poniedziałek, 31 marca 2014

Nowe kwiatuszki



Patrycy i jego rodzina - wspomnienia z Kielecczyzny. Ciąg dalszy 'Okruchów pamięci'

Do zobaczenia w środę :)


– Mamo! Ewa zabiera Petronelę!
Rozradowana Magda wpadła do mieszkania, prowadząc za sobą wyjątkowej urody dziewczynę, córkę leśnika, mieszkającą nie opodal Nieznanowic. Zaprzyjaźniły się w czasie, kiedy rodzice Magdy pojechali po Kaśkę i meble, a ona została w internacie. Od tej pory bywały u siebie często i Magda zwierzyła się niedawno z nadmiaru czworonogów.
– Chwała Bogu i twoim rodzicom! – ucieszyła się Dziutka – Trafiło się naszej Petroneli jak ślepej kurze ziarnko!
– Popatrz, Ewa, jaki śliczny jest Patrycy – Magda pokazywała gościowi ulubieńca rozpartego w oknie.
– Ależ to wielki kocur! Sierść ma przepiękną – zachwycała się dziewczyna.
Ancymon, słysząc doskonale, że o nim mowa, nadął się, nabzdyczył i zmrużył oczy, co nadawało kociej fizjonomii wygląd wyjątkowo arogancki.
– Tylko go nie głaszcz, bo ci przyleje! Tata przewrócił mu we łbie. Trzeba widzieć, jak razem jedzą obiad... Ojciec kroi mięso na drobne kawałki i czeka. Patrycy siedzi na kolanach. We właściwym momencie wyjeżdża spod stołu upazurzona łapa i ląduje na talerzu. Do pracy też chodzą razem. Najpierw kroczy Pan Kot, dostojny, usztywniony, z ogonem zadartym i napuszonym – jednym słowem osoba służbowa – za nim tata. Widok, powiadam ci, wart wszystkich pieniędzy. Dobrze, że mieszkamy wreszcie w biurowcu, bo wątpię, żeby wędrówki jezdnią były dla naszego pupila zdrowe i bezpieczne.
Musisz koniecznie zobaczyć dzieci tego łajdaka. To dopiero uroda! Parę miesięcy temu przyplątała się do nas prześliczna, błekitno-popielata, delikatna kicia z zamiarem poderwania lowelasa. Przyszło jej to bez trudu. Później zaokrągliła się niepokojąco, a któregoś dnia zniknęła. Nikt się tym szczególnie nie przejął. Jakiś czas potem, kiedy o kocich amorach wszyscy zapomnieliśmy, Patrycy wskoczył na okno, waląc pięścią w szybę. (Dobijał się zawsze tam, gdzie paliło się światło, potem biegł do drzwi i wchodził jak należy). Teraz wtarabanił się do kuchni i dalejże omiatać mamę ogonem. Zagadywał potem, biegł do drzwi, znów wracał. Zaintrygowana, narzuciła coś na grzbiet. Prowadził ją wprost do stodoły. Tam – głęboko ukryte w sianie – tkwiły dwa błękitno-popielate kocięta, chude i zabiedzone. Matka musiała zginąć tragicznie, a ten, zamiast zeżreć przychówek, jakby to zrobił niejeden tatuńcio, ruszył na poszukiwanie mamki.
– To naprawdę zdumiewające – wtrąciła Ewa.
– Potem zniknął z nową narzeczoną na wiele dni. Idziemy z Ewą do stodółki. Tam pewnie kręcą się nasze dzikie kociaki.
Wyszły obie przed dom.
– A to co za nieszczęście?
– Buru-Buru, czyli Kot Zielony.
Obok ławki wylegiwał się straszliwie zezowaty kocur z okropną szramą na głowie.
– Popatrz, jakie ma nerwowe tiki. Mruga oczyma, marszczy się dziwacznie i wąsy mu drgają. Mówiłam ci, że usiłujemy adoptować kalekę z głową rozwaloną siekierą. Oto on. Niewiele widzi. Wymaga opieki. Dobrze, że udało się go do nas przekonać, bo zginąłby niechybnie. Jest tylko jeden kłopot. Buru-Buru jest wyjątkowo nieporządny...
– Panna se weźmie tego kocura – zachęcała Ewę Kaśka – Panna koty lubi, to ji za jedno, a z kotko to ino kłopot, kocionta do chołpy przywlece...
– Przykro mi. Mam zamówienie tylko na Petronelkę.


piątek, 28 marca 2014

'Burza'

Są takie chwile, które pozostają w pamięci na całe życie (ciąg dalszy 'Okruchów pamięci')


Podejście z Gabonia na Prehybę pod starym wyciągiem skróciło Magdzie i Januszowi czas wejścia na szczyt. Pokonanie różnicy wzniesień w ciągu czterdziestu minut dawało szansę na dłuższy odpoczynek na górze i upichcenie obiadu. Najedzeni, zamówili kawę u Jasia, kierownika schroniska, człowieka, którego niezwykła popularność ściągała tu zarówno rzesze sympatyków miejsca, którym zawiadywał, jak i jego osobistych fanów.
Każdy czuł się tu gościem szczególnym, wyróżnianym, któremu gospodarz poświęca więcej niż innym swej życzliwej uwagi.
Zaspokoiwszy pragnienie i ciekawość odnośnie planów wykończenia „Jaśkówki” sąsiadującej ze starym schroniskiem, poddanym gruntownemu remontowi i przebudowie jednocześnie, ruszyli szlakiem w kierunku Rytra.
Pogoda była wspaniała. Czyściutkie niebo nie zapowiadało żadnych niemiłych niespodzianek, jedynie upał dawał się obojgu we znaki.
Nie musieli się spieszyć. Zbierali resztki jagód w gęstych maliniakach, próbowali bez powodzenia wcisnąć się głębiej w nieprzebyty jodłowy gąszcz w poszukiwaniu grzybów.
Nagle rozległ się potężny huk, przechodzący w suchy trzask rozrywanego bukowego pnia, w który właśnie uderzył piorun. Zdumieni spojrzeli w niebo. Nad Złomnistym Wierchem wyłaniało się kowadło burzowej chmury. Waliło teraz raz po raz, coraz bliżej i bliżej. Sytuacja stawała się groźna. Szlak prowadził wąską ścieżką na grzbiecie i nie sposób było z niego zboczyć.
– Wiejmy stąd! Nic tu po nas. Zaraz skręcimy na Wdżary i Kanarkówkę. Na tej żyletce trafi nas jak amen w pacierzu.
– Pioruny walą, a nie pada – sapała Magda, próbując nadążyć za mężem.
– Zaraz lunie, bez obawy! Wtedy będziemy zjeżdżać na tyłku.
W tym momencie piorun uderzył tuż za ich plecami, a drugi dosłownie przed nosem.
– Kładźmy się płasko między krzakami – komenderował Janusz – To jedyny skrawek otwartej przestrzeni w okolicy.
Odrzucili plecak z kocherem i metalowymi elementami uprzęży i przywarli do mchu, chroniąc wzrok przed oślepiającym światłem błyskawic.
Siła wiatru wzrastała z każdą chwilą, drzewa trzeszczały niebezpiecznie. Wtedy usłyszeli szum. Coraz głośniejszy. Runęły na nich ściany lodowatej wody, ochładzając błyskawicznie powietrze. To, co przed chwilą wydawało się uderzającymi boleśnie kroplami deszczu, zamieniło się w gęsto padające gradziny. Dygocąc i dzwoniąc zębami zastanawiali się, co robić. Pozostanie na miejscu groziło zapaleniem płuc, bieg mógł się skończyć katastrofą. Po kilkunastu minutach pierwszy impet nawałnicy osłabł. Ruszyli galopem, ślizgając się na rozmokłej glinie, tonąc po łydki w gwałtownie przybierającym strumieniu wody rwącej w dół leśną ścieżką, pełną kolein i wykrotów.
– Uważaj! Jak skręcisz nogę, jesteśmy załatwieni! Nie biegnij na oślep!
– Dobrze ci mówić. Zmarzłam potwornie! Musimy jak najszybciej dotrzeć do Barcic.
Wydawało się, że galopada nigdy się nie skończy. Wreszcie w dole ukazała się ryterska droga. Wydostali się na nią po kolejnych kilkunastu minutach mordęgi.
– Nie mam siły biec dłużej – jęczała Magda – Achilles mi się odezwał i zdaje się, że odbiłam piętę.
Na sztywnych, dygocących nogach brnęli jezdnią, którą rwał gliniasty potok. Próbowali zatrzymywać jadące samochody, ale, jak można się było spodziewać, nikt się nie kwapił by zgarnąć z pobocza mokrych i ubłoconych jak nieboskie stworzenia, oblewanych od stóp do głów przez rozbryzgi brudnej wody spod kół przejeżdżających samochodów.
„Jeszcze raz spróbuję” – pomyślała Magda, gdy na zakręcie pojawił się bus. Machnęła ręką bez przekonania.
– To Niemcy. Nasi nie chcą pomóc człowiekowi, to tym bardziej ci się nami nie przejmą.
W tym właśnie momencie mikrobus zaczął ostrożnie zwalniać na mokrej jezdni. Otworzyły się tylne drzwi i zobaczyli dwie, serdecznie uśmiechnięte twarze młodych ludzi. Zostali wciągnięci do środka, wprost na strzyżony dywan koloru bordo. Speszeni, zawahali się na moment. Zagarnięci ramieniem, opadli na wyściełaną ławeczkę. Na wykładzinie wokół oklejonych gliną butów rosły w oczach kałuże błota. Kilka przyjacielskich klepnięć było odpowiedzią na podziękowania. Wysiedli na rogu dobrze sobie znanej barcickiej „ulicki” i ruszyli w kierunku domu Ludwiki.
Jerzy z Hanią i dziećmi rzucili się na poszukiwania suchej odzieży, Ludwika szykowała grzańca.
– Jajeśnica? – zapytała krótko.
– Wszystko, co nam dasz. Jesteśmy głodni jak wilki!
– Bedzieta lotać na drugi roz! – komentowała Ludwika.
– Jerzy, odwieź nas do domu. Trochę nam cieplej, ale rozsiadanie się to bezsens. Trzeba wziąć co prędzej gorącą kąpiel z macierzanką i do wyra. Jeśli się przeziębię, to po mnie. Mam straszny tydzień.
– Muszę uruchomić wycieraczki. Coś nawala, a znów pada. Za dziesięć minut jestem gotów – Jerzy w pośpiechu ruszył do drzwi.

– Ciociu, daj mi jeszcze herbaty z malinami. Nie mogę uwierzyć, że udało nam się wyjść z opresji bez szwanku. Tam na górze, kiedy leżeliśmy w krzakach a wokół tłukło straszliwie, przypomniałam sobie opowiadanie kobiety, którą poznaliśmy w zeszłym roku, schodząc z Pisanej do Rytra. Przemiła babina pasła w lecie krowy na hali, nocując w szałasie. Przy trasie trudno o wodę, więc przypięliśmy się do niej z prośbą o wskazanie studni. Poniżej kartofliska biło źródło. Woda krystaliczna. Zaprosiliśmy kobietę na herbatę i skromny obiadek. Wtedy rozgadała się, a jej opowieść była ku przestrodze. Pewnego dnia przechodziło w pobliżu szałasu dwoje studentów. Spieszyli się do pociągu. Pogoda się załamała i nadciągnęła burza. Gospodyni, poczęstowawszy ich gorącą herbatą, namawiała, by zostali na noc. Bez skutku. Prawie biegnąc, dotarli zaledwie na brzeg polany. Tam dosięgnął ich piorun.

środa, 26 marca 2014

Pikuś znajdek (wspomnienia z kielecczyzny, kolejny urywek 'Okruchów pamięci')

Zima 63. roku była straszna. Śnieg zwalił taki, że tunele w nim wykopane wysokie były „na chłopa”. Kiedy zawodził pług śnieżny, stróż przenosił na plecach dzieci pracowników do autobusu. Lalka, dawno zapomniawszy o czasach niedoli i głodu u sąsiadki, obdarowała nas z wdzięczności sześciorgiem tłustych szczeniąt, sprawiając tym samym mikołajowy prezent, jako że szczęśliwy fakt miał miejsce 6 grudnia. Teraz, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, uznała, że szczekającymi w budzie grubaskami zająć się powinna rodzina. Manifestując beztroskę, zmuszała Dziutkę do permanentnych interwencji. Ta utykała w gnieździe wydzierające się szczeniaki, ich mamunia natomiast roznosiła po wsi ploty. Metodą szeptaną zawiadomiła psią brać, że u nas zawsze jest pełna micha, ciepły kąt i dobre słowo.
Tak więc, dzięki długiemu ozorowi Lalki zjawiły się Żółtek i Reksio. Stołówka, prowadzona dla dziewięciu psów i kilku kotów pracowała pełną parą i w niepamięć poszły przyrzeczenia, które składaliśmy sobie po śmierci Fafika, że nigdy więcej żadnych zwierząt.
Teraz mieliśmy pewność, że psy u nas były, są i będą.
Reksio nie protestował przeciwko imieniu, jaki do niego przystało, natomiast Żółtek wyraźnie nie był kontent. Przejrzeliśmy kalendarz psich imion – bez skutku. Dopiero po wielu miesiącach wpadło mi do głowy, że to po prostu Pikuś. Zwierzak rzucił mi się na szyję, całując z dubeltówki w dowód uznania dla bystrości umysłu odkrywcy. Minął kolejny rok. Oba psy zadomowiły się na dobre, obracając ogród w perzynę.
Pewnego dnia zgłosił się po Pikusia właściciel. Rozpoczął pertraktacje zza płotu, bo Lalka broniła zawzięcie własnego terytorium.
„Pani! – zagadnął Dziutkę siedzącą pod kasztanem – Podobnież jest tu mój pies. Taki rudy ze złamanym ogonem.”
„Istotnie, jest taki pies. Dawno panu zginął?”
„Bedzie ze trzy tygodnie.”
„To nie pański. Mamy go już przynajmniej rok.”
„No, może bedzie i rok.”
„Dopiero teraz zauważył pan stratę?” – zirytował ją tupet faceta. „Po co chce go pan zabrać? Jeść mu pan nie dawał i biedak uciekł, żeby ratować życie”.
„To jo bym go wzioł” – kontynuował chłop nie zrażony.
W tym momencie pojawił się Pikuś. Uśmiechnięty, uprzejmy, w dygach i prysiudach. Dziutka zbaraniała!
„Niech go pan zabiera” – wykrztusiła, nie chcąc stać na drodze psiemu szczęściu. Ale kiedy chłop wyciągnął sznurek, narobiła rabanu.
„Co to, to nie! Pójdzie z panem dobrowolnie albo wcale. Dawałam mu jeść wystarczająco długo, żeby mieć prawo do decyzji”.
Otworzyła psu bramkę, odwoławszy rozszalałą Lalkę i czekała na finał.
Pikuś odprowadził chłopa do bramy, przeciągnął się, ziewnął, wreszcie ukłonił szarmancko na pożegnanie i galopem wrócił. Wtulił mordkę w dłoń swej pańci i stali tak w serdecznej bliskości, póki Lalka i Reksio nie dały mu do zrozumienia, że przesada w niczym nie jest dobra.


poniedziałek, 24 marca 2014

Kolejne kwiatki wyciągnięte z szuflady




Nasze Konie

Jak wszystkie zwierzęta mieszkające w leśniczówce, konie także zjawiały się tutaj w sytuacjach dramatycznych.

Kuba oczyścił go na podwórzu. Leśniczy przejechał białą chustką po końskim grzbiecie.
– Udał nam się Rigo? Prawda?
– Noo! – przyznał ochoczo Kuba.
Adam zauważył Julę niosącą naręcze bzu.
– Patrz, jak mu błyszczy sierść. Siadaj na chwilę.
– Zaraz wujku, tylko wstawię kwiaty do wazonów.
Kiedy wróciła, Adam opowiedział jej historię konia:
– Nikt nie wie, jak na barcickiej drodze znalazł się ten piękny źrebak, o ciemnobrązowym, przechodzącym w czerń umaszczeniu, nerwowych chrapach, delikatnych pęcinach i ostrym, inteligentnym spojrzeniu. Przez wieś przewalał się front. Koń gnał na oślep, zraniony kawałkiem pocisku, wprost na rosyjską ciężarówkę. Wskoczył na maskę. Rannego i okulałego przyprowadził jakiś “ruski” o miękkim sercu. Przygarnął go szwagier, wykurował i, jak widzisz, wyrósł na wspaniałego konia. Używam go pod wierzch, albo do dwukółki. Jest straszliwie płochliwy. Nie daj Boże, zobaczy samochód, albo usłyszy strzały – wariuje. Za to w lesie jest znakomity.
Kasztana znasz. Przyjechałaś nim ze stacji. Ten biedak miał przygody! Jako młodziutki koń został partyzantem. Życie spędzał w lesie. Dobrze służył oddziałowi do czasu, kiedy skręcił nogę. Ktoś wpadł na pomysł, by oddać go do tartaku w Nawojowej i tak się stało. Odstał swoje w stajni, wydobrzał – i do roboty!
Trafił fatalnie. Nie dlatego, że musiał ciężko pracować, ale dlatego, że furman, któremu go przydzielono, był wyjątkowym draniem. Tłukł konia niemiłosiernie, karmił byle jak. Kasztan gwałtownie tracił siły i cierpliwość. Kiedy zwyrodnialec walnął go o jeden raz za dużo, kopnął go i zabił.
Postanowiono oddać nieznośnika na mięso. Wypadek odbił się głośnym echem w okolicy. Któryś z chłopaków z oddziału dał mi znać, prosząc o ratunek dla nieszczęsnego zwierzęcia. Zdecydowałem się, wiedząc, że dotarcie do znarowionego konia nie będzie łatwe, jeśli w ogóle możliwe. Potrzebował długiej rehabilitacji psychicznej i, jak się okazało, również fizycznej, ale temu biedakowi należała się szansa.
Pojechaliśmy z Kubą do Nawojowej dwukółką, zaprzężoną w Riga, co groziło skręceniem karku. Wyprowadzono zwierzę chwiejące się na nogach. Obraz nędzy i rozpaczy! O tym, by go zaprząc i wracać, nie było mowy. Ja do domu wróciłem dwukółką, a Kuba prowadził Kasztana do Barcic trzy dni, popasając po drodze. Stanął w swoim boksie na wiele tygodni. Pojawienie się w stajni kogokolwiek, wywoływało ataki przerażenia. Rżał dziko, walił zadem bez opamiętania. Za to apetyt miał nieprawdopodobny.
Kiedy poczuł się fizycznie lepiej, zaczęły się w stajni dziać dziwne rzeczy. Każdego ranka Kuba znajdował go stojącego luzem, choć wieczorem był przypięty do żłobu. Zawsze, sobie wiadomym sposobem, wymotał się z zaczepu. W dodatku w kurzych gniazdach trudno było znaleźć jajko, krowy ryczały, jakby protestując przeciw niedostatkom jedzenia. Coś było nie tak. Któregoś wieczoru Kuba przemyślnie zostawił w stajni zapaloną lampę, a sam przyczaił się na zewnątrz pod oknem. Niebawem Kasztan spuścił się sprytnie z łańcuszka i ruszył na poszukiwania. Powyjadał jajka z gniazd, potem wypił pomyje, które zostawiły krowy, a wreszcie opróżnił koryta dla świń i spokojnie zabrał się za owies. Kuba wpadł do domu jak bomba! “Panie leśniczy! Ten ancykrys jojka wypijo, ino to jesce nie kuniec! Widzioł pon kiedy, zeby kuń pił krówskie pomyje? Bo jo nie!” Rzeczywiście. Zwróć uwagę, jak pije koń: Musi mieć czyściutką, świeżą wodę, a o pomyjach mowy nie ma! Ale Kasztan był partyzantem. Głód, który niejeden raz musiał zajrzeć w oczy ludziom i zwierzętom, nauczył go zapobiegliwości. Przez kilka lat walczył przecież o przetrwanie. Teraz Kuba podsuwał mu tyle jedzenia, ile był w stanie zjeść, czyli jak mówił “do pęku”.
Świetnie odżywiony przyzwyczaił się powoli do szczotkowania. Po pewnym czasie okazał się być koniem wielkiej urody i łagodności. Sama widzisz.

Jula zajrzała do stajni, by pogłaskać bohaterów opowiadania. Zatrzymała się w progu. Zobaczyła Magdę, uwieszoną na szyi Kasztana – rżał cichutko, prychał delikatnie do ucha i przytulał piękny łeb do główki dziecka. Po chwili złapał wargami kosmyk włosów, przypominając o kostce cukru, którą mała podała mu natychmiast na rozłożonej płasko dłoni.

piątek, 21 marca 2014

Nocna wizyta

Partyzanci byli w leśniczówce częstymi gośćmi. Znajdowali tu schronienie, a w razie potrzeby opiekę w świetnie nadającym się do tych celów, zakamuflowanym pokoiku, będącym częścią wielkiego komina. Jednak takie wizyty jak ta, były udręką domowników

 Dziutka zerwała się na równe nogi. Obudziło ją ujadanie psów, w chwilę potem łomot drzwi wylatujących z zawiasów.
Wyskoczyła z łóżka w koszuli, zaraz za nią Adam, który dwie godziny wcześniej wrócił z jednej ze swoich nocnych wędrówek.
Byli już w sieni. Trzech uzbrojonych w automaty mężczyzn i typ w skórzanym płaszczu.
– Dokumenty! – huknął.
– To panowie najpierw pokażą dokumenty. Panowie wdarli się do naszego domu – odpaliła Dziutka.
– Panowie i panie dawno wyjechali zaleszczyckom szosom! – prowodyr zarżał w zachwycie nad własną błyskotliwością.
– Milczeć! Pod ścianę! – wrzasnął w sekundę później, uznawszy, że żarty się skończyły.
– Gdzie te bańdziory?! Gdzie ich trzymacie?! – kontynuował.
– Poza nami nie ma tu nikogo – odpowiedziała.
– Zobaczymy, zobaczymy!
Palcem wskazał swym ludziom drzwi. Rozbiegli się po pokojach i za chwilę wyciągali z łóżek pozostałych domowników.
– To kto? – zapytał, wskazując na Adama.
– Mąż.
– Mąż to on pewnie czyjś jest. Zoobaaczyymy.
Adam stał pod ścianą z zaciśniętymi ustami, zastanawiając się nad tym, co „goście” wiedzą.
– No to, gdzie te bańdziory?!
Nie czekając na odpowiedź, puścili serię w sufit i rozpoczęli rewizję. Odłożyli na bok sportowe siodła, lornetkę, służbową broń, roczniki francuskiego pisma ilustrowanego, uznając zdjęcia obrazów i rzeźb światowych mistrzów za pornografię.
– Czy wy wiecie, co to w ogóle jest?! Analfabeci! – sierdziła się Dziutka.
Jeden z osiłków strzelił ją na odlew w twarz.
– Zamknij się ...
W tym momencie Adam oderwał się od ściany.
– Stać! Ręce na kark, bo strzelam! – wrzasnął właściciel skórzanego płaszcza.
Dziutka nie dawała za wygraną:
– Mój brat dowie się o tym natychmiast! Dobrze wiecie, że jest wysokiej rangi lekarzem KBW! Jeśli nie wiecie, tym gorzej dla was! Już on wam... – tu domownicy i goście usłyszeli soczystą wiązankę.
Zofia w osłupieniu słuchała wybuchu córki, ale i intruzi nie spodziewali się takiego słownika w ustach drobnej, delikatnej kobiety.
Nie wiadomo, co ostudziło nieco impet mołojców. Czy groźba interwencji ze strony brata – oficera, czy tyrada gospodyni, dość że przybrali ton bardziej pojednawczy.
– No, no. Nie podskakuj. Jak coś ciekawego znajdziemy, to twój tym razem z kryminału nie wyjdzie. Sam Pan Bóg mu nie pomoże, co dopiero braciszek – odgrażał się prowodyr, znacznie ciszej i jakby łagodniej.
– Podpisz, co zabieramy – podsunął jej świstek na znak, że rewizja skończona.
– Niczego nie podpiszę! To nie są wojskowe siodła, lornetka też nie, broń – służbowa.
– Nie to nie. Żebyś potem nie pyskowała, że coś zginęło.
Wyszli, trzaskając obcasami na pożegnanie.
Babci Zofii, dopiero teraz zrobiło się słabo. Kaśka pobiegła po krople.
– Jezus Maria, Adam! Znowu cię zamkną! Jak wtedy po referendum.
– Jakby to mieli zrobić, już by mnie nie było.
Jula zabrała Magdę do siebie, babcia poczłapała do pokoju. Dziutka z Adamem zamknęli się w kancelarii. Do rana nikt nie zmrużył oka.


czwartek, 20 marca 2014

Wiosna

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny!!! Za chwilę wszystko zakwitnie, więc proponuję kwiatki na szkle.




środa, 19 marca 2014

Rozmowa w 'Kurierze Starosądeckim'


Z przyjemnością informuję Państwa, że w 'Kurierze Starosądeckim' (marzec/kwiecień b.r.) ukazała się rozmowa red R. Drobysza ze mną. Podwójnie miły to fakt, bowiem w roku 2000 pojawiły się w tym piśmie pierwsze odcinki 'Okruchów pamięci' wtedy, kiedy nikt ze mną na czele nie wiedział, że wspomnienia ujrzą swiatło dzienne nieco później, w wydaniu książkowym. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że w kolejnym numerze pisma Redakcja Kuriera Starosądeckiego rozpoczyna druk kilku rozdziałów najnowszej mojej książki - 'Okruchy życia', która mam nadzieję ukaże się w roku 2015. Podaję link TUTAJ Proszę pamiętać, że wywiad jest dopiero na 14 stronie. Szukajcie Państwo cierpliwie. Warto przeczytać.

Spotkanie w Życzanowie

Lata powojenne były dla Polski i Polaków okresem niezwykle burzliwym. Dzisiaj, po latach, na szczęście zaczęto intensywnie przywracać pamięć żołnierzy wyklętych - kolejny fragment "Okruchów pamięci". Jula i Michał zostają przypadkowo wciągnięci w historię, która nie była przeznaczona, ani dla ich oczu, ani dla uszu.


 – Rydzów to jest! Ze trzy dni bedzie jak rosną – odpowiedział na pytanie Kuby robotnik leśny z Życzanowa.
– Brycke by nazbiroł w pół dnia. Nikto tamok nie chodzi to i som.
– To jest pomysł! – ucieszył się Michał i pognał do Juli. (O przejażdżkach konnych mogli zapomnieć).
– Wycieczka piesza też frajda – pocieszała się Jula.
– Idziemy przez Wolę, a w Życzanowie pokażę ci kryty most – zdecydował Michał.
Nie wdając się w szczegóły opowiedzieli się Kaśce, że wycieczka całodniowa, porwali w biegu kanapki, mały prymus i menażkę, i już ich nie było.
Minęli most na Popradzie i w chwilę później wspinali się ostrymi serpentynami w stronę przysiółka. Widok na dolinę roztaczał się coraz piękniejszy. Po lewej mieli Makowicę, a gdzieś za Wolą czekał na nich ciemny, głęboki wąwóz, pachnący zbutwiałymi bukowymi liśćmi i grzybnią.
Minęli już zabudowania wioski, gdy na jej końcu natknęli się na starca z długimi, białymi wąsami, pasącego krowy. „Chyba leśnik” – pomyślał chłopak, widząc wyrudziałe, poplamione spodnie ze zgniłozielonego sukna.
– Dokąd to droga prowadzi? – zagadnął ciekawie.
– Do Życzanowa, na rydze.
Stary spojrzał na nich spod oka.
– Do Życzanowa kawał drogi. Nogi was zabolą. Trza było iść w Księży Las.
– Eee! Gdzie tam daleko! Byłem tam przecież.
– A dawno?
– Dawno, dawno! Przed wojną – wyjawiał chętnie szczegóły rad, że ma okazję zademonstrować nie tylko wiek, ale i doświadczenie.
– Kawaler stąd, czy z miasta? – uparcie pruł wątek rozmówca.
– Jesteśmy oboje u cioci na leśniczówce w Barcicach.
– Aaa! W Barcicach! To leśniczy nie mówił, że do Życzanowa chodzić nie trza?
– Nic nie mówił. Nikt nam do lasu chodzić nie zabrania.
– Pewnieście zapomnieli mu powiedzieć. Nie tak było?
Unikając odpowiedzi Michał zagadnął:
– Czemu to akurat tam nie wolno?
– Bo tam... – stary zawiesił głos – ...kłusowniki siedzą.
– Pewnie już na nas czekają! – roześmiała się Jula.
– Żeby ino panienki kto nie postrzelił – odgryzł się stary, popatrując z niepokojem za odchodzącymi.
– Że też gówniarzy zawsze niesie gdzie nie trza! – mamrocząc ruszył za krowami.
Doszli do miejsca, gdzie ścieżka wiodła przez stromy uskok, porośnięty ziołami. Drożyna wiła się, prowadząc w dół. Gdzieś tam na samym dnie szumiał potok. Wilgotny chłód przyprawił Julę o dreszcz.
– Chodźmy tędy, po warstwicy. Nie będziemy pchać się pod gajówkę, bo jeszcze ktoś się przyczepi, jak tamten.
Przebijali się mozolnie przez gąszcz jodłowo-świerkowego młodnika, podszytego w dodatku skłębionymi gałązkami jeżyny. Zmęczeni i podrapani, zobaczyli wreszcie w dole kryty, drewniany most.
– Wiesz, że to unikat? Dziś się takich nie buduje – objaśnił Michał.
– Czemu ten właśnie jest kryty?
– Może dlatego, żeby drewno nie gniło pod wpływem deszczu. Tu nic nie schnie, bo słońce nie zagląda.
Jar wyglądał niesamowicie.
– Wiesz, wyobrażam sobie, że mogłaby tu mieszkać Horpyna. Tu jest po prostu przeraźliwie!
– Może wrócimy? – zapytał chłopak, bo i jemu zrobiło się jakoś nieswojo.
Mówili szeptem, chociaż szum potoku zagłuszyłby prawdopodobnie i głośną rozmowę. Brnęli dalej kompletnym bezdrożem. W pewnej chwili Michał zarejestrował kątem oka jakiś ruch. Jeleń? Może i jeleń. Nie chcąc wystraszyć Juli, zaczął się zastanawiać nad tym, co usłyszał na Woli.
– Rydze potrzebują światła, a my brniemy coraz bardziej w krzaki. Są tu piękne polany, ale trzeba się do nich trochę cofnąć.
– Stój! – usłyszał komendę wydaną półgłosem i poczuł ucisk chłodnego metalu między łopatkami. W tej samej chwili szmata lub chusta spadła mu na oczy. Ktoś potrącił go, przeciskając się obok i za chwilę usłyszał głos Juli:
– Proszę mnie puścić! Nic nie zrobiliśmy! Michaaaał!
– Cicho! Bo wam gęby pozatykam – warknął męski głos.
Posuwali się naprzód, pchani lekko przez nieznanych napastników. Gotowi nas wymordować – myślał ponuro chłopak. – Kłusownik to kłusownik: sumienia za grosz. Że też mnie podkusiło!
W pewnej chwili padła komenda: „Siadać!” Inny głos zaczął przepytywanie:
– Skąd przyszli? Po co? Gdzie mieszkają?
Michał odpowiadał z pewną nadgorliwością, mając nadzieję, że wyjaśnienia uspokoją napastników.
– To u leśniczego w Barcicach mieszkacie?
– Tak. Już mówiłem.
– Jak nazywa się leśniczy? Imię? Imię żony? Dzieci mają? Ile? Kto tam jeszcze mieszka? Wszystko to trzeba sprawdzić, a potem zobaczymy.
– Siedzieć spokojnie, nie ruszać się, mamy was na muszce!
Usłyszeli oddalające się kroki, ale nie śmieli drgnąć. Gorzko żałowali, że znowu wdali się w awanturę, która nie wiadomo czym się skończy. Jula dopiero teraz poczuła, że zmarzła na kość w cienkiej sukience.
– Będzie afera jak się przeziębię! Jeszcze ciotka gotowa napisać do mamy, że mają ze mną same kłopoty.
– Co wam strzeliło do głowy, żeby się tu wlec?! – usłyszeli znienacka znajomy baryton. W tej samej chwili zdarli szmaty z twarzy. Przed nimi stał wujek Adam – w mundurze, ze strzelbą na ramieniu.
– Masz babo placek!
Oboje zerwali się na równe nogi. Juli krew uderzyła do głowy, Michał pobladł z emocji.
– Co wuj tu robi?! – wypalił.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
– Przyszliśmy na grzyby.
– Tu żadnych grzybów nie ma. Zapamiętajcie to sobie!
– A robotnik leśny mówił Kubie...
– Podpuszczał go i tyle! Biegiem do domu! Jula jest sina z zimna. Mam konia na Woli.
Ruszyli truchtem, nie podejmując prób dowiedzenia się czegokolwiek. Michała nurtowała jedna myśl: Co wuj robił w kompanii z kłusownikami? Bo, że znał tych ludzi, to pewne jak amen w pacierzu.

Jula natomiast przypomniała sobie nocne odgłosy na ganku, rannego w kominie i wszelkie niedomówienia w kwestii nieobecności ciotki i wuja. Teraz wiedziała, że przyszło się jej znowu otrzeć o tajemnicę.

poniedziałek, 17 marca 2014

Kolejne malatury na szkle













Utrapienia Kaśki

Przygody małej Magdy nie zawsze należały do miłych.

– Juli to śniadanie do łóżka, cy jak?! Co jo inszej roboty ni mom? Na jaśnie panienke czekać do połdnia z jedzyniem? Pranie mom!
Rzeczywiście, ogromny baniak z bielizną stał na blasze wypełniony po brzegi.
Po chwili Kaśka darła się przez całe podwórze:
– Kuba! Kuuuba! Chojdże! Pranie trza dać na ganek, niek stygnie!
Kaśka szalała najbardziej wtedy, kiedy “pani” nie było w domu, a dzisiaj Dziutka pojechała do Piwnicznej.
Magda z Jurkiem urządzali dzikie gonitwy wokół domu, grzebali kijem w basenie, lizali sól kamienną dla krów, jednym słowem wychodzili ze skóry.
– Cheba w nik złe wstąpiło – gderała gosposia. – Panna mogłaby dzieci troche popilnuwać, bo niedobre, że strach! Jesce co wyskórzo.
W południe Jula usłyszała dziecięcy wrzask dobiegający z drugiej werandy. W garnku, na gorącej bieliźnie siedziała Magdusia, trzymając się kurczowo brzegów baniaka. Jerzyk stał jak słup soli. Jula dopadła dzieciaka, wydarła z garnka i energicznie zdjęła majtuchy. Pupa była mocno czerwona.
W tym momencie nadbiegła Kaśka, która, wieszając bieliznę w ogrodzie, usłyszała krzyk. W sekundę później gnały do kuchni. Kaśka złapała na ręce wydzierającą się wniebogłosy Magdę i w biegu wydawała dyspozycje:
– Jula weźnie miske z kredensu, rozbije kope jaj, a szybko!
Wspólnymi siłami wtłoczyły tłuściutki, obolały dziecięcy kuper do miski.
Po chwili nastała błoga cisza, niestety, nie na długo.
– Mo panna to, czego kciała! – zaczęła perorę gospodyni. – Tak jest jak się nikto nijakiej roboty nie chyci, ino wszyćko na mojej głowie!
– To dziecko się nie uchowo. Jak miała rok, tom jeji sama wrzątek z mydlinami na główkę wyloła, bo podleciała prościućko pod nogi. Wolałabym, żeby mi renka uskła... – labidziła nad szkrabem, na którym jeszcze niedawno wieszała psy.
Rzeczywiście, na głowie Magdy do dziś widać było blizny po paskudnym oparzeniu. Tym razem miała więcej szczęścia. “Kuper”, mieniący się przed chwilą wszystkimi kolorami tęczy, w rezultacie ucierpiał nieznacznie. Woda w baniaku zdążyła na szczęście nieco przestygnąć, a nasiadówka na jajach zrobiła swoje.
Dziutka przestraszyła się nie na żarty usłyszawszy opowieść Kaśki, która, żeby ją dobić, zaczęła „koronkę”:
– Pani leśnicyno... (Dziutka wiedziała, że jak Kaśka tak do niej przemawia, to trzeba siedzieć cicho i ani mru mru)...Pani leśnicyno. Jo się wybirom iść z tela. To nie na moje nerwy tako robota! Naskie dziecka dowodzo, tośta jesce obce wyzgarnuwały, co se rapy psujo albo co inne! Do roboty to ik ni ma! Aha. Pani nauczycielka przysłała Maśke, ze Jendrek zaś ucik z lekcji.


środa, 12 marca 2014

Kwiatami malowane


Są miejsca zapadające w pamięć tak głęboko, że myśl o nich towarzyszy nam nieustannie aż do końca drogi. Jeśli los wyrwie nas z czarownej krainy dzieciństwa (a dla mnie taką krainą była stara barcicka leśniczówka i jej otoczenie), szukamy wtedy czegoś w zamian.

Minęły dziesiątki lat zanim pustkę po „raju utraconym” zastąpiło poczucie przynależności do miejsca gdzie stoi nasz uroczy dom z drewnianych bali, przytulony do zbocza obrośniętego jodłą, krzakami dzikiej róży i tarniny, w dolince pachnącej macierzanką. Domek otacza ogród, w którym znowu rosną kwiaty mojego dzieciństwa: floksy, powoje, nasturcje i bzy.

Czy można w tej sytuacji oprzeć się pokusie utrwalania ich przemijającej urody? Próby takie podjęłam kilka lat temu. Owe próby szybko przerodziły się w pasję, która w znacznej mierze wypełniła nowe, darowane mi przez Opatrzność życie - po latach staczania się po zdrowotnej równi pochyłej aż do dramatycznego finału.

To wielkie szczęście znaleźć się znów w samym środku życia, robić to, co się kocha i co pochłania nas bez reszty. Moją radością, która trwała do czasu potężnej kontuzji barku, chcę się dzisiaj z Państwem podzielić. Przenieśmy się na chwilę do naszego domu i ogrodu nad Łęgówką. To miejsce stało się inspiracją cyklu: Kwiatami malowane. Serdecznie Państwa zapraszam.

Magdalena Ponurkiewicz


Autorka miała miłą okazję zaprezentowania cyklu obrazów „Kwiatami malowane” na VI Wiosennym Festiwalu Artystów Piosenki „Pamiętajcie o ogrodach”, który odbył się w Małopolskim Centrum Kultury 'Sokół' w 2010 roku.

Oto moja chałupa wokół której rosną kwiaty i chwasty, będące treścią wystawy, o której mowa była wyżej. Będę je Państwu systematycznie prezentować.









wtorek, 11 marca 2014

Jelonek

W leśniczówce pojawił się Jasiek. Dziutka opowiada Juli co wydarzyło się któregoś wiosennego dnia:

– Czy wiesz, że mieliśmy jelonka? Któregoś wiosennego dnia, zaraz po wojnie, twój wujek otworzył kopniakiem drzwi i wtoczył się do kuchni. W ramionach trzymał owinięte w kurtkę zwierzę. Wyrywało się i wierzgało. Koza? – pomyślałam – Nie! Z tobołka wystawały brązowo-rudawa nóżka z czarnym maleńkim kopytkiem i kształtny łebek o ogromnych oczach.
To był jelonek – głodny, przerażony i zmarznięty.
W czasie kiedy obie z Kaśką przygotowywałyśmy butelkę ze smoczkiem i ciepłe mleko, Adam opowiedział, jak znalazł we wnykach uduszoną łanię. Była zupełnie sztywna. Karmiła, więc małe musiało być gdzieś w pobliżu. Szukał cierpliwie, bo była to dla cielęcia jedyna szansa przetrwania, jeśli jeszcze żył, nie zginął z wycieńczenia, czy nie dopadł go drapieżnik. Wreszcie udało się! Gdy rozchylił wysokie trawy na brzegu polany, zobaczył wpatrujące się w niego ogromne, ciemne oczy. Wrócili razem.
Wiele cierpliwości wymagały próby przekonania malca, że butelka z mlekiem to jest to, czego najbardziej mu trzeba. W końcu udało się. Nazwaliśmy go Jasiek. Biegał po kuchni trącając Kaśkę i mnie wilgotnym, lakierowanym noskiem.
- Widziała Dziutka jakie to rzęsiste? Niejedna dziopa kciałaby mieć takie – szeptała z zachwytem dla oprawy ciemnych oczu wychowanka. Jasiek wyjątkowo przypadł jej do gustu. Nic dziwnego. Asystował jej wszędzie i rósł jak na drożdżach ciągle żądny pieszczot. Mijały miesiące. Wydoroślał i okazało się (co niestety było do przewidzenia), że psy podwórzowe zaczynają go wkurzać, kaczki i indyki także. Sympatyczniej traktował krowy, ale za to byczek doprowadzał go do szewskiej pasji. Obcych witał przy bramie z pochylonym zaczepnie łbem. Z Magdą i Jędrkiem bawił się bez agresji, ale był coraz mocniejszy i jego żartobliwe kuksańce stały się bolesne.
– Nie było wyjścia – wtrącił Adam – trzeba by go było izolować na niewielkiej przestrzeni, a to nie uszczęśliwiłoby go z pewnością, albo zdecydować się na wywiezienie do lasu. Problem był w tym, czy sobie poradzi. Był w doskonałej formie, ale więzi z ludźmi pozbawiły go w znacznej mierze instynktu samozachowawczego. Wiedzieliśmy przecież, że staniemy kiedyś przed takim dylematem. Coś za coś. Uratowałem mu życie. Ofiarowaliśmy szczęśliwe dzieciństwo, ale wszystko ma swoją cenę. W lesie zwierzętom każdego dnia grozi niebezpieczeństwo. Takie są prawa przyrody. Jeśli raz je złamiemy, zbieramy skutki. Po okresie izolacji od nadmiaru rodzinnych uczuć ze strony domowników, wiosną wywieziono Jaśka do lasu. Po pewnym czasie okazało się, że bywa u nas nocą, z krótkimi wizytami. Przyłapałem Kaśkę, jak dożywiała cichaczem swego pupila, zostawiając pod stajnią mleko z wieczornego udoju i jarzyny.
– Prawda Kasiu?
– Iii! Tyle co jo mu daje!
– Nie chodzi o to – ile, ale – że w ogóle! Sprowadzisz na Jaśka nieszczęście. W ten sposób nigdy się nie odzwyczai!
Adam i Dziutka poszli spać. Jula jeszcze plątała się po kuchni. Kaśka popatrzyła w stronę odchodzących i mruknęła:
– Huc mi ta huc!


Ostatnia seria kwiatów i aplikacji

Przepraszam za złą jakość zdjęć.











piątek, 7 marca 2014

Zatoczyć koło



Serdecznie zapraszam Państwa do wysłuchania reportażu Z Radio Kraków pod tytułem: "Zatoczyć koło", którego autorem jest znakomita dziennikarka Ewa Szkurłat, która odwiedziła mnie w Nowym Sączu na początku lutego. 

By posłuchać reportażu kliknij TUTAJ

Marcelek

Przede wszystkim dziękuję zainteresowanym moim startem na blogu i wyrazami sympatii przesłanymi na facebooka.


Kiedy już porzuciłam zamiar kontynuowania dziergotek, zaczęło się cyzelowanie książki „Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku”. Wtedy uświadomiłam sobie, że to historia zaledwie kilku miesięcy życia i należałoby zacząć wszystko od początku. Tak oto w 2001 roku pojawiły się „Okruchy pamięci”, które w 2013 zostały uhonorowane przez Czytelników pierwszym miejscem w konkursie im. Ks. Prof. B. Kumora. Stąd płynie moja cicha nadzieja, że kilka urywków książki, które mam zamiar Państwu zaprezentować nie wydadzą się Czytelnikowi nudne.

W leśniczówce mieszkały na prawach domowników zwierzęta dzikie i domowe.


