Ucieczka Tropa była jedynie początkiem tego, co czekało go w najbliższych miesiącach.
Na dole słychać już było tupot nóg i nawoływania.
Zdenerwowany ruszył truchtem do kuchni. Tam nie zastał nikogo. Wybiegł na
zewnątrz przez otwarte drzwi. Rodzina leśniczego wraz z suczką stała
bezradnie na podwórzu. Leśniczy pobiegł właśnie na poddasze skąd coraz
gwałtowniej wydobywał się gęsty dym. Z dala słychać już było przeraźliwy
głos syreny, to z pobliskiej Łabowej nadjeżdżał wóz Ochotniczej Straży
Pożarnej. W niedługim czasie dołączyły głosy kilku syren nadjeżdżających
wozów bojowych. Straszliwe wycie rozsadzało psu czaszkę. Tumult
i strumienie lodowatej wody tłoczonej wężami do środka budynku, okropny
harmider i zamieszanie, a także poczucie ogromnego osamotnienia
sprawiły, że nagle rzucił się do panicznej ucieczki. Gnał przed siebie na oślep
w las, byle dalej od tego miejsca, które nagle z przytulnej przystani
zamieniło się w piekło. Zziajany początkowo pędził drogą pod górę, potem
skręcił na przełaj jakąś ścieżyną wydeptaną przez leśną zwierzynę. Usłyszał
nagle przeciągłe wycie. Najpierw był to jeden głos, później dwa,
a wreszcie było ich kilka. Złowrogi dźwięk niósł się z oddali, ale
wywołał u Tropa jeszcze większą panikę. Czuł instynktownie kolejne
zagrożenie. Był teraz zupełnie sam, zdany na łaskę i niełaskę skutego
mrozem lasu i jego dzikich mieszkańców. Nie uświadamiał sobie bólu
poranionych zmrożonym śniegiem łap, ani zimna, bo wciąż biegł, biegł bez
wytchnienia. Świtało, kiedy poczuł gwałtowne szarpnięcie i ból. Jakaś
pętla zacisnęła się na przedniej łapie i zatrzymała go gwałtownie. Trop
nie wiedział, że to wnyk zastawiony na lisa. Biegł zwierzęcym traktem, gdzie
czyhały sidła zastawione przez człowieka i wpadł w nie sam. Skowyt
przerażenia i rozpaczy wydarł się mu z gardła. Szarpnął kilkakrotnie
usiłując wydostać się z pułapki. Niestety im mocniej się wyrywał tym
mocniej zaciskał się wnyk. Ogarnęło go uczucie straszliwego zimna a wraz
z nim rezygnacja. Tkwił teraz nieruchomo z łapą uwięzioną
w drucianym wnyku. Miał pustkę w głowie, dygotał. Nagle usłyszał
trzask łamanych suchych gałązek i energiczne kroki. Doleciała go woń
człowieka, ale nie był to znany i miły zapach jego pana. Zobaczył
zwalistego mężczyznę ubranego w kożuch i baranicę na głowie,
w ręku trzymał siekierę.
– O! Tu cie mom! Złapał Tropa za obrożę i uniósł w górę
metalowy przedmiot. Ostrze siekiery błysnęło w górze i zanim spadło
w dół, przerażony pies instynktownie przypadł do ziemi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz