. Włażę do środka. Trzech dryblasów z obsługi przygląda mi się bacznie. Ponawiam próby z telefonem - znów maszyna. Któryś z mężczyzn, chcąc mi pomóc, dzwoni raz po raz, wreszcie o dziwo udaje się. Z jego wyjaśnień wynika, że uzyskiwaliśmy do tej pory połączenie z innym numerem. Teraz wiadomo, że ludzie, o których mi chodzi, nie mają w domu automatycznej sekretarki. Czekają natomiast od przeszło dwóch godzin na znak życia ode mnie. Dzwonili w dodatku dwukrotnie do kuzyna, wprawiając go tym w popłoch, że wpadłam jak kamień w wodę. Tak, czy inaczej, moi potencjalni pracodawcy wsiadają natychmiast w samochód, by odebrać mnie na stacji w ciągu pół godziny. Czekam. Mija jedna godzina, potem druga. Jestem coraz bardziej zmarznięta. Dostaję szklankę wrzącej herbaty, a mój „pomagier” mówi:
- Wracaj do New Yorku. Oni już nie przyjadą. Amerykanie uwielbiają zawracać głowę. Uważają, że odmówić wprost, to brzydko, więc kręcą. Zawiozę cię na stację kolejową.
Jestem u kresu sił, więc korzystam z oferty, ale czuję się nieswojo. Nie znam człowieka i nie mam pojęcia, gdzie jestem. W drodze mężczyzna decyduje, że zawiezie mnie do moich niedoszłych pracodawców, by rozwiać do końca wątpliwości.
Pół godziny pełnym gazem i jesteśmy pod kondominium tonącym w kwiatach. Naciskam dzwonek, uchylają się drzwi zamknięte na łańcuch. Kolorowa dziewczyna wystawia czubek nosa i informuje, że państwo gdzieś wyjechali. Pytam, czy nie mówili, że jadą po opiekunkę? Jest nieprzyjemnie zdziwiona. Ona jest opiekunką, nie składała wymówienia, a państwo są z niej bardzo zadowoleni.
- No, widzisz? To nie trzyma się kupy - konkluduje mój dobroczyńca - jedziemy na dworzec.
Jesteśmy na miejscu. Nowy znajomy nie chce słyszeć o zapłacie, bąka z ponurą miną, że trzeba sobie pomagać. Zacny facet i tyle - myślę wsiadając do pociągu.
Jest zupełnie ciemno. Do mieszkania kuzyna docieram ok. 21.00 (wyjechałam o 6.00). W progu Staszek, nie dopuszczając mnie do głosu, robi awanturę.
- Gdzieś ty się właściwie podziewała!? Kiedy ci ludzie przyjechali na stację benzynową, ciebie już nie było. Spóźnili się, bo złapali dwie gumy. Pognali na dworzec, też już czmychnęłaś. Dzwonili tu pięć razy. Nie dość, że mam pilną robotę, a oni co chwilę zawracają mi głowę, to chce mnie szlag trafić, bo nie wiem, czy ci się coś nie stało! Bardzo im zależy na kontakcie z tobą - dodaje już spokojnie. Jutro musisz jechać do nich do biura (jeszcze dalej niż dziś), kazali ci wziąć z dworca taksówkę.

*

O 6.00 rano w poniedziałek ponowny start.
Wysiadam na wskazanej stacyjce. Na szczęście wiem, co mam robić, bo mój rozmówca z pociągu wyjaśnił mi, że mogę wsiąść tylko do tej taksówki, w której jest komplet pasażerów i każdy płaci swoją część. Jeśli zrobię inaczej, będę wożona w kółko, kierowca natychmiast zorientuje się, że jestem przyjezdna i zapłacę jak za woły.
Ostrzeżona, bez niespodzianek dojeżdżam na miejsce. Czeka cała rodzina: ojciec - mój przyszły podopieczny, jego żona, bardzo elegancko ubrana starsza pani i syn biznesmen, nieskazitelny brunet z kilkoma srebrnymi nitkami we włosach, wypielęgnowanymi rękoma i wspaniałym uzębieniem.
Zaczyna się magiel. Po dwóch godzinach wiedzą o mnie wszystko. Starszy pan na znak aprobaty uśmiecha się i kiwa głową. Mają zamiar zapłacić trzysta dolarów za sześć dni pracy - jeden wolny. Nie jestem zachwycona. Na Queens kawał drogi. Jazda w dwie strony pochłonie lwią część wolnego, a gdzie chwila wytchnienia?
- Wolnym dniem nie będzie ani sobota ani niedziela, tylko czwartek - wyjaśnia młodzian.
- Jak to czwartek? Po co mi wolne w czwartek, wtedy wszyscy pracują. Sakramentalne - I'm sorry - to twój problem.
- Musisz wyjechać o 6.00 rano i wrócić między 22.00, 23.00, bo wcześniej nikogo nie będzie w domu, a kluczy nie dostaniesz.
To już najmniej mi się podoba.
- Kto w środku nocy przyjedzie po mnie na stację? - pruję wątek dociekliwie.
- Weźmiesz taksówkę - wyjaśnia z niezmąconym spokojem „nieskazitelny”.
- Kto będzie płacił za taksówkę?
- Oczywiście ty - wyjaśnia nieco zniecierpliwiony. - Przecież zarobisz tyle, że będzie cię na to stać. Możesz nie korzystać z wolnego dnia (wiem, czym to pachnie, od razu mam przed oczyma Martę).
Zirytowana pytam, czy nie mogli mi o tym wszystkim powiedzieć przez telefon. Żądam zwrotu pieniędzy przynajmniej za taksówkę wziętą na ich wyraźne życzenie.
- Praca ci nie odpowiada? - krzywi się „Cuduś”. - I'm sorry nie jestem ci nic winien.
Wychodzę na zewnątrz. Wszystko się we mnie „telepie”. Głód skręca kiszki. To, co porwałam w biegu z domu, zjadłam jeszcze w pociągu, żadnego sklepu, nie mam gdzie kupić papierosów. Na schodach siedzi pracownica biurowca i pali. Proszę, by mnie poczęstowała. Widząc jak trzęsą mi się ręce, pyta, co się stało. Załamującym się (nie wiem, czy bardziej z furii, czy z rozpaczy) głosem, opowiadam, co i jak i pytam, jak dostać się do stacji kolejowej. Nie wie, jakimi drogami krążą autobusy komunikacji miejskiej. Tu wszyscy jeżdżą samochodami. Przecież nie wrócę piechotą! Do Staszka nie zadzwonię, bo mnie zabije (poza tym nie ma samochodu - jeździ taksówkami). Mam ponadto pełną świadomość faktu, iż przyjechałam tu wyłącznie na własną odpowiedzialność i ryzyko. Wtedy właśnie przychodzi mi do głowy karkołomny pomysł.