piątek, 7 października 2016

"Tajemnica węgierskiego manuskryptu"


Ślady Kazimierza Korneckiego
Miasteczko na wzgórzu nad Popradem wyglądało pięknie w słoneczny sierpniowy dzień. Samochód wjechał w zakręt obok kościółka. Droga wznosiła się gwałtownie. Ich oczom ukazał się schludny piwniczański ryneczek, brukowany kocimi łbami, na środku malownicza studnia w kępie starych drzew i figura św. Floriana. Droga w kierunku Kosarzysk i Suchej Doliny prowadziła wzdłuż potoku Czercz. Niebawem były na miejscu. Na skarpie stał przepiękny dom w stylu góralskim. Na tarasie skąpanym w słońcu siedziała siwiusieńka kobieta, niewielkiego wzrostu. Energicznym krokiem podeszła do schodów, witając gości. To jest sławna „Tatarzyna”, musi być wiekowa – pomyślała Marta. No cóż, każdy ma tyle lat, na ile wygląda,
a ona robi wrażenie młodszej ode mnie, a przecież to niemożliwe. Uprzedzona telefonicznie o wizycie pani Maria, usadziła obie kobiety  w przytulnym wnętrzu, podając ciasteczka i znakomitą kawę. Była przywyczajona do zachwytów nad urodą domu, zbudowanego przez męża, legendarnego „Tatara”, dowódcę 9 kompanii III Batalionu Pułku Strzelców Podhalańskich Juliana Zubka. Wspierany przez dwóch synów, stworzył dzieło sztuki. Widzą panie, że sąsiedztwo mamy niestety szpetne. Byliśmy bezradni wobec urzędniczej decyzji o zabudowie. Panie przyjechały, by się dowiedzieć czegoś o kurierze, który mógł przeprowadzać przez granicę ojca pani?

Tak, dostałam po latach wiadomość, że tatę widziano w pobliżu granicy,
z wysokim mężczyzną o blond włosach w mundurze leśnika. Mój mąż zmarł niestety w osiemdziesiątym pierwszym roku. On wiedział więcej niż ja, ale opis podany przez panią pasuje tylko do jednej osoby. Paweł Liber, pseudo „Sprytny”, to na pewno był on. Niestety już dawno nie żyje, ale podam kontakt z córką Wandą.

Mieszka w Barcicach, przejeżdżały panie tamtędy. Rozmowa toczyła się wartko. Pani Maria opowiadała
o mężu i organizowanej przez niego działalności kurierskiej, o 9. kompanii III Batalionu Pułku Strzelców Podhalańskich, datowanej na lata 1943-45 i prowadzonej z kilku baz wypadowych: Przehyby, Hali Łabowskiej, Hali Pisanej i Łomnicy. W ostatniej fazie ten oddział liczył dwustu ludzi – podkreśliła z dumą Maria.


– Jak było po wojnie? – dopytywała się Marta.

– No cóż, po wojnie Julian niemal cudem uniknął wywózki w głąb ZSRR,  a może   i śmierci. Trzeba było stąd zniknąć na jakiś czas.

Późnej było nieco lepiej. Ale nie szczędzono mu szykan, co niewątpliwie dodatkowo podkopało nadwerężone wieloletnią poniewierką zdrowie. Ten żelaznego charakteru człowiek, Kawaler Orderu Virtuti Militari, odszedł przedwcześnie po piątym zawale, dołączając do swoich podwładnych, kolegów
i przyjaciół. Leży pochowany w Piwnicznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz