czwartek, 13 października 2016

Szlak bursztynowy

Zaczęłam, co prawda, od  historii kurierów Sądecczyzny z czasów II wojny światowej i ich związków z polsko-węgierską współpracą w okresie najtrudniejszym, ale przyjaźń dwóch narodów sięga przecież w odległą przeszłość.

Letni dzień miał się ku końcowi. W zachodzącym słońcu połyskiwały mury stróży z białego kamienia zbudowane, pięknie barwionym lasem liściastym objęte, jako że miało się już ku jesieni. Widok ów zachwyciłby niejednego wędrowca, ale nadjeżdżającym kupcom, co z Węgier przybywali, nie w głowie były piękne widoki. Na koźle młody mężczyzna poganiał nerwowo konie. Pod płóciennym dachem półkoszka martwy pomocnik woźnicy owinięty skórami spoczywał. Kupiec Janosz wsparty na ramieniu, za bok się trzymał krwawiący. Krew niby krzepła, ale rana groźna się zdała. Twarz rannego trupio blada, potem była pokryta, spod czarnych włosów spływającym. – Imre, noclegu nam szukać, a chyżo – wyszeptał. – Tak, Panie Janosz, już my na miejscu prawie, dach karczmy Józefowej widać. Woźnica wstrzymał po chwili zdrożone konie i dalejże wzywać gospodarza, bo rannego w pojedynkę dźwigać nie podobna. Zjawił się mężczyzna w sile wieku, a z nim żona i córka zapewne. Przenieśli rannego do alkierza.
Ów bywał w tym miejscu po wielokroć, z Józefowej gościny korzystając. Woźnicy końmi nakazał się zająć, strawy dla siebie i rannego zażądawszy. – Medyka jakiego by trza – bąknął łamaną polszczyzną, jako że nie pierwszy raz do Polski przybywał. – Janosz wiedzą, że tu ino babka, co zioła warzyć umie, a i chorobę zamówić poradzi.
Nijakich medyków tu ni ma, cheba że w Starym. – Maryśka! Leć po Jagnę – zarządził karczmarz, a sam się uwijać przy rozładunku począł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz