[...] łapię
za Polski
Dziennik
i szukam ogłoszeń. [...]
Znalazłam!
„Potrzebna opiekunka do starszej kobiety”. Dzwonię. Jakie
szczęście, że mam do dyspozycji telefon i to za darmo. Miejsce
jest wolne. Zaraz po mnie przyjadą. Wstępuje we mnie nowy duch.
Pracowałam kiedyś na neurologii i kontakt ze starymi, chorymi
ludźmi miałam naprawdę dobry. Uradowana, zbieram się pospiesznie,
za chwilę do drzwi dzwoni mój pierwszy pracodawca. [...]
Wtacza
się kolos! Waga ok. 200 kilogramów, za nim mocno wyperfumowana,
jaskrawo ruda żona, czyli córka przyszłej podopiecznej. Jedziemy
do New Jersey. Grubas przygląda mi się natarczywie we wstecznym
lusterku, uśmiecha się i puszcza oko. Nuci znakomitym barytonem
znaną melodią, którą zespół z Izraela w czasie Tatrzańskiej
Jesieni ’89, podbił serca słuchaczy i utrwalił ją także w
mojej pamięci. To Hava
Nagila.
-
Śpiewaj
- woła.
Wtóruję
mu, wychodzi wcale nieźle. Grubas milknie, ciągnę skomplikowaną
melodię do końca. Potem inna znana melodia i nagle robi się wesoło
i sympatycznie.
Podróż
skończona - jesteśmy w New Jersey. Grubas jest nie tylko
właścicielem ogromnego domu, ale i sklepu ze złotem. [...]
Wyjeżdżamy
do Nowego Jorku, zabieramy olbrzymie ilości owoców, jarzyn,
koszernego jedzenia i lekarstwa.
Starowina,
która sprawia wrażenie cichej i łagodnej wydaje się być
zachwycona możliwością powrotu do domu z nową towarzyszką.
Zwierza mi się szeptem, że nie przepada za córką, a New Jersey
nie znosi.
Wreszcie
jesteśmy na miejscu, po chwili zostajemy same. Starsza pani
oprowadza mnie po mieszkaniu, jest miła i układna. Dolegają jej
jednak mocno zaburzenia pamięci. Pomagam zrobić kolację, wymuszam
zażycie ogromnej ilości leków.
Następnego
dnia rano, do 9.00 wszystko przebiega normalnie, ale niemal z
wybiciem godziny w babcię wstępuje „złe”. Ćwiczy ze mną
musztrę: Trzymaj, trzymaj (wrzeszczy jak opętana, podając swoją
spódnicę) - wstań! Stój! Teraz siadaj! Nie! Wstań! Chodź tu!
Siadaj! Nie ma mowy, by zlekceważyć polecenie. Awanturuje się
nieprawdopodobnie. Stan permanentnej agresji trwa do późnego
popołudnia.
W
międzyczasie wychodzimy do miasta po zakupy, chociaż lodówka po
prostu pęka w szwach. Starowina wybiera spośród tuzina torebek tę
z popsutym zamkiem i urwanym paskiem. Wlecze ją jak psa na smyczy,
uwieszona z całej siły mego ramienia. Idziemy do banku. Snujemy się
od okienka do okienka. Moja podopieczna nie pamięta zupełnie
procedury pobierania pieniędzy, a prośby o zaniechanie, jak też
próby porozumienia się z personelem banku kwituje dantejską sceną.
Babcia
nie przyjmuje do wiadomości, że konto zablokowała córka. Wreszcie
dyrektor po dwóch godzinach kołowania poleca wypłacenie
trzydziestu dolarów. Starsza pani wydaje część gotówki, resztę
wsypuje do nadwerężonej torebki. Stamtąd co i raz jakiś pieniążek
wypada z brzękiem na chodnik. Nie należy na to zwracać uwagi, a
tym bardziej podnosić, bo rzuca się na mnie z wrzaskiem, na całe
gardło wymyślając od złodziei i wbija mi w dłoń długie, ostre
szpony. Wreszcie te część rozrywek mamy już za sobą. Staruszka
nosi klucze na łańcuchu u szyi. W czasie ceremonii otwierania drzwi
nie wolno patrzeć w stronę zamka - muszę stać w głębi korytarza
odwrócona plecami, babunia nie wie oczywiście, który klucz do
której dziurki. Wreszcie jesteśmy w środku. Celebra rozbierania
przypomina do znudzenia poranne zabawy. Dokładnie czuję różnice
między pracą w oddziale neurologii i aktualną sytuacją.
Próbuję
cichaczem dodzwonić się do córki, by dowiedzieć się czegoś, co
sama już wiem (szkoda tylko, że tak późno), ale Baba Jaga czuwa,
w porę przyciska widełki. Wieczorem odzyskuje (jak gdyby nigdy nic)
nastrój życzliwości dla mojej osoby tak dalece, że koniecznie
chce spać ze mną w jednym łóżku. W czasie kolejnych dni, jak w
zegarku powtarzają się nastroje i sytuacje.
Udaje
mi się kiedyś „urwać” na moment ze „spaceru”, w chwili
lepszego humoru pogromczyni. Siadam na maleńkim skwerku, łzy ciekną
mi po policzkach.



