wtorek, 15 listopada 2016

Jak kupić książki

Witam serdecznie,
Wdzięczna za Państwa zainteresowanie treścią prezentowanych na blogu  książek, z przyjemnością informuję, że książki w formie papierowej, dostarczane są za pomocą Poczty Polskiej, na terenie Polski i poza jej granicami, na co pozwalają niewielkie opłaty przesyłek listem poleconym.

I tak:    „Okruchy pamięci”    -  cena 25 zł                     waga 33 dkg
            „Okruchy życia”        -  cena 25 zł                     waga 29 dkg   
            „Tajemnica …..”        -  cena 25 zł                     waga 23 dkg
            „Byłam niewolnicą"   - cena 20 zł                      waga 16 dkg

Cena listu poleconego zwykłego + potwierdzenie dostarczenia SMS: (wg cennika Poczty Polskiej)

Do 35 dkg              4 zł 70 gr
Do  1  kg                8 zł 80 gr
powyżej 1 kg         10 zł        

Zamówienia  należy wysyłać pocztą mailową na adres: kuka45@o2.pl
Następnie,  po otrzymaniu numeru konta,  przesyłać należność.
Wysyłka książek następuje do 3 dni roboczych, po potwierdzeniu wpływu opłaty na konto.
Jeśli wpłynie zamówienie na zakup książek  spoza  Polski, potrzebna będzie zamawiającemu informacja indywidualna odnośnie  zróżnicowanych kosztów wysyłki. Koszt każdej z książek podaje  tabela. Całość opłaty  wpływa wtedy na podane zamawiającemu konto – w dolarach USA.Np. : „Okruchy Pamięci” to równowartość 20 złotych polskich+ koszt wysyłki listem poleconym , płatna w dolarach USA itd.Termin wysyłki – jak wyżej.

czwartek, 20 października 2016

Kilka słów o moich książkach

Przekroczywszy 70-tkę zadałam sobie któregoś dnia pytanie:
czy moje życie było ciekawe?
Odpowiedź brzmi : było i jest fascynujące, chociaż nie zdