poniedziałek, 31 marca 2014
Patrycy i jego rodzina - wspomnienia z Kielecczyzny. Ciąg dalszy 'Okruchów pamięci'
Do zobaczenia w środę :)
– Mamo! Ewa zabiera Petronelę!
– Mamo! Ewa zabiera Petronelę!
Rozradowana
Magda wpadła do mieszkania, prowadząc za sobą wyjątkowej urody
dziewczynę, córkę leśnika, mieszkającą nie opodal Nieznanowic.
Zaprzyjaźniły się w czasie, kiedy rodzice Magdy pojechali po Kaśkę
i meble, a ona została w internacie. Od tej pory bywały u siebie
często i Magda zwierzyła się niedawno z nadmiaru czworonogów.
–
Chwała Bogu i twoim
rodzicom! – ucieszyła się Dziutka – Trafiło się naszej
Petroneli jak ślepej kurze ziarnko!
–
Popatrz, Ewa, jaki
śliczny jest Patrycy – Magda pokazywała gościowi ulubieńca
rozpartego w oknie.
–
Ależ to wielki
kocur! Sierść ma przepiękną – zachwycała się dziewczyna.
Ancymon,
słysząc doskonale, że o nim mowa, nadął się, nabzdyczył i
zmrużył oczy, co nadawało kociej fizjonomii wygląd wyjątkowo
arogancki.
–
Tylko go nie
głaszcz, bo ci przyleje! Tata przewrócił mu we łbie. Trzeba
widzieć, jak razem jedzą obiad... Ojciec kroi mięso na drobne
kawałki i czeka. Patrycy siedzi na kolanach. We właściwym momencie
wyjeżdża spod stołu upazurzona łapa i ląduje na talerzu. Do
pracy też chodzą razem. Najpierw kroczy Pan Kot, dostojny,
usztywniony, z ogonem zadartym i napuszonym – jednym słowem osoba
służbowa – za nim tata. Widok, powiadam ci, wart wszystkich
pieniędzy. Dobrze, że mieszkamy wreszcie w biurowcu, bo wątpię,
żeby wędrówki jezdnią były dla naszego pupila zdrowe i
bezpieczne.
Musisz
koniecznie zobaczyć dzieci tego łajdaka. To dopiero uroda! Parę
miesięcy temu przyplątała się do nas prześliczna,
błekitno-popielata, delikatna kicia z zamiarem poderwania lowelasa.
Przyszło jej to bez trudu. Później zaokrągliła się niepokojąco,
a któregoś dnia zniknęła. Nikt się tym szczególnie nie przejął.
Jakiś czas potem, kiedy o kocich amorach wszyscy zapomnieliśmy,
Patrycy wskoczył na okno, waląc pięścią w szybę. (Dobijał się
zawsze tam, gdzie paliło się światło, potem biegł do drzwi i
wchodził jak należy). Teraz wtarabanił się do kuchni i dalejże
omiatać mamę ogonem. Zagadywał potem, biegł do drzwi, znów
wracał. Zaintrygowana, narzuciła coś na grzbiet. Prowadził ją
wprost do stodoły. Tam – głęboko ukryte w sianie – tkwiły dwa
błękitno-popielate kocięta, chude i zabiedzone. Matka musiała
zginąć tragicznie, a ten, zamiast zeżreć przychówek, jakby to
zrobił niejeden tatuńcio, ruszył na poszukiwanie mamki.
–
To naprawdę
zdumiewające – wtrąciła Ewa.
–
Potem zniknął z
nową narzeczoną na wiele dni. Idziemy z Ewą do stodółki. Tam
pewnie kręcą się nasze dzikie kociaki.
Wyszły
obie przed dom.
– A
to co za nieszczęście?
–
Buru-Buru, czyli Kot
Zielony.
Obok
ławki wylegiwał się straszliwie zezowaty kocur z okropną szramą
na głowie.
–
Popatrz, jakie ma
nerwowe tiki. Mruga oczyma, marszczy się dziwacznie i wąsy mu
drgają. Mówiłam ci, że usiłujemy adoptować kalekę z głową
rozwaloną siekierą. Oto on. Niewiele widzi. Wymaga opieki. Dobrze,
że udało się go do nas przekonać, bo zginąłby niechybnie. Jest
tylko jeden kłopot. Buru-Buru jest wyjątkowo nieporządny...
–
Panna se weźmie
tego kocura – zachęcała Ewę Kaśka – Panna koty lubi, to ji za
jedno, a z kotko to ino kłopot, kocionta do chołpy przywlece...
–
Przykro mi. Mam
zamówienie tylko na Petronelkę.
sobota, 29 marca 2014
piątek, 28 marca 2014
'Burza'
Są takie chwile, które pozostają w pamięci na całe życie (ciąg dalszy 'Okruchów pamięci')
Podejście z Gabonia na Prehybę pod starym wyciągiem skróciło Magdzie i
Januszowi czas wejścia na szczyt. Pokonanie różnicy wzniesień w
ciągu czterdziestu minut dawało szansę na dłuższy odpoczynek na
górze i upichcenie obiadu. Najedzeni, zamówili kawę u Jasia,
kierownika schroniska, człowieka, którego niezwykła popularność
ściągała tu zarówno rzesze sympatyków miejsca, którym
zawiadywał, jak i jego osobistych fanów.
Każdy
czuł się tu gościem szczególnym, wyróżnianym, któremu
gospodarz poświęca więcej niż innym swej życzliwej uwagi.
Zaspokoiwszy
pragnienie i ciekawość odnośnie planów wykończenia „Jaśkówki”
sąsiadującej ze starym schroniskiem, poddanym gruntownemu remontowi
i przebudowie jednocześnie, ruszyli szlakiem w kierunku Rytra.
Pogoda
była wspaniała. Czyściutkie niebo nie zapowiadało żadnych
niemiłych niespodzianek, jedynie upał dawał się obojgu we znaki.
Nie
musieli się spieszyć. Zbierali resztki jagód w gęstych
maliniakach, próbowali bez powodzenia wcisnąć się głębiej w
nieprzebyty jodłowy gąszcz w poszukiwaniu grzybów.
Nagle
rozległ się potężny huk, przechodzący w suchy trzask rozrywanego
bukowego pnia, w który właśnie uderzył piorun. Zdumieni spojrzeli
w niebo. Nad Złomnistym Wierchem wyłaniało się kowadło burzowej
chmury. Waliło teraz raz po raz, coraz bliżej i bliżej. Sytuacja
stawała się groźna. Szlak prowadził wąską ścieżką na
grzbiecie i nie sposób było z niego zboczyć.
–
Wiejmy stąd! Nic tu
po nas. Zaraz skręcimy na Wdżary i Kanarkówkę. Na tej żyletce
trafi nas jak amen w pacierzu.
–
Pioruny walą, a nie
pada – sapała Magda, próbując nadążyć za mężem.
–
Zaraz lunie, bez
obawy! Wtedy będziemy zjeżdżać na tyłku.
W
tym momencie piorun uderzył tuż za ich plecami, a drugi dosłownie
przed nosem.
–
Kładźmy się
płasko między krzakami – komenderował Janusz – To jedyny
skrawek otwartej przestrzeni w okolicy.
Odrzucili
plecak z kocherem i metalowymi elementami uprzęży i przywarli do
mchu, chroniąc wzrok przed oślepiającym światłem błyskawic.
Siła
wiatru wzrastała z każdą chwilą, drzewa trzeszczały
niebezpiecznie. Wtedy usłyszeli szum. Coraz głośniejszy. Runęły
na nich ściany lodowatej wody, ochładzając błyskawicznie
powietrze. To, co przed chwilą wydawało się uderzającymi boleśnie
kroplami deszczu, zamieniło się w gęsto padające gradziny.
Dygocąc i dzwoniąc zębami zastanawiali się, co robić. Pozostanie
na miejscu groziło zapaleniem płuc, bieg mógł się skończyć
katastrofą. Po kilkunastu minutach pierwszy impet nawałnicy osłabł.
Ruszyli galopem, ślizgając się na rozmokłej glinie, tonąc po
łydki w gwałtownie przybierającym strumieniu wody rwącej w dół
leśną ścieżką, pełną kolein i wykrotów.
–
Uważaj! Jak
skręcisz nogę, jesteśmy załatwieni! Nie biegnij na oślep!
–
Dobrze ci mówić.
Zmarzłam potwornie! Musimy jak najszybciej dotrzeć do Barcic.
Wydawało
się, że galopada nigdy się nie skończy. Wreszcie w dole ukazała
się ryterska droga. Wydostali się na nią po kolejnych kilkunastu
minutach mordęgi.
–
Nie mam siły biec
dłużej – jęczała Magda – Achilles mi się odezwał i zdaje
się, że odbiłam piętę.
Na
sztywnych, dygocących nogach brnęli jezdnią, którą rwał
gliniasty potok. Próbowali zatrzymywać jadące samochody, ale, jak
można się było spodziewać, nikt się nie kwapił by zgarnąć z
pobocza mokrych i ubłoconych jak nieboskie stworzenia, oblewanych od
stóp do głów przez rozbryzgi brudnej wody spod kół
przejeżdżających samochodów.
„Jeszcze
raz spróbuję” – pomyślała Magda, gdy na zakręcie pojawił
się bus. Machnęła ręką bez przekonania.
–
To Niemcy. Nasi nie
chcą pomóc człowiekowi, to tym bardziej ci się nami nie przejmą.
W
tym właśnie momencie mikrobus zaczął ostrożnie zwalniać na
mokrej jezdni. Otworzyły się tylne drzwi i zobaczyli dwie,
serdecznie uśmiechnięte twarze
młodych ludzi. Zostali wciągnięci do środka, wprost na strzyżony
dywan koloru bordo. Speszeni, zawahali się na moment. Zagarnięci
ramieniem, opadli na wyściełaną ławeczkę. Na wykładzinie wokół
oklejonych gliną butów rosły w oczach kałuże błota. Kilka
przyjacielskich klepnięć było odpowiedzią na podziękowania.
Wysiedli na rogu dobrze sobie znanej barcickiej „ulicki” i
ruszyli w kierunku domu Ludwiki.
Jerzy
z Hanią i dziećmi rzucili się na poszukiwania suchej odzieży,
Ludwika szykowała grzańca.
–
Jajeśnica? –
zapytała krótko.
–
Wszystko, co nam
dasz. Jesteśmy głodni jak wilki!
–
Bedzieta lotać na
drugi roz! – komentowała Ludwika.
–
Jerzy, odwieź nas
do domu. Trochę nam cieplej, ale rozsiadanie się to bezsens. Trzeba
wziąć co prędzej gorącą kąpiel z macierzanką i do wyra. Jeśli
się przeziębię, to po mnie. Mam straszny tydzień.
–
Muszę uruchomić
wycieraczki. Coś nawala, a znów pada. Za dziesięć minut jestem
gotów – Jerzy w pośpiechu ruszył do drzwi.
–
Ciociu, daj mi
jeszcze herbaty z malinami. Nie mogę uwierzyć, że udało nam się
wyjść z opresji bez szwanku. Tam na górze, kiedy leżeliśmy w
krzakach a wokół tłukło straszliwie, przypomniałam sobie
opowiadanie kobiety, którą poznaliśmy w zeszłym roku, schodząc z
Pisanej do Rytra. Przemiła babina pasła w lecie krowy na hali,
nocując w szałasie. Przy trasie trudno o wodę, więc przypięliśmy
się do niej z prośbą o wskazanie studni. Poniżej kartofliska biło
źródło. Woda krystaliczna. Zaprosiliśmy kobietę na herbatę i
skromny obiadek. Wtedy rozgadała się, a jej opowieść była ku
przestrodze. Pewnego dnia przechodziło w pobliżu szałasu dwoje
studentów. Spieszyli się do pociągu. Pogoda się załamała i
nadciągnęła burza. Gospodyni, poczęstowawszy ich gorącą
herbatą, namawiała, by zostali na noc. Bez skutku. Prawie biegnąc,
dotarli zaledwie na brzeg polany. Tam dosięgnął ich piorun.
czwartek, 27 marca 2014
środa, 26 marca 2014
Pikuś znajdek (wspomnienia z kielecczyzny, kolejny urywek 'Okruchów pamięci')
Zima
63. roku była straszna. Śnieg zwalił taki, że tunele w nim
wykopane wysokie były „na chłopa”. Kiedy zawodził pług
śnieżny, stróż przenosił na plecach dzieci pracowników do
autobusu. Lalka, dawno zapomniawszy o czasach niedoli i głodu u
sąsiadki, obdarowała nas z wdzięczności sześciorgiem tłustych
szczeniąt, sprawiając tym samym mikołajowy prezent, jako że
szczęśliwy fakt miał miejsce 6 grudnia. Teraz, w poczuciu dobrze
spełnionego obowiązku, uznała, że szczekającymi w budzie
grubaskami zająć się powinna rodzina. Manifestując beztroskę,
zmuszała Dziutkę do permanentnych interwencji. Ta utykała w
gnieździe wydzierające się szczeniaki, ich mamunia natomiast
roznosiła po wsi ploty. Metodą szeptaną zawiadomiła psią brać,
że u nas zawsze jest pełna micha, ciepły kąt i dobre słowo.
Tak
więc, dzięki długiemu ozorowi Lalki zjawiły się Żółtek i
Reksio. Stołówka, prowadzona dla dziewięciu psów i kilku kotów
pracowała pełną parą i w niepamięć poszły przyrzeczenia, które
składaliśmy sobie po śmierci Fafika, że nigdy więcej żadnych
zwierząt.
Teraz
mieliśmy pewność, że psy u nas były, są i będą.
Reksio
nie protestował przeciwko imieniu, jaki do niego przystało,
natomiast Żółtek wyraźnie nie był kontent. Przejrzeliśmy
kalendarz psich imion – bez skutku. Dopiero po wielu miesiącach
wpadło mi do głowy, że to po prostu Pikuś. Zwierzak rzucił mi
się na szyję, całując z dubeltówki w dowód uznania dla
bystrości umysłu odkrywcy. Minął kolejny rok. Oba psy zadomowiły
się na dobre, obracając ogród w perzynę.
Pewnego
dnia zgłosił się po Pikusia właściciel. Rozpoczął pertraktacje
zza płotu, bo Lalka broniła zawzięcie własnego terytorium.
„Pani!
– zagadnął Dziutkę siedzącą pod kasztanem – Podobnież jest
tu mój pies. Taki rudy ze złamanym ogonem.”
„Istotnie,
jest taki pies. Dawno panu zginął?”
„Bedzie
ze trzy tygodnie.”
„To
nie pański. Mamy go już przynajmniej rok.”
„No,
może bedzie i rok.”
„Dopiero
teraz zauważył pan stratę?” – zirytował ją tupet faceta. „Po
co chce go pan zabrać? Jeść mu pan nie dawał i biedak uciekł,
żeby ratować życie”.
„To
jo bym go wzioł” – kontynuował chłop nie zrażony.
W
tym momencie pojawił się Pikuś. Uśmiechnięty, uprzejmy, w dygach
i prysiudach. Dziutka zbaraniała!
„Niech
go pan zabiera” – wykrztusiła, nie chcąc stać na drodze psiemu
szczęściu. Ale kiedy chłop wyciągnął sznurek, narobiła rabanu.
„Co
to, to nie! Pójdzie z panem dobrowolnie albo wcale. Dawałam mu jeść
wystarczająco długo, żeby mieć prawo do decyzji”.
Otworzyła
psu bramkę, odwoławszy rozszalałą Lalkę i czekała na finał.
Pikuś
odprowadził chłopa do bramy, przeciągnął się, ziewnął,
wreszcie ukłonił szarmancko na pożegnanie i galopem wrócił.
Wtulił mordkę w dłoń swej pańci i stali tak w serdecznej
bliskości, póki Lalka i Reksio nie dały mu do zrozumienia, że
przesada w niczym nie jest dobra.
poniedziałek, 24 marca 2014
Nasze Konie
Jak wszystkie zwierzęta mieszkające w leśniczówce, konie także zjawiały się tutaj w sytuacjach dramatycznych.
Kuba
oczyścił go na podwórzu. Leśniczy przejechał białą chustką po
końskim grzbiecie.
–
Udał nam się Rigo? Prawda?
–
Noo! – przyznał ochoczo Kuba.
Adam
zauważył Julę niosącą naręcze bzu.
–
Patrz, jak mu błyszczy sierść. Siadaj na chwilę.
–
Zaraz wujku, tylko wstawię kwiaty do wazonów.
Kiedy
wróciła, Adam opowiedział jej historię konia:
–
Nikt nie wie, jak na barcickiej drodze znalazł się ten piękny
źrebak, o ciemnobrązowym, przechodzącym w czerń umaszczeniu,
nerwowych chrapach, delikatnych pęcinach i ostrym, inteligentnym
spojrzeniu. Przez wieś przewalał się front. Koń gnał na oślep,
zraniony kawałkiem pocisku, wprost na rosyjską ciężarówkę.
Wskoczył na maskę. Rannego i okulałego przyprowadził jakiś
“ruski” o miękkim sercu. Przygarnął go szwagier, wykurował i,
jak widzisz, wyrósł na wspaniałego konia. Używam go pod wierzch,
albo do dwukółki. Jest straszliwie płochliwy. Nie daj Boże,
zobaczy samochód, albo usłyszy strzały – wariuje. Za to w lesie
jest znakomity.
Kasztana
znasz. Przyjechałaś nim ze stacji. Ten biedak miał przygody! Jako
młodziutki koń został partyzantem. Życie spędzał w lesie.
Dobrze służył oddziałowi do czasu, kiedy skręcił nogę. Ktoś
wpadł na pomysł, by oddać go do tartaku w Nawojowej i tak się
stało. Odstał swoje w stajni, wydobrzał – i do roboty!
Trafił
fatalnie. Nie dlatego, że musiał ciężko pracować, ale dlatego,
że furman, któremu go przydzielono, był wyjątkowym draniem. Tłukł
konia niemiłosiernie, karmił byle jak. Kasztan gwałtownie tracił
siły i cierpliwość. Kiedy zwyrodnialec walnął go o jeden raz za
dużo, kopnął go i zabił.
Postanowiono
oddać nieznośnika na mięso. Wypadek odbił się głośnym echem w
okolicy. Któryś z chłopaków z oddziału dał mi znać, prosząc o
ratunek dla nieszczęsnego zwierzęcia. Zdecydowałem się, wiedząc,
że dotarcie do znarowionego konia nie będzie łatwe, jeśli w ogóle
możliwe. Potrzebował długiej rehabilitacji psychicznej i, jak się
okazało, również fizycznej, ale temu biedakowi należała się
szansa.
Pojechaliśmy
z Kubą do Nawojowej dwukółką, zaprzężoną w Riga, co groziło
skręceniem karku. Wyprowadzono zwierzę chwiejące się na nogach.
Obraz nędzy i rozpaczy! O tym, by go zaprząc i wracać, nie było
mowy. Ja do domu wróciłem dwukółką, a Kuba prowadził Kasztana
do Barcic trzy dni, popasając po drodze. Stanął w swoim boksie na
wiele tygodni. Pojawienie się w stajni kogokolwiek, wywoływało
ataki przerażenia. Rżał dziko, walił zadem bez opamiętania. Za
to apetyt miał nieprawdopodobny.
Kiedy
poczuł się fizycznie lepiej, zaczęły się w stajni dziać dziwne
rzeczy. Każdego ranka Kuba znajdował go stojącego luzem, choć
wieczorem był przypięty do żłobu. Zawsze, sobie wiadomym
sposobem, wymotał się z zaczepu. W dodatku w kurzych gniazdach
trudno było znaleźć jajko, krowy ryczały, jakby protestując
przeciw niedostatkom jedzenia. Coś było nie tak. Któregoś
wieczoru Kuba przemyślnie zostawił w stajni zapaloną lampę, a sam
przyczaił się na zewnątrz pod oknem. Niebawem Kasztan spuścił
się sprytnie z łańcuszka i ruszył na poszukiwania. Powyjadał
jajka z gniazd, potem wypił pomyje, które zostawiły krowy, a
wreszcie opróżnił koryta dla świń i spokojnie zabrał się za
owies. Kuba wpadł do domu jak bomba! “Panie leśniczy! Ten
ancykrys jojka wypijo, ino to jesce nie kuniec! Widzioł pon kiedy,
zeby kuń pił krówskie pomyje? Bo jo nie!” Rzeczywiście. Zwróć
uwagę, jak pije koń: Musi mieć czyściutką, świeżą wodę, a o
pomyjach mowy nie ma! Ale Kasztan był partyzantem. Głód, który
niejeden raz musiał zajrzeć w oczy ludziom i zwierzętom, nauczył
go zapobiegliwości. Przez kilka lat walczył przecież o
przetrwanie. Teraz Kuba podsuwał mu tyle jedzenia, ile był w stanie
zjeść, czyli jak mówił “do pęku”.
Świetnie
odżywiony przyzwyczaił się powoli do szczotkowania. Po pewnym
czasie okazał się być koniem wielkiej urody i łagodności. Sama
widzisz.
Jula
zajrzała do stajni, by pogłaskać bohaterów opowiadania.
Zatrzymała się w progu. Zobaczyła Magdę, uwieszoną na szyi
Kasztana – rżał cichutko, prychał delikatnie do ucha i przytulał
piękny łeb do główki dziecka. Po chwili złapał wargami kosmyk
włosów, przypominając o kostce cukru, którą mała podała mu
natychmiast na rozłożonej płasko dłoni.
piątek, 21 marca 2014
Nocna wizyta
Partyzanci byli w leśniczówce częstymi gośćmi. Znajdowali tu schronienie, a w razie potrzeby opiekę w świetnie nadającym się do tych celów, zakamuflowanym pokoiku, będącym częścią wielkiego komina. Jednak takie wizyty jak ta, były udręką domowników
Dziutka
zerwała się na równe nogi. Obudziło ją ujadanie psów, w chwilę
potem łomot drzwi wylatujących z zawiasów.
Wyskoczyła
z łóżka w koszuli, zaraz za nią Adam, który dwie godziny
wcześniej wrócił z jednej ze swoich nocnych wędrówek.
Byli
już w sieni. Trzech uzbrojonych w automaty mężczyzn i typ w
skórzanym płaszczu.
–
Dokumenty! – huknął.
–
To panowie najpierw pokażą dokumenty. Panowie wdarli się do
naszego domu – odpaliła Dziutka.
–
Panowie i panie dawno wyjechali zaleszczyckom szosom! – prowodyr
zarżał w zachwycie nad własną błyskotliwością.
–
Milczeć! Pod ścianę! – wrzasnął w sekundę później,
uznawszy, że żarty się skończyły.
–
Gdzie te
bańdziory?! Gdzie
ich trzymacie?! – kontynuował.
–
Poza nami nie ma tu nikogo – odpowiedziała.
–
Zobaczymy, zobaczymy!
Palcem
wskazał swym ludziom drzwi. Rozbiegli się po pokojach i za chwilę
wyciągali z łóżek pozostałych domowników.
–
To kto? – zapytał, wskazując na Adama.
–
Mąż.
–
Mąż to on pewnie czyjś jest. Zoobaaczyymy.
Adam
stał pod ścianą z zaciśniętymi ustami, zastanawiając się nad
tym, co „goście” wiedzą.
–
No to, gdzie te bańdziory?!
Nie
czekając na odpowiedź, puścili serię w sufit i rozpoczęli
rewizję. Odłożyli na bok sportowe siodła, lornetkę, służbową
broń, roczniki francuskiego pisma ilustrowanego, uznając zdjęcia
obrazów i rzeźb światowych mistrzów za pornografię.
–
Czy wy wiecie, co to w ogóle jest?! Analfabeci! – sierdziła się
Dziutka.
Jeden
z osiłków strzelił ją na odlew w twarz.
–
Zamknij się ...
W
tym momencie Adam oderwał się od ściany.
–
Stać! Ręce na kark, bo strzelam! – wrzasnął właściciel
skórzanego płaszcza.
Dziutka
nie dawała za wygraną:
–
Mój brat dowie się o tym natychmiast! Dobrze wiecie, że jest
wysokiej rangi lekarzem KBW! Jeśli nie wiecie, tym gorzej dla was!
Już on wam... – tu domownicy i goście usłyszeli soczystą
wiązankę.
Zofia
w osłupieniu słuchała wybuchu córki, ale i intruzi nie
spodziewali się takiego słownika w ustach drobnej, delikatnej
kobiety.
Nie
wiadomo, co ostudziło nieco impet mołojców. Czy groźba
interwencji ze strony brata – oficera, czy tyrada gospodyni, dość
że przybrali ton bardziej pojednawczy.
–
No, no. Nie podskakuj. Jak coś ciekawego znajdziemy, to twój tym
razem z kryminału nie wyjdzie. Sam Pan Bóg mu nie pomoże, co
dopiero braciszek – odgrażał się prowodyr, znacznie ciszej i
jakby łagodniej.
–
Podpisz, co zabieramy – podsunął jej świstek na znak, że
rewizja skończona.
–
Niczego nie podpiszę! To nie są wojskowe siodła, lornetka też
nie, broń – służbowa.
–
Nie to nie. Żebyś potem nie pyskowała, że coś zginęło.
Wyszli,
trzaskając obcasami na pożegnanie.
Babci
Zofii, dopiero teraz zrobiło się słabo. Kaśka pobiegła po
krople.
–
Jezus Maria, Adam! Znowu cię zamkną! Jak wtedy po referendum.
–
Jakby to mieli zrobić, już by mnie nie było.
Jula
zabrała Magdę do siebie, babcia poczłapała do pokoju. Dziutka z
Adamem zamknęli się w kancelarii. Do rana nikt nie zmrużył oka.
czwartek, 20 marca 2014
środa, 19 marca 2014
Rozmowa w 'Kurierze Starosądeckim'
Z
przyjemnością informuję Państwa, że w 'Kurierze Starosądeckim'
(marzec/kwiecień b.r.) ukazała się rozmowa red R. Drobysza ze mną.
Podwójnie miły to fakt, bowiem w roku 2000 pojawiły się w tym
piśmie pierwsze odcinki 'Okruchów pamięci' wtedy, kiedy nikt ze
mną na czele nie wiedział, że wspomnienia ujrzą swiatło dzienne
nieco później, w wydaniu książkowym. Smaczku całej sprawie
dodaje fakt, że w kolejnym numerze pisma Redakcja Kuriera
Starosądeckiego rozpoczyna druk kilku rozdziałów najnowszej mojej
książki - 'Okruchy życia', która mam nadzieję ukaże się w
roku 2015. Podaję link TUTAJ Proszę pamiętać, że wywiad jest
dopiero na 14 stronie. Szukajcie Państwo cierpliwie. Warto
przeczytać.
Spotkanie w Życzanowie
Lata powojenne były dla Polski i Polaków okresem niezwykle burzliwym. Dzisiaj, po latach, na szczęście zaczęto intensywnie przywracać pamięć żołnierzy wyklętych - kolejny fragment "Okruchów pamięci". Jula i Michał zostają przypadkowo wciągnięci w historię, która nie była przeznaczona, ani dla ich oczu, ani dla uszu.
–
Rydzów to jest! Ze trzy dni bedzie jak rosną – odpowiedział na
pytanie Kuby robotnik leśny z Życzanowa.
–
Brycke by nazbiroł w pół dnia. Nikto tamok nie chodzi to i som.
–
To jest pomysł! – ucieszył się Michał i pognał do Juli. (O
przejażdżkach konnych mogli zapomnieć).
–
Wycieczka piesza też frajda – pocieszała się Jula.
–
Idziemy przez Wolę, a w Życzanowie pokażę ci kryty most –
zdecydował Michał.
Nie
wdając się w szczegóły opowiedzieli się Kaśce, że wycieczka
całodniowa, porwali w biegu kanapki, mały prymus i menażkę, i już
ich nie było.
Minęli
most na Popradzie i w chwilę później wspinali się ostrymi
serpentynami w stronę przysiółka. Widok na dolinę roztaczał się
coraz piękniejszy. Po lewej mieli Makowicę, a gdzieś za Wolą
czekał na nich ciemny, głęboki wąwóz, pachnący zbutwiałymi
bukowymi liśćmi i grzybnią.
Minęli
już zabudowania wioski, gdy na jej końcu natknęli się na starca z
długimi, białymi wąsami, pasącego krowy. „Chyba leśnik” –
pomyślał chłopak, widząc wyrudziałe, poplamione spodnie ze
zgniłozielonego sukna.
–
Dokąd to droga prowadzi?
– zagadnął ciekawie.
–
Do Życzanowa, na rydze.
Stary
spojrzał na nich spod oka.
–
Do Życzanowa kawał drogi. Nogi was zabolą. Trza było iść w
Księży Las.
–
Eee! Gdzie tam daleko! Byłem tam przecież.
–
A dawno?
–
Dawno, dawno! Przed wojną – wyjawiał chętnie szczegóły rad, że
ma okazję zademonstrować nie tylko wiek, ale i doświadczenie.
–
Kawaler stąd, czy z miasta? – uparcie pruł wątek rozmówca.
–
Jesteśmy oboje u cioci na leśniczówce w Barcicach.
–
Aaa! W Barcicach! To leśniczy nie mówił, że do Życzanowa chodzić
nie trza?
–
Nic nie mówił. Nikt nam do lasu chodzić nie zabrania.
–
Pewnieście zapomnieli mu powiedzieć. Nie tak było?
Unikając
odpowiedzi Michał zagadnął:
–
Czemu to akurat tam nie wolno?
–
Bo tam... – stary zawiesił głos – ...kłusowniki siedzą.
–
Pewnie już na nas czekają! – roześmiała się Jula.
–
Żeby ino panienki kto nie postrzelił – odgryzł się stary,
popatrując z niepokojem za odchodzącymi.
–
Że też gówniarzy zawsze niesie gdzie nie trza! – mamrocząc
ruszył za krowami.
Doszli
do miejsca, gdzie ścieżka wiodła przez stromy uskok, porośnięty
ziołami. Drożyna wiła się, prowadząc w dół. Gdzieś tam na
samym dnie szumiał potok. Wilgotny chłód przyprawił Julę o
dreszcz.
–
Chodźmy tędy, po warstwicy. Nie będziemy pchać się pod gajówkę,
bo jeszcze ktoś się przyczepi, jak tamten.
Przebijali
się mozolnie przez gąszcz jodłowo-świerkowego młodnika,
podszytego w dodatku skłębionymi gałązkami jeżyny. Zmęczeni i
podrapani, zobaczyli wreszcie w dole kryty, drewniany most.
–
Wiesz, że to unikat? Dziś się takich nie buduje – objaśnił
Michał.
–
Czemu ten właśnie jest kryty?
–
Może dlatego, żeby drewno nie gniło pod wpływem deszczu. Tu nic
nie schnie, bo słońce nie zagląda.
Jar
wyglądał niesamowicie.
–
Wiesz, wyobrażam sobie, że mogłaby tu mieszkać Horpyna. Tu jest
po prostu przeraźliwie!
–
Może wrócimy? – zapytał chłopak, bo i jemu zrobiło się jakoś
nieswojo.
Mówili
szeptem, chociaż szum potoku zagłuszyłby prawdopodobnie i głośną
rozmowę. Brnęli dalej kompletnym bezdrożem. W pewnej chwili Michał
zarejestrował kątem oka jakiś ruch. Jeleń? Może i jeleń. Nie
chcąc wystraszyć Juli, zaczął się zastanawiać nad tym, co
usłyszał na Woli.
–
Rydze potrzebują światła, a my brniemy coraz bardziej w krzaki. Są
tu piękne polany, ale trzeba się do nich trochę cofnąć.
–
Stój! – usłyszał komendę wydaną półgłosem i poczuł ucisk
chłodnego metalu między łopatkami. W tej samej chwili szmata lub
chusta spadła mu na oczy. Ktoś potrącił go, przeciskając się
obok i za chwilę usłyszał głos Juli:
–
Proszę mnie puścić! Nic nie zrobiliśmy! Michaaaał!
–
Cicho! Bo wam gęby pozatykam – warknął męski głos.
Posuwali
się naprzód, pchani lekko przez nieznanych napastników. Gotowi nas
wymordować – myślał ponuro chłopak. – Kłusownik to
kłusownik: sumienia za grosz. Że też mnie podkusiło!
W
pewnej chwili padła komenda: „Siadać!” Inny głos zaczął
przepytywanie:
–
Skąd przyszli? Po co? Gdzie mieszkają?
Michał
odpowiadał z pewną nadgorliwością, mając nadzieję, że
wyjaśnienia uspokoją napastników.
–
To u leśniczego w Barcicach mieszkacie?
