czwartek, 29 maja 2014

Urocza właścicielka posiadłości w Great Neck

Piękne okolice Great Neck. I pomyśleć, że mogłam tam zostać na stałe.
Po wyprawie na Monte Cassino wracamy znów za 'wielką wodę'. 

Szukam intensywnie kolejnego zajęcia. Czy uda mi się tym razem? Przecież moje porażki muszą się kiedyś skończyć.

Jestem w podłym nastroju. Zaczynam tracić grunt pod nogami. W dodatku nie mogę dodzwonić się do domu i listów też nie ma. Staszek pociesza mnie, że utknęły po drodze i dostanę dziesięć równocześnie. Stwierdza poza tym, iż nie przypuszczał, że będę tak ofensywna i uparta i tak świetnie będę sobie radzić z poruszaniem się w nowojorskim molochu. Jest wyraźnie ze mnie dumny. Przyznaje, że bał się kłopotów i histerii. Idziemy na kolację. Raki dla poprawy nastroju i oczywiście ostrygi, które uwielbiam. Zalewam robaka. Po sporej ilości wina humor wraca a wraz z nim świadomość, że Staszek chcąc mnie wozić od jednego pracodawcy do drugiego, musiałby zwolnić się z pracy. To, co wydawało mi się w pierwszej chwili brutalne i bezduszne, okazało się po prostu działaniem zgodnym ze zdrowym rozsądkiem. Z kolejnej propozycji w New Rochelle rezygnuję po telefonicznej rozmowie. Wymagania duże a płaca skandaliczna.
Potem Polak - kombatant z Port Jefferson chętnie mnie przyjmie jako opiekunkę do częściowo sparaliżowanej żony. Starszy pan o przemiłym sposobie bycia stawia jeden warunek - prawo jazdy. Mam, ale w Polsce. Radzi, bym to jakoś załatwiła i obiecuje, że będzie czekał tydzień. Przychodzą mi do głowy karkołomne pomysły: może skorzystać z oferty - za 300 dolarów „prawo jazdy w jeden dzień”? Zrobiłam już w tym celu kolorowe zdjęcie w automacie, ale boję się, że znów na tym stracę, to w końcu bardzo podejrzana transakcja. Ostatecznie rezygnuję i właśnie w ten sposób przechodzi koło nosa szansa na być może sympatyczną pracę.
Agencja w Rego Park. Tym razem szefem jest ogromny Arab. Wydusza ode mnie pięćdziesiąt dolarów i nic nie oferuje w zamian. Po trzech dniach zniecierpliwiona i wściekła robię awanturę, domagając się zwrotu pieniędzy. Drągal wykręca się jak może, wywraca kieszenie, pokazuje puste szuflady. Na szczęście druga naiwna wpłaciła na moich oczach gotówkę w tym samym, co ja celu... Pokazuję palcem, gdzie jest ukryta. Rozsierdzony, złorzecząc mi pod nosem, rzuca wreszcie pięćdziesiątką. Wracam dumna z siebie, chociaż uświadamiam sobie poniewczasie, jak niebezpiecznie się zabawiałam.
Już drugi tydzień jestem bez pracy. Pieniądze wyciekają szeroką strugą. Moja kolejna rozmówczyni, z którą prowadzę wstępne, telefoniczne negocjacje, oczekuje mnie w Great Neck. Dama licząca sobie lat osiemdziesiąt przyjeżdża na stację, pięknym, sportowym samochodem. Kierowcę zostawiła w domu, bo pasjami lubi prowadzić. Jedziemy do niezłej rezydencji. Park, ogród, kilkoro kolorowej służby. Rozmowa toczy się wartko. Moja ewentualna chlebodawczyni jest szalenie kontaktowa. W trakcie rozmowy stwierdza, że chciałaby mnie zatrzymać, ale muszę jej obiecać, że zostanę z nią do śmierci, bo nie lubi zmian i przywiązuje się do ludzi. Pozwala sprowadzić kogoś z rodziny, bym nie czuła się samotna. Osoba towarzysząca dostanie dwieście pięćdziesiąt dolarów tak, jak ja za sam fakt obecności i podtrzymywanie mnie w zamiarze pozostania na dłużej.
Mieszkanie, wyżywienie, praca polegająca na byciu damą do towarzystwa przez pięć dni w tygodniu. Starsza pani wyjeżdża rokrocznie na pięć miesięcy do Europy. W czasie jej nieobecności obie osoby otrzymają to samo wynagrodzenie, z prawem podjęcia dodatkowej pracy gdzie indziej, pod warunkiem sumiennego sprawowania pieczy nad służbą i domem. W dodatku szkoła języka angielskiego za płotem. Żyć nie umierać. Jest jednak zawsze jakieś „ale”. Muszę natychmiast wystąpić o papiery imigracyjne i uregulować swój status. Moja chlebodawczyni nie będzie tych poczynań sponsorować.
Cała sprawa jest niewykonalna. Nie zamierzam zostawać na stałe. Nie będę zawracać głowy tej miłej starszej pani, przecież wyjeżdżam za cztery miesiące. Nawiasem mówiąc nie byłoby mnie stać na załatwianie formalności, które mimo pomocy ze strony adwokata mogłyby się ciągnąć latami. Zresztą nie ma o czym mówić, mam inne plany.

Ostatecznie po wspaniałym obiedzie wracam do Staszka, obdarowana sumą pokrywającą przejazd (co zdarzyło mi się po raz pierwszy i ostatni). Niedoszła chlebodawczyni dzwoni jeszcze dwukrotnie z nadzieją, że zmienię zdanie. To niewątpliwie wspaniała propozycja dla kogoś zdecydowanego na emigrację. Tak oto kolejna oferta przechodzi mimo. Po kilku tygodniach nowa znajoma powie mi, że jestem skończoną idiotką. Wierzę jej na słowo. 

niedziela, 18 maja 2014

Z wizytą u generała Andersa



Dziś siedemdziesiąta rocznica bitwy pod Monte Cassino. Uroczystości z nią związane przypomniały mi naszą obecność - moją i męża na cmentarzu wojskowym w 1994 (w roku pięćdziesiątej rocznicy bitwy). Historia ta zawarta jest w drugiej części książki 'Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku', która to część poświęcona jest naszym wspólnym wędrówkom po Europie. Pomyślałam, że właśnie dziś warto oderwać się na chwilę od relacji z 'Eldorado' za 'wielką wodą' i przenieść się do Włoch na wzgórze polskiej chwały. Zdjęcia co prawda, nie są satysfakcjonujące, ale dokumentujące i z tej przyczyny warto je zamieścić. Zapraszam do przeczytania krótkiego rozdziału książki pt. "Z wizytą u generała Andersa".

Na obrzeżu miasteczka, u podnóża masywu Monte Cassino, na niewielkim straganie róże w wiązkach po kilkanaście sztuk, zawsze świeże i bajecznie kolorowe. Wybieramy bladoróżowe. Właściciel straganu dorzuca herbaciane (zapewne wkalkulowane w cenę), ale miło jest usłyszeć przyjazną tyradę: - Polacco, Polacco! To prezent od Włochów dla żołnierzy! Przecież jedziecie na cmentarz, prawda?
Wspinamy się serpentynami na szczyt. Klasztor zamknięty na głucho (pora sjesty). Ruszamy w dół. Naszym oczom ukazuje się dolina otoczona stromo wznoszącymi się, prawie nagimi zboczami. U stóp klasztoru, ustawione amfiteatralnie nagrobki z kremowego kamienia.
Dwa orły o husarskich skrzydłach strzegą tysiąca ośmiuset niewolników wyprowadzonych cudem z „nieludzkiej ziemi”, by mogli dojść aż tu i jako wolni ludzie, złożyć ofiarę krwi, zdobywając klasztor, dla innych nieosiągalny i otworzyć aliantom drogę na Rzym. Teraz odpoczywają, a wraz z nimi ich wybawca i opiekun.
Wzruszeni, w absolutnej ciszy składamy kwiaty. Dalej, miejsce pochówku kolejnego, legendarnego dowódcy - generała Ducha. Ślady obecności rodaków są widoczne na każdym kroku: chorągiewki, wiązanki, znicze.
Kołyszące się na wietrze delikatne maki, przywodzą przed oczy obrazy bitwy z dokumentalnego filmu, w uszach dźwięczą słowa znanej pieśni Feliksa Konarskiego (Ref-Rena). Nagle - cicha rozmowa? To młode, niemieckie małżeństwo z dwojgiem dzieci. Z twarzami ukrytymi w dłoniach odmawiają półgłosem modlitwę. Poruszeni do głębi, wycofujemy się boczną ścieżką, by nie zakłócić chwili nabożnego skupienia.

Nasze kolejne spotkania z sąsiadami zza Odry są naprawdę krzepiące. Najpierw w Rytrze, młodzi Niemcy zapraszają nas w czasie potężnej burzy ubłoconych, brudnych, przemoczonych i zmarzniętych na kość, do swego luksusowego busa ze strzyżonym dywanem na podłodze (oni jedni, chociaż nie wzbudziliśmy zainteresowania ani współczucia polskich kierowców). W Paestum pomagają wybrnąć z opresji kolejni przedstawiciele narodu uznanego wyrokiem historii za odwiecznych wrogów Polski i Polaków. Teraz ci, składają hołd bohaterom i zwycięzcom. Życie jest piękne!


piątek, 9 maja 2014

Moja trzecia przygoda to opieka nad Marią

Pamięta strzępy polskich słów. Mówi do mnie mieszaniną jidysz, angielskiego i polskiego. W Polsce mieszkała jako dziecko.
Umowa wygląda tak: trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, siedmiodniowy tydzień pracy, do czasu aż biedna inwalidka będzie w stanie obyć się bez pomocy osoby drugiej. Czy tak kiedyś będzie?
Po omówieniu warunków pracy, okazuje się, że staruszka w ogóle nie panuje nad fizjologią, cewnik w ciągu ośmiu miesięcy zrobił swoje. Jest bardzo speszona. Ona i Izaak mają poważne obawy, że zrezygnuję. Sytuacja jest niezręczna. Nie wiem zupełnie, co robić. Zanosi się na dziką „orkę”, a z drugiej strony nie chcę być ciężarem Staszkowi, w dodatku wyprowadzka od psychotyczki za sprawą teściów Izaaka to dar niebios. Zostaję.
Jedziemy do pięknej, nowiutkiej garsoniery nad samym morzem, gdzieś w okolicy Rockway Park.
- Nie sprzątasz, nie gotujesz - jedyny obowiązek, to pomoc mamie. Jeśli będziesz dla niej dobra, my będziemy dobrzy dla ciebie - mówi Izaak.
Wstępuje we mnie nadzieja.
Starowinka jest bardzo miła, ale zupełnie bezradna. Złamana noga boli, kręgosłup doskwiera. Widzi, że nie jestem mocarna, wiec dźwiganie jej i przebieranie kilkanaście razy w ciągu doby, to wysiłek ponad moje możliwości.
Jestem w pogotowiu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, w nocy wstaję pięć do sześciu razy. Piekielnie boję się odleżyn. Maria stara się naprawdę sprawiać jak najmniej kłopotu doceniając moją troskliwą opiekę, ale nie ma przecież wyjścia. Jesteśmy zdane wyłącznie na siebie.
Cały dzień idzie pralka i suszarka, w mieszkaniu dziki upał. Woda dosłownie leje się ze mnie przy byle wysiłku. Nie mogę włączyć klimatyzacji, bo staruszce jest po prostu zimno.
W przerwach między zabiegami pielęgnacyjnymi gimnastyka i masaż według wskazówek terapeuty. Trzy razy w tygodniu przyjeżdża karetka i zabiera nas na kilka godzin do przychodni rehabilitacyjnej. Kiedy przed wyjściem usiłuję ubrać Marię, moczy bieliznę i cała zabawa zaczyna się od początku. Na zewnątrz zirytowany czekaniem kierowca karetki popędza mnie klaksonem. Wreszcie wypadam z domu pchając wózek z babcią. Muszę pokonać kilkanaście piekielnie stromych schodów, na które położono drewniany podest. Eksperyment jest dość ryzykowny, zważywszy, że w drodze powrotnej będzie jeszcze gorzej. Czarny kierowca propozycje pomocy z jego strony traktuje jako wysoce obraźliwą. Nie zamierza kiwnąć palcem.


Mam cztery godziny wolnego w czasie, kiedy Maria jest poddawana rehabilitacyjnym torturom. Przemiła czarna rejestratorka jest kontaktową „wściubą”. Robi mi regularne przesłuchanie.

Ubolewam nad brakiem możliwości szlifowania języka (obie moje podopieczne nie nadawały się do tego celu zupełnie). W odpowiedzi na moje narzekania, czarnulka dzwoni gdzieś i po chwili zjawia się mój kolega po fachu i młoda lekarka. Czuję życzliwe zainteresowanie. Uzgadniają, że w miarę wolnego czasu zorganizują dyżury, by umożliwić mi trzy razy w tygodniu czterogodzinne, darmowe konwersacje. Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam w najbardziej optymistycznych marzeniach. Horyzont przede mną rozjaśnia się gwałtownie. Czy ja nie mam szczęścia do ludzi?

 Minęły dwa tygodnie. Walczę z ostrym zapaleniem krtani. Mokra jak mysz wyskoczyłam na dwór gdzie wiało straszliwie i jestem „gotowa”. To potrwa mimo antybiotyku. Krtań to moja pięta Achillesa.. Chora galopuję bez wytchnienia jak koń wyścigowy. Kolejny wyjazd do przychodni rehabilitacyjnej. Czuję się dziwnie.
- Pewnie ciśnienie ci spadło. Dostaniesz kawy - mówi moja kumpelka z rejestracji. Wypijam, ale jest coraz gorzej, czuję gwałtowne tętno, robi mi się słabo.
Jeszcze słyszę głos rejestratorki, która wzywa pilnie lekarza. Mdleję. Wraca przytomność, wącham jakieś sole.
- Masz strasznie wysokie ciśnienie - stwierdza znajoma lekarka.
Dziwne - myślę, przecież jestem niskociśnieniowcem.
Musisz odpocząć! Zrezygnuj! To ultimatum.
Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
Proszę, by powiedziała o tym Ruth i Marii, bo inaczej będą przekonane, że to czcze wykręty.
Kiedy interweniuje telefonicznie, Ruth wpada w szał. Przyjeżdża i robi dantejską scenę w przychodni, że oto stawiam ją w sytuacji bez wyjścia. Żadne argumenty nie trafiają. Maria jest zmartwiona i zawiedziona.
Wracamy do domu. Ledwo ciągnę za sobą nogi, pakuję graty z nadzieją, że zostanę odwieziona. Do pętli kolejki kawał drogi. Przeceniłam jednak Ruth, która ani myśli się fatygować.
- Radź sobie sama! Zrobiłaś mi tęgie świństwo - krzyczy na pożegnanie i zatrzaskuje energicznie drzwi.
Ciągnę dwie walizy po chodniku, około jednego kilometra. Żywego ducha, a o taksówce nie ma co marzyć. Potem dwie przesiadki i czołgam się na piętro do mieszkania Staszka. Na szczęście mam klucz. Co zrobiłabym, nie mając u niego przystani? Padam na łóżko. Wieczorem wraca kuzyn. Myślę, że nie ma powodu do zachwytu. Blokuję przechodni pokój, ograniczając w ten sposób jego swobodę.
- Nie przejmuj się - mówi. Pyta, ile mi zapłacono i stwierdza, że praca w dzień i w nocy przez siedem dni w tygodniu warta jest minimum siedemset dolarów, a poza tym uważa, że powinnam mieć zmienniczkę. Znowu dałam się wpuścić w maliny. Kolejne cztery dni kuruję się intensywnie. Jest mi lepiej. W Polsce trwałoby to znacznie dłużej.









poniedziałek, 5 maja 2014

Gier i zabaw w New Jersey i w 'białym' Bronxie ciąg dalszy. Decyzja o porzuceniu pracy wisi na włosku. Problem w tym jak to zrobić