“Gdzie on może być?” – Jula obeszła pokoje pilnie szukając Jędrka i wreszcie zajrzała do kuchni. Było pusto, ale tylko pozornie. Poczuła na sobie spojrzenie czarnych przenikliwych oczu. Na łóżku Kaśki leżało na wznak jakieś dziwne zwierzę i ssało łapę. Wilgotny, czarny nosek poruszał się nerwowo. “To wydra!” – pomyślała Jula.
Zwierzaczek usiadł w tym momencie zupełnie „po ludzku”, wyjął łapkę z wąsatej mordki i miękkim, wężowym ruchem spłynął z łóżka na podłogę. Jula stanęła jak wryta. Wtedy ruszył w jej stronę na krótkich nóżkach, przyjął postawę „słupka” łapiąc ją znienacka za nogę i zaskrzeczał ostrzegawczo. Jula czuła instynktownie, że nie wolno jej drgnąć. Po chwili wydra nieco zwolniła uścisk, złapała zębami za rękaw swetra i dalejże ciągnąć w stronę łóżka! Wdrapała się na nie pospiesznie, chwytając rękaw coraz niżej, wreszcie dopadła dłoni i przytrzymując ją łapkami, zaczęła z lubością ssać palec. Jula usiadła pokornie.
Odsiecz przyszła niespodziewanie w osobie ciotki.
– Widzę, że już się znacie. To Marcelek – pierwsza osoba w rodzinie. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że nie dokonano wcześniej prezentacji. Nic ci nie zrobił? Bywa, że utnie kogoś obcego.
– Nie. Ale przestraszyłam się nie na żarty. Skąd ją macie?
– Zaraz... Zrobimy sobie herbaty i wszystko ci opowiem – powiedziała Dziutka, wyciągając z szabaśnika czajnik z wrzątkiem.
– Wszystko zaczęło się w Rytrze, w czasie wiosennej powodzi. Poprad zniszczył gniazdo wydry i dwa zupełnie bezradne maleństwa znalazł robotnik tartaczny. Zabrał je do domu, nie mając pojęcia, co z nimi robić. Wyobraź sobie, tenże chłop opowiadał, że pod drzwi domu przez trzy noce przychodziła stara, prosząc o oddanie dzieci. Walczyła bez skutku, pokonując lęk przed człowiekiem, wreszcie zrezygnowała. Wydrzęta umierały z głodu i wtedy ktoś miłosierny doniósł o ich losie Adamowi. Odkupiliśmy dwa wynędzniałe szczurki i zaczęła się walka o życie. Karmione przez smoczek mlekiem z jajami, bardzo wolno odzyskiwały kondycję. Nie spaliśmy wiele nocy, bo nękająca je z byle powodu biegunka sprawiała, że mokre od stóp do głów marzły i darły się wniebogłosy. Trzeba je było prać i suszyć. Kiedy jakoś stanęły na nogi, zaczęły się awantury. Dwaj chłopcy toczyli ze sobą regularne boje i nie należało się spodziewać wygaśnięcia konfliktu. Konieczne było rozdzielenie maluchów. Jeden z braci wylądował u sąsiadów. Niańczony i kochany jak dziecko, przeżył u nich pół roku, gdy przechodzący obok ogrodu pastuch zabił go kamieniem. Nasz Marcelek, cieszy się na szczęście doskonałym zdrowiem. Jest pełen pomysłów i niejednym cię zaskoczy. Opowiem ci kiedyś w wolnej chwili, jakich atrakcji nam dostarczał. Przeżyliśmy chwile grozy, ale i wielkie wzruszenia.
– Mamo! Idę nad Poprad z jastrzębiem – jak zwykle znienacka wpadł do domu Andrzej. – Kto idzie ze mną?
– Zabierz Julę i Marcela, niech się wykąpie.
Szli w stronę Popradu. Jastrząb-gołębiarz niesiony przez Jędrka otwierał dziób i syczał, ponawiając próby ataku. Gołe ręce były świetnym celem. Marcel gnał przodem, zamiatając ogonem, byle jak najprędzej dopaść nurtu. Andrzej postawił ptaka na trawie. Podlatywał niemrawo. Widać było, że daleko mu do dobrej kondycji.
– Za wcześnie ptaszku, za wcześnie – szeptał mu do ucha, przytrzymując zręcznie oba skrzydła. – Przyjdzie na ciebie pora. Cierpliwości.
Marcel szalał. Pływał z prądem i pod prąd, co i raz przewracał się brzuszkiem do góry, patrząc w stronę opiekunów, z nadzieją, że go widzą i podziwiają. Później długo nurkował, a od nozdrzy do czubka ogona ciągnął się za nim sznur baniek powietrza. Dopadł okonia. Rozprawił się z nim błyskawicznie i wtedy dopiero Jula zobaczyła w pełnej krasie jego piękne, duże i ostre jak sztylety zębiska.
Zaczęło się wywlekanie starych butów, puszek i innych skarbów. Marcel układał je starannie tuż przy nogach Jędrka.
– Najwięcej skarbów przynosi mamie, bo uważa moją mamę przede wszystkim za swoją.

 Co to za blizna – spytała babcię Jula po powrocie ze spaceru, widząc pokiereszowaną dłoń.
– To? Już się zagoiło. Jeszcze w Rytrze tak mnie urządził Marcel. Adam po raz pierwszy przyniósł dla niego okonie. Przeraziłam się, że gotów się udławić ośćmi płetwy grzbietowej. Chciałam je poobcinać. Wyciągnęłam rękę w kierunku miski, a ten skoczył jak błyskawica! Wbił mi w dłoń wszystkie zęby. Na wylot. Zemdlałam z bólu. Adam strasznie się wtedy zdenerwował. Nie na Marcelka, ale na mnie.
Mama jak dziecko! Przecież to dzikus! Myślałem, że komu jak komu, ale mamie tego tłumaczyć nie muszę!?
– Zapamiętałam lekcję, a tobie radzę, zrób to samo.


czwartek, 6 marca 2014

Kwiaty z jedwabiu i aplikacje

Zaczęło się od aplikacji i kwiatów z jedwabiu jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Brak tzw. 'papierów' utrudniał sprzedaż, ale niektóre krakowskie galerie przyjmowały moje rękodziełka i przez okres dwóch lat działalności satysfakcję i frajdę miałam ogromną, co nie znaczy, że dorobiłam się pieniędzy. Ale cóż znaczą pieniądze w porównaniu ze świadomością, że nauczyliśmy się od podstaw czegoś zupełnie nowego, czym można się zająć kiedy pracę zawodową trzeba było porzucić raz na zawsze.