–
Tak. Już mówiłem.
–
Jak nazywa się leśniczy? Imię? Imię żony? Dzieci mają? Ile? Kto
tam jeszcze mieszka? Wszystko to trzeba sprawdzić, a potem
zobaczymy.
–
Siedzieć spokojnie, nie ruszać się, mamy was na muszce!
Usłyszeli
oddalające się kroki, ale nie śmieli drgnąć. Gorzko żałowali,
że znowu wdali się w awanturę, która nie wiadomo czym się
skończy. Jula dopiero teraz poczuła, że zmarzła na kość w
cienkiej sukience.
–
Będzie afera jak się przeziębię! Jeszcze ciotka gotowa napisać
do mamy, że mają ze mną same kłopoty.
–
Co wam strzeliło do głowy, żeby się tu wlec?! – usłyszeli
znienacka znajomy baryton. W tej samej chwili zdarli szmaty z twarzy.
Przed nimi stał wujek Adam – w mundurze, ze strzelbą na ramieniu.
–
Masz babo placek!
Oboje
zerwali się na równe nogi. Juli krew uderzyła do głowy, Michał
pobladł z emocji.
–
Co wuj tu robi?! – wypalił.
–
Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
–
Przyszliśmy na grzyby.
–
Tu żadnych grzybów nie ma. Zapamiętajcie to sobie!
–
A robotnik leśny mówił Kubie...
–
Podpuszczał go i tyle! Biegiem do domu! Jula jest sina z zimna. Mam
konia na Woli.
Ruszyli
truchtem, nie podejmując prób dowiedzenia się czegokolwiek.
Michała nurtowała jedna myśl: Co wuj robił w kompanii z
kłusownikami? Bo, że znał tych ludzi, to pewne jak amen w
pacierzu.
Jula
natomiast przypomniała sobie nocne odgłosy na ganku, rannego w
kominie i wszelkie niedomówienia w kwestii nieobecności ciotki i
wuja. Teraz wiedziała, że przyszło się jej znowu otrzeć o
tajemnicę.
poniedziałek, 17 marca 2014
Utrapienia Kaśki
Przygody małej Magdy nie zawsze należały do miłych.
–
Juli to śniadanie do łóżka, cy jak?! Co jo inszej roboty ni mom?
Na jaśnie panienke czekać do połdnia z jedzyniem? Pranie mom!
Rzeczywiście,
ogromny baniak z bielizną stał na blasze wypełniony po brzegi.
Po
chwili Kaśka darła się przez całe podwórze:
–
Kuba! Kuuuba! Chojdże! Pranie trza dać na ganek, niek stygnie!
Kaśka
szalała najbardziej wtedy, kiedy “pani” nie było w domu, a
dzisiaj Dziutka pojechała do Piwnicznej.
Magda
z Jurkiem urządzali dzikie gonitwy wokół domu, grzebali kijem w
basenie, lizali sól kamienną dla krów, jednym słowem wychodzili
ze skóry.
–
Cheba w nik złe wstąpiło – gderała gosposia. – Panna mogłaby
dzieci troche popilnuwać, bo niedobre, że strach! Jesce co
wyskórzo.
W
południe Jula usłyszała dziecięcy wrzask dobiegający z drugiej
werandy. W garnku, na gorącej bieliźnie siedziała Magdusia,
trzymając się kurczowo brzegów baniaka. Jerzyk stał jak słup
soli. Jula dopadła dzieciaka, wydarła z garnka i energicznie zdjęła
majtuchy. Pupa była mocno czerwona.
W
tym momencie nadbiegła Kaśka, która, wieszając bieliznę w
ogrodzie, usłyszała krzyk. W sekundę później gnały do kuchni.
Kaśka złapała na ręce wydzierającą się wniebogłosy Magdę i w
biegu wydawała dyspozycje:
–
Jula weźnie miske z kredensu, rozbije kope jaj, a szybko!
Wspólnymi
siłami wtłoczyły tłuściutki, obolały dziecięcy kuper do miski.
Po
chwili nastała błoga cisza, niestety, nie na długo.
–
Mo panna to, czego kciała! – zaczęła perorę gospodyni. – Tak
jest jak się nikto nijakiej roboty nie chyci, ino wszyćko na mojej
głowie!
–
To dziecko się nie uchowo. Jak miała rok, tom jeji sama wrzątek z
mydlinami na główkę wyloła, bo podleciała prościućko pod nogi.
Wolałabym, żeby mi renka uskła... – labidziła nad szkrabem, na
którym jeszcze niedawno wieszała psy.
Rzeczywiście,
na głowie Magdy do dziś widać było blizny po paskudnym oparzeniu.
Tym razem miała więcej szczęścia. “Kuper”, mieniący się
przed chwilą wszystkimi kolorami tęczy, w rezultacie ucierpiał
nieznacznie. Woda w baniaku zdążyła na szczęście nieco
przestygnąć, a nasiadówka na jajach zrobiła swoje.
Dziutka
przestraszyła się nie na żarty usłyszawszy opowieść Kaśki,
która, żeby ją dobić, zaczęła „koronkę”:
–
Pani leśnicyno... (Dziutka wiedziała, że jak Kaśka tak do niej
przemawia, to trzeba siedzieć cicho i ani mru mru)...Pani leśnicyno.
Jo się wybirom iść z tela. To nie na moje nerwy tako robota!
Naskie dziecka dowodzo, tośta jesce obce wyzgarnuwały, co se rapy
psujo albo co inne! Do roboty to ik ni ma! Aha. Pani nauczycielka
przysłała Maśke, ze Jendrek zaś ucik z lekcji.
środa, 12 marca 2014
Kwiatami malowane
Są miejsca zapadające w pamięć
tak głęboko, że myśl o nich towarzyszy nam nieustannie aż do
końca drogi. Jeśli los wyrwie nas z czarownej krainy dzieciństwa
(a dla mnie taką krainą była stara barcicka leśniczówka i jej
otoczenie), szukamy wtedy czegoś w zamian.
Minęły dziesiątki lat zanim
pustkę po „raju utraconym” zastąpiło poczucie przynależności
do miejsca gdzie stoi nasz uroczy dom z drewnianych bali, przytulony
do zbocza obrośniętego jodłą, krzakami dzikiej róży i tarniny,
w dolince pachnącej macierzanką. Domek otacza ogród, w którym
znowu rosną kwiaty mojego dzieciństwa: floksy, powoje, nasturcje i
bzy.
Czy można w tej sytuacji oprzeć
się pokusie utrwalania ich przemijającej urody? Próby takie
podjęłam kilka lat temu. Owe próby szybko przerodziły się w
pasję, która w znacznej mierze wypełniła nowe, darowane mi przez
Opatrzność życie - po latach staczania się po zdrowotnej równi
pochyłej aż do dramatycznego finału.
To wielkie szczęście znaleźć się
znów w samym środku życia, robić to, co się kocha i co pochłania
nas bez reszty. Moją radością, która trwała do czasu potężnej
kontuzji barku, chcę się dzisiaj z Państwem podzielić. Przenieśmy
się na chwilę do naszego domu i ogrodu nad Łęgówką. To miejsce
stało się inspiracją cyklu: Kwiatami malowane. Serdecznie Państwa
zapraszam.
Magdalena Ponurkiewicz
Autorka miała miłą okazję
zaprezentowania cyklu obrazów „Kwiatami malowane” na VI
Wiosennym Festiwalu Artystów Piosenki „Pamiętajcie o ogrodach”,
który odbył się w Małopolskim Centrum Kultury 'Sokół' w 2010
roku.
Oto moja chałupa wokół której rosną kwiaty i chwasty, będące treścią wystawy, o której mowa była wyżej. Będę je Państwu systematycznie prezentować.
wtorek, 11 marca 2014
Jelonek
W leśniczówce pojawił się Jasiek. Dziutka opowiada Juli co wydarzyło się któregoś wiosennego dnia:
– Czy
wiesz, że mieliśmy jelonka? Któregoś wiosennego dnia, zaraz po
wojnie, twój wujek otworzył kopniakiem drzwi i wtoczył się do
kuchni. W ramionach trzymał owinięte w kurtkę zwierzę. Wyrywało
się i wierzgało. Koza? – pomyślałam – Nie! Z tobołka
wystawały brązowo-rudawa
nóżka
z czarnym maleńkim kopytkiem i kształtny łebek o ogromnych oczach.
To
był jelonek – głodny, przerażony i zmarznięty.
W
czasie kiedy obie z Kaśką przygotowywałyśmy butelkę ze smoczkiem
i ciepłe mleko, Adam opowiedział, jak znalazł we wnykach uduszoną
łanię. Była zupełnie sztywna. Karmiła, więc małe musiało być
gdzieś w pobliżu. Szukał cierpliwie, bo była to dla cielęcia
jedyna szansa przetrwania, jeśli jeszcze żył, nie zginął z
wycieńczenia, czy nie dopadł go drapieżnik. Wreszcie udało się!
Gdy rozchylił wysokie trawy na brzegu polany, zobaczył wpatrujące
się w niego ogromne, ciemne oczy. Wrócili razem.
Wiele
cierpliwości wymagały próby przekonania malca, że butelka z
mlekiem to jest to, czego najbardziej mu trzeba. W końcu udało się.
Nazwaliśmy go Jasiek. Biegał po kuchni trącając Kaśkę i mnie
wilgotnym, lakierowanym noskiem.
-
Widziała Dziutka jakie to rzęsiste? Niejedna dziopa kciałaby mieć
takie –
szeptała z zachwytem dla oprawy ciemnych oczu wychowanka. Jasiek
wyjątkowo przypadł jej do gustu. Nic dziwnego. Asystował jej
wszędzie i rósł jak na drożdżach ciągle żądny pieszczot.
Mijały miesiące. Wydoroślał i okazało się (co niestety było do
przewidzenia), że psy podwórzowe zaczynają go wkurzać, kaczki i
indyki także. Sympatyczniej traktował krowy, ale za to byczek
doprowadzał go do szewskiej pasji. Obcych witał przy bramie z
pochylonym zaczepnie łbem. Z Magdą i Jędrkiem bawił się bez
agresji, ale był coraz mocniejszy i jego żartobliwe kuksańce stały
się bolesne.
–
Nie było wyjścia – wtrącił Adam – trzeba by go było izolować
na niewielkiej przestrzeni, a to nie uszczęśliwiłoby go z
pewnością, albo zdecydować się na wywiezienie do lasu. Problem
był w tym, czy sobie poradzi. Był w doskonałej formie, ale więzi
z ludźmi pozbawiły go w znacznej mierze instynktu
samozachowawczego. Wiedzieliśmy przecież, że staniemy kiedyś
przed takim dylematem. Coś za coś. Uratowałem mu życie.
Ofiarowaliśmy szczęśliwe dzieciństwo, ale wszystko ma swoją
cenę. W lesie zwierzętom każdego dnia grozi niebezpieczeństwo.
Takie są prawa przyrody. Jeśli raz je złamiemy, zbieramy skutki.
Po okresie izolacji od nadmiaru rodzinnych uczuć ze strony
domowników, wiosną wywieziono Jaśka do lasu. Po pewnym czasie
okazało się, że bywa u nas nocą, z krótkimi wizytami.
Przyłapałem Kaśkę, jak dożywiała cichaczem swego pupila,
zostawiając pod stajnią mleko z wieczornego udoju i jarzyny.
–
Prawda Kasiu?
–
Iii! Tyle co jo mu daje!
–
Nie chodzi o to – ile, ale – że w ogóle! Sprowadzisz na Jaśka
nieszczęście. W ten sposób nigdy się nie odzwyczai!
Adam
i Dziutka poszli spać. Jula jeszcze plątała się po kuchni. Kaśka
popatrzyła w stronę odchodzących i mruknęła:
–
Huc mi ta huc!
piątek, 7 marca 2014
Zatoczyć koło
Serdecznie zapraszam Państwa do wysłuchania reportażu Z Radio Kraków pod tytułem: "Zatoczyć koło", którego autorem jest znakomita dziennikarka Ewa Szkurłat, która odwiedziła mnie w Nowym Sączu na początku lutego.
By posłuchać reportażu kliknij TUTAJ
Marcelek
Przede
wszystkim dziękuję zainteresowanym moim startem na blogu i wyrazami
sympatii przesłanymi na facebooka.
Kiedy
już porzuciłam zamiar kontynuowania dziergotek, zaczęło się
cyzelowanie książki „Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym
Jorku”. Wtedy uświadomiłam sobie, że to historia zaledwie kilku
miesięcy życia i należałoby zacząć wszystko od początku. Tak
oto w 2001 roku pojawiły się „Okruchy pamięci”, które w 2013
zostały uhonorowane przez Czytelników pierwszym miejscem w
konkursie im. Ks. Prof. B. Kumora. Stąd płynie moja cicha nadzieja,
że kilka urywków książki, które mam zamiar Państwu
zaprezentować nie wydadzą się Czytelnikowi nudne.
W leśniczówce mieszkały na prawach domowników zwierzęta dzikie i domowe.