Mija tydzień. Grubas zabiera nas do New Jersey. Jest zalotny i w ciemnym przejściu szepce mi na ucho my darling. Wpadam w popłoch. Pędzę do pokoju mojej dręczycielki (z nadzieją, że jeszcze śpi). Pokój jest pusty. Za oknem straszliwa ulewa. Patrzę na ulicę i widzę ją, jak dźwiga zapakowaną walizę. Dokąd idzie?
Dostaję polecenie natychmiastowego odszukania podopiecznej. Tym razem Marta jest górą. Może zostać w domu. Dostaję adres, pod który prawdopodobnie dotarła starsza pani. Rzeczywiście jest. To jej stały numer.
Przez czterdzieści minut perswaduję nonsensowny pomysł ucieczki. Wracamy.
Znów Bronx.
Kolejny tydzień moja „właścicielka” rozpoczyna odkryciem, że jestem teraz zupełnie kimś innym. Wślizgnęłam się do domu, by zamordować ją i okraść.
Na wszelki wypadek, żeby uprzedzić domniemany atak, rzuca we mnie filiżanką. Ta przelatuje o włos od mojej głowy i rozpryskuje się na ścianie.
Widać, jak psychoza, co do której nie ma wątpliwości nasila się z każdą godziną. Odmawia przyjmowania leków, nie śpi, straszliwie pobudzona miota się po całym mieszkaniu, wpada co chwilę do mojego pokoju, szuka pod łóżkiem kogoś lub czegoś, wyrywa z kontaktu kabel telewizyjny. Telefonu pilnuje dzień i noc, zresztą niepotrzebnie, po co dzwonić? Przecież wszystko przebiega normalnie. W końcu po to najmuje się niewolnicę, żeby mieć święty spokój. Trwam w rozpaczliwej determinacji do weekendu. Dostaje wypłatę czekiem, a nie jak było ustalone gotówką. Zawożę krwawicę na Queens i pokazuję Staszkowi.
- Czy nie widzisz, że czek jest nieważny?
Nic nie widzę.
- Przecież tu jest data 1989, a mamy szczęśliwie 1990 i to wrzesień, nie bądź idiotką i nie wmawiaj mi przypadkiem, że się pomylili. Mają w końcu sklep, w którym na rachunkach od ponad ośmiu miesięcy wypisują właściwą datę.
Przypomniały mi się zaległości w wypłatach dla Marty. Dzwoni telefon. To drugi kuzyn - zaprasza mnie do Dallas na ostatnie dwa tygodnie pobytu w USA. Wykupił już bilet. Zanosi się na przyjemności i atrakcje, o których przestałam marzyć, jeszcze przed wyjazdem z Polski. Uszczęśliwiona zyskuję nowe siły do walki.
Dzwonię do grubasa, informując, że nie wracam, jeśli nie otrzymam wypłaty gotówką. Przyjeżdżają błyskawicznie, zupełnie niezrażeni zabierają nieszczęsny czek, drą. Ja dostaję pięćset dolarów - zapłatę za dwutygodniową gehennę.
Kolejny tydzień. Staruszka zgubiła dwukrotnie pieniądze. Na szczęście winnego nie trudno znaleźć. To ja. Czuję się coraz mniej bezpiecznie. Jestem bardzo zmęczona, a boję się zasnąć, bo pomysłowość upiora jest niezmierzona.
Sobota - idziemy do synagogi. Starowina znika mi z pola widzenia. Co za ulga...

Obok grupa mężczyzn w jarmułkach. Spoglądają ciekawie w moja stronę. Dwaj podchodzą. Pytają, czy jestem opiekunką starszej pani. Potwierdzam. Kręcą głowami.
- To była taka wspaniała kobieta. Co to choroba robi z człowiekiem. Skąd przyjechałaś? - Pyta jeden.
Na dźwięk nazwy Nowy Sącz podskakuje z radości.
- To moje miasto! Stamtąd wyjechałem w ’38 roku.[...]

Dalej z rozmowy wynika, że jestem w niedobrej sytuacji, bo zięć i córka starszej pani oskarżyli kilka opiekunek o kradzież.
- To niedobrzy ludzie, musimy dla ciebie znaleźć inne zajęcie. Gdyby nie chcieli ci zapłacić to pójdziemy razem, do rabina na skargę.
Jakże jestem wdzięczna memu krajanowi za tę życzliwą troskę! Wzywa swoich ziomków. Po chwili kotłuje się wokół mnie. Jeden proponuje wyjazd na Florydę (opieka nad piątką dzieci jego siostry). Odmawiam. Po prostu boję się, że w razie niewypału nie będę miała za co wrócić. Właśnie wychodzą z synagogi pierwsze kobiety. Indagowane przez byłego sądeczanina proponują opiekę: jedna nad piątką, druga nad czwórką dzieci. Uważam, że spokojna, starsza osoba będzie dla mnie bardziej odpowiednia.
Zgłasza się młode małżeństwo. Oboje piękni, wykształceni, kulturalni. Izaak ma dla mnie propozycję:
- Szukam uczciwego, dobrego człowieka, by zaopiekował się moją mamą.
Matka Izaaka wróciła właśnie ze szpitala, gdzie leżała osiem miesięcy po złamaniu nogi w biodrze. Teraz czeka w domu córki na sensowną opiekunkę.
- Jak mam się rozstać z aktualnym pracodawcą?
- Spakuj w nocy swoje rzeczy i o 6.00 rano wyjdziesz cicho i zatrzaśniesz drzwi, zaraz za rogiem będzie czekał na ciebie samochód teściów Izaaka. Zadzwonimy potem do córki i zawiadomimy o twoim postanowieniu. Nie warto sobie zawracać głowy - uspokaja mnie nowy znajomy.
Robię tak, jak mi poradzono. Nie jest to odejście w najlepszym guście, ale i styl moich pracodawców pozostawia wiele do życzenia. Niewielkie mam skrupuły. Zakończenie całej afery przebiega bez wstrząsów.