![]() |
| Piękne okolice Great Neck. I pomyśleć, że mogłam tam zostać na stałe. |
Szukam intensywnie kolejnego zajęcia. Czy uda mi się tym razem? Przecież moje porażki muszą się kiedyś skończyć.
Jestem
w podłym nastroju. Zaczynam tracić grunt pod nogami. W dodatku nie
mogę dodzwonić się do domu i listów też nie ma. Staszek pociesza
mnie, że utknęły po drodze i dostanę dziesięć równocześnie.
Stwierdza poza tym, iż nie przypuszczał, że będę tak ofensywna i
uparta i tak świetnie będę sobie radzić z poruszaniem się w
nowojorskim molochu. Jest wyraźnie ze mnie dumny. Przyznaje, że bał
się kłopotów i histerii. Idziemy na kolację. Raki dla poprawy
nastroju i oczywiście ostrygi, które uwielbiam. Zalewam robaka. Po
sporej ilości wina humor wraca a wraz z nim świadomość, że
Staszek chcąc mnie wozić od jednego pracodawcy do drugiego,
musiałby zwolnić się z pracy. To, co wydawało mi się w pierwszej
chwili brutalne i bezduszne, okazało się po prostu działaniem
zgodnym ze zdrowym rozsądkiem. Z kolejnej propozycji w New Rochelle
rezygnuję po telefonicznej rozmowie. Wymagania duże a płaca
skandaliczna.
Potem
Polak - kombatant z Port Jefferson chętnie mnie przyjmie jako
opiekunkę do częściowo sparaliżowanej żony. Starszy pan o
przemiłym sposobie bycia stawia jeden warunek - prawo jazdy. Mam,
ale w Polsce. Radzi, bym to jakoś załatwiła i obiecuje, że będzie
czekał tydzień. Przychodzą mi do głowy karkołomne pomysły: może
skorzystać z oferty - za 300 dolarów „prawo jazdy w jeden dzień”?
Zrobiłam już w tym celu kolorowe zdjęcie w automacie, ale boję
się, że znów na tym stracę, to w końcu bardzo podejrzana
transakcja. Ostatecznie rezygnuję i właśnie w ten sposób
przechodzi koło nosa szansa na być może sympatyczną pracę.
Agencja
w Rego Park. Tym razem szefem jest ogromny Arab. Wydusza ode mnie
pięćdziesiąt dolarów i nic nie oferuje w zamian. Po trzech dniach
zniecierpliwiona i wściekła robię awanturę, domagając się
zwrotu pieniędzy. Drągal wykręca się jak może, wywraca
kieszenie, pokazuje puste szuflady. Na szczęście druga naiwna
wpłaciła na moich oczach gotówkę w tym samym, co ja celu...
Pokazuję palcem, gdzie jest ukryta. Rozsierdzony, złorzecząc mi
pod nosem, rzuca wreszcie pięćdziesiątką. Wracam dumna z siebie,
chociaż uświadamiam sobie poniewczasie, jak niebezpiecznie się
zabawiałam.
Już
drugi tydzień jestem bez pracy. Pieniądze wyciekają szeroką
strugą. Moja kolejna rozmówczyni, z którą prowadzę wstępne,
telefoniczne negocjacje, oczekuje mnie w Great Neck. Dama licząca
sobie lat osiemdziesiąt przyjeżdża na stację, pięknym, sportowym
samochodem. Kierowcę zostawiła w domu, bo pasjami lubi prowadzić.
Jedziemy do niezłej rezydencji. Park, ogród, kilkoro kolorowej
służby. Rozmowa toczy się wartko. Moja ewentualna chlebodawczyni
jest szalenie kontaktowa. W trakcie rozmowy stwierdza, że chciałaby
mnie zatrzymać, ale muszę jej obiecać, że zostanę z nią do
śmierci, bo nie lubi zmian i przywiązuje się do ludzi. Pozwala
sprowadzić kogoś z rodziny, bym nie czuła się samotna. Osoba
towarzysząca dostanie dwieście pięćdziesiąt dolarów tak, jak ja
za sam fakt obecności i podtrzymywanie mnie w zamiarze pozostania na
dłużej.
Mieszkanie,
wyżywienie, praca polegająca na byciu damą do towarzystwa przez
pięć dni w tygodniu. Starsza pani wyjeżdża rokrocznie na pięć
miesięcy do Europy. W czasie jej nieobecności obie osoby otrzymają
to samo wynagrodzenie, z prawem podjęcia dodatkowej pracy gdzie
indziej, pod warunkiem sumiennego sprawowania pieczy nad służbą i
domem. W dodatku szkoła języka angielskiego za płotem. Żyć nie
umierać. Jest jednak zawsze jakieś „ale”. Muszę natychmiast
wystąpić o papiery imigracyjne i uregulować swój status. Moja
chlebodawczyni nie będzie tych poczynań sponsorować.
Cała
sprawa jest niewykonalna. Nie zamierzam zostawać na stałe. Nie będę
zawracać głowy tej miłej starszej pani, przecież wyjeżdżam za
cztery miesiące. Nawiasem mówiąc nie byłoby mnie stać na
załatwianie formalności, które mimo pomocy ze strony adwokata
mogłyby się ciągnąć latami. Zresztą nie ma o czym mówić, mam
inne plany.
Ostatecznie
po wspaniałym obiedzie wracam do Staszka, obdarowana sumą
pokrywającą przejazd (co zdarzyło mi się po raz pierwszy i
ostatni). Niedoszła chlebodawczyni dzwoni jeszcze dwukrotnie z
nadzieją, że zmienię zdanie. To niewątpliwie wspaniała
propozycja dla kogoś zdecydowanego na emigrację. Tak oto kolejna
oferta przechodzi mimo. Po kilku tygodniach nowa znajoma powie mi, że
jestem skończoną idiotką. Wierzę jej na słowo.