“Gdzie on może być?” – Jula obeszła pokoje pilnie szukając Jędrka i wreszcie zajrzała do kuchni. Było pusto, ale tylko pozornie. Poczuła na sobie spojrzenie czarnych przenikliwych oczu. Na łóżku Kaśki leżało na wznak jakieś dziwne zwierzę i ssało łapę. Wilgotny, czarny nosek poruszał się nerwowo. “To wydra!” – pomyślała Jula.
Zwierzaczek
usiadł w tym momencie zupełnie „po ludzku”, wyjął łapkę z
wąsatej mordki i miękkim, wężowym ruchem spłynął z łóżka na
podłogę. Jula stanęła jak wryta. Wtedy ruszył w jej stronę na
krótkich nóżkach, przyjął postawę „słupka” łapiąc ją
znienacka za nogę i zaskrzeczał ostrzegawczo. Jula czuła
instynktownie, że nie wolno jej drgnąć. Po chwili wydra nieco
zwolniła uścisk, złapała zębami za rękaw swetra i dalejże
ciągnąć w stronę łóżka! Wdrapała się na nie pospiesznie,
chwytając rękaw coraz niżej, wreszcie dopadła dłoni i
przytrzymując ją łapkami, zaczęła z lubością ssać palec. Jula
usiadła pokornie.
Odsiecz
przyszła niespodziewanie w osobie ciotki.
–
Widzę, że już się znacie. To Marcelek – pierwsza osoba w
rodzinie. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że nie dokonano
wcześniej prezentacji. Nic ci nie zrobił? Bywa, że utnie kogoś
obcego.
–
Nie. Ale przestraszyłam się nie na żarty. Skąd ją macie?
–
Zaraz... Zrobimy sobie herbaty i wszystko ci opowiem – powiedziała
Dziutka, wyciągając z szabaśnika czajnik z wrzątkiem.
–
Wszystko zaczęło się w Rytrze, w czasie wiosennej powodzi. Poprad
zniszczył gniazdo wydry i dwa zupełnie bezradne maleństwa znalazł
robotnik tartaczny. Zabrał je do domu, nie mając pojęcia, co z
nimi robić. Wyobraź sobie, tenże chłop opowiadał, że pod drzwi
domu przez trzy noce przychodziła stara, prosząc o oddanie dzieci.
Walczyła bez skutku, pokonując lęk przed człowiekiem, wreszcie
zrezygnowała. Wydrzęta umierały z głodu i wtedy ktoś miłosierny
doniósł o ich losie Adamowi. Odkupiliśmy dwa wynędzniałe
szczurki i zaczęła się walka o życie. Karmione przez smoczek
mlekiem z jajami, bardzo wolno odzyskiwały kondycję. Nie spaliśmy
wiele nocy, bo nękająca je z byle powodu biegunka sprawiała, że
mokre od stóp do głów marzły i darły się wniebogłosy. Trzeba
je było prać i suszyć. Kiedy jakoś stanęły na nogi, zaczęły
się awantury. Dwaj chłopcy toczyli ze sobą regularne boje i nie
należało się spodziewać wygaśnięcia konfliktu. Konieczne było
rozdzielenie maluchów. Jeden z braci wylądował u sąsiadów.
Niańczony i kochany jak dziecko, przeżył u nich pół roku, gdy
przechodzący obok ogrodu pastuch zabił go kamieniem. Nasz Marcelek,
cieszy się na szczęście doskonałym zdrowiem. Jest pełen pomysłów
i niejednym cię zaskoczy. Opowiem ci kiedyś w wolnej chwili, jakich
atrakcji nam dostarczał. Przeżyliśmy chwile grozy, ale i wielkie
wzruszenia.
–
Mamo! Idę nad Poprad z jastrzębiem – jak zwykle znienacka wpadł
do domu Andrzej. – Kto idzie ze mną?
–
Zabierz Julę i Marcela, niech się wykąpie.
Szli
w stronę Popradu. Jastrząb-gołębiarz niesiony przez Jędrka
otwierał dziób i syczał, ponawiając próby ataku. Gołe ręce
były świetnym celem. Marcel gnał przodem, zamiatając ogonem, byle
jak najprędzej dopaść nurtu. Andrzej postawił ptaka na trawie.
Podlatywał niemrawo. Widać było, że daleko mu do dobrej kondycji.
–
Za wcześnie ptaszku, za wcześnie – szeptał mu do ucha,
przytrzymując zręcznie oba skrzydła. – Przyjdzie na ciebie pora.
Cierpliwości.
Marcel
szalał. Pływał z prądem i pod prąd, co i raz przewracał się
brzuszkiem do góry, patrząc w stronę opiekunów, z nadzieją, że
go widzą i podziwiają. Później długo nurkował, a od nozdrzy do
czubka ogona ciągnął się za nim sznur baniek powietrza. Dopadł
okonia. Rozprawił się z nim błyskawicznie i wtedy dopiero Jula
zobaczyła w pełnej krasie jego piękne, duże i ostre jak sztylety
zębiska.
Zaczęło
się wywlekanie starych butów, puszek i innych skarbów. Marcel
układał je starannie tuż przy nogach Jędrka.
–
Najwięcej skarbów przynosi mamie, bo uważa moją mamę przede
wszystkim za swoją.
Co to za blizna – spytała babcię Jula po powrocie ze spaceru,
widząc pokiereszowaną dłoń.
–
To? Już się zagoiło. Jeszcze w Rytrze tak mnie urządził Marcel.
Adam po raz pierwszy przyniósł dla niego okonie. Przeraziłam się,
że gotów się udławić ośćmi płetwy grzbietowej. Chciałam je
poobcinać. Wyciągnęłam rękę w kierunku miski, a ten skoczył
jak błyskawica! Wbił mi w dłoń wszystkie zęby. Na wylot.
Zemdlałam z bólu. Adam strasznie się wtedy zdenerwował. Nie na
Marcelka, ale na mnie.
Mama
jak dziecko! Przecież to dzikus! Myślałem, że komu jak komu, ale
mamie tego tłumaczyć nie muszę!?
–
Zapamiętałam lekcję, a tobie radzę, zrób to samo.
czwartek, 6 marca 2014
Kwiaty z jedwabiu i aplikacje
Zaczęło się od aplikacji i kwiatów
z jedwabiu jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego
wieku. Brak tzw. 'papierów' utrudniał sprzedaż, ale niektóre
krakowskie galerie przyjmowały moje rękodziełka i przez okres
dwóch lat działalności satysfakcję i frajdę miałam ogromną, co
nie znaczy, że dorobiłam się pieniędzy. Ale cóż znaczą pieniądze w porównaniu ze świadomością, że nauczyliśmy się od podstaw czegoś zupełnie nowego, czym można się zająć kiedy pracę zawodową trzeba było porzucić raz na zawsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























