Szczęśliwe dzieciństwo małej Magdy przypadło w czasie straszliwych zmagań "niezłomnych" i "wyklętych"
z nową , okrutną, powojenną rzeczywistością.
z nową , okrutną, powojenną rzeczywistością.
Po ciężkiej, długotrwałej chorobie odszedł w roku 2012, uhonorowany stopniem majora, wielki przyjaciel Magdy i Janusza – Jasio Rembiasz, którego autorka „Okruchów pamięci” wspominała w swej książce wielokrotnie. To tam znalazła się skrótowo potraktowana dramatyczna historia z roku 1946. Teraz przyszedł czas, by ją opowiedzieć powtórnie, uwzględniając chronologię.
Wypadki, które rozegrały się w Popowicach w Palmową Niedzielę 1946 roku, dotyczące także jego osoby, miały miejsce w gospodarstwie Ignacego i Anieli Pietrzyków. Były tragiczne w skutkach nie tylko dla członków oddziału PPAN AK, zrzeszającego po zakończeniu okupacji niemieckiej młodych niepokornych (współcześnie określanych mianem „wyklętych”). Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Do pani Anastazji Stafińskiej, z domu Pietrzyk, mieszkającej dziś w Dolnych Barcicach, Magda trafiła z polecenia córki Jasia – Jolanty. Pierwszy kontakt z nieznajomą, ale niezwykle ciepłą i otwartą kobietą wróżył jak najlepiej zdobyciu informacji dotyczących sprawy, o której sama autorka wiedziała niezbyt wiele. Żołnierze podziemia prześladowani przez dziesięciolecia nie mieli zwyczaju zwierzania się ze spraw dotyczących przeszłości. Zasada ta niejednemu uratowała życie. Dlatego też i Jasio nie rozgadywał się zbytnio.
Podobną postawę prezentowali rodzice Magdy.
- Pani Anastazjo. Czy pani pamięta Palmową Niedzielę 1946 roku?
- Miałam zaledwie pięć lat, ale takich przeżyć nie zapomina się nigdy! W moim rodzinnym domu nad barcickim Korzeczkowem partyzantom udzielano schronienia zawsze, gdy tego potrzebowali. Tak było w czasie okupacji niemieckiej i nie mogło być inaczej po tak zwanym „wyzwoleniu”. Tego dnia z racji święta odpoczywała u nas grupa młodych ludzi „z lasu”. Jeden z nich spał w kuchni na ślufanku, jego kolega na strychu, a kolejny w pokoju wraz z moim ośmioletnim bratem. Ten ostatni to właśnie Jan Rembiasz. Ja sama leżałam jeszcze w łóżku. Ojciec wyszedł z domu wcześniej, pozostali domownicy wybierali się do kościoła. Mieli się wszyscy spotkać przy święceniu palm. Nagle uchyliły się drzwi i zobaczyłam lufę karabinu. Rozległa się seria z automatu. Śpiący na „ślufanku” zginął na miejscu. Zostałam ranna w nogę, a odłamek uszkodził mi siatkówkę i na jedno oko nie widzę do dziś. Zaskoczenie było kompletne. Dom, obejście i najbliższą okolicę otoczyło UB wspierane przez oddział KBW.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz