piątek, 11 lipca 2014

Anna

Korzystam jeszcze raz z grzeczności urzędniczki i dzwonię do owej Polki, z którą tak miło się rozmawiało, kiedy kilka dni wcześniej zahaczyłam o jej agencję szukając pracy. Tak, to ona — poznaję dźwięczny głos.
Mieszka w New Hyde Park. Rozmawiając ze mną śledzi mapę i wyjaśnia, że to około sześćdziesięciu kilometrów od miejsca, z którego nie mogę się wydostać. Owszem, przyjedzie po mnie za mniej więcej półtorej godziny, bo teraz ma klientów. Pyta, jak wyglądam i prosi, bym się nie ruszała sprzed biurowca.
Zapada mrok. Wreszcie podjeżdża terenowy land rover i sympatyczna blondynka kiwa przyjaźnie ręką. Zabiera mnie do siebie.
- Nie martw się. Jutro będzie nowy dzień, może coś dla ciebie znajdę - powiada. Rzuca się do lodówki, wyciąga stamtąd same wspaniałości. Daje ręcznik, nową szczoteczkę do zębów i własną nocną koszulę. Najedzona i umyta dostaję też pudełko papierosów (kolejny wzruszający przykład bezinteresownej, ludzkiej życzliwości, której w trakcie krótkiego pobytu doświadczyłam już wielokrotnie i doświadczę jeszcze niejeden raz).
- Pamiętaj - mówi Anna - śpisz w przyziemiu i udajesz, że cię tam nie ma, żeby nie wiem, co się działo, mój mąż nie znosi obcych, a kiedy wróci „na gazie” z Nowego Jorku, będzie się awanturował.
Staje się dla mnie jasne, że to głównie Anna w niezbyt sprzyjających warunkach walczy o przetrwanie swojej czteroosobowej rodziny.
Rano budzi mnie rozświergotana i szczęśliwa.
- Mam dla ciebie pracę u Włocha, o trzydzieści minut od mojego domu. Będziesz mogła mnie odwiedzać (wyraźnie przypadłam jej do gustu, a więc sympatia w obie strony). Mocno już speszona, jem wspaniałe śniadanie.
- Nie przejmuj się - śmieje się moja dobrodziejka - jeśli praca będzie ci odpowiadać, dostanę od ciebie jedną tygodniówkę i „wyjdę na swoje”.
Jedziemy do Silvany - córki Włocha. Przepytywanka. Włoszka twierdzi, że jest zachwycona, Anna promienieje.
- Nie przypuszczałam, że tak dzielnie walczysz po angielsku.
Wreszcie usłyszałam coś naprawdę miłego. Zaczynam od zaraz, muszę tylko iść po walizy, a to zajmie cały dzień. Jadę. Zaczyna padać. Straszliwy tłok w subwayu, jak zwykle w godzinach szczytu. Rozmawiam z najbliższą towarzyszką podróży - młodą przystojną Murzynką.
Kiedy wysiadam, leje strumieniami. W tym momencie spostrzegam brak parasola. Tego właśnie było mi trzeba. Wracam na peron pod dach, myśląc z przykrością o kolejnym wydatku. Mijają minuty. Nagle ktoś delikatnie kładzie mi rękę na ramieniu. Odwracam się gwałtownie. Przede mną stoi znajoma Murzynka, promiennie uśmiechnięta i trzyma w ręku mój parasol. Miałam go w torbie i przy przepychaniu się do wyjścia, zaczepił się o guzik jej palta. Drzwi się zamknęły, więc musiała wysiąść na następnym przystanku i oto wróciła z nadzieją, że ulewa zatrzyma mnie na dworcu.
Całuję ją z dubeltówki! Moja radość wynikająca z jej postawy przekracza z nawiązką zadowolenie z odzyskanej zguby. Kiedy przywożę swoje rzeczy, Silvana wsadza mnie w samochód i wiezie do ojca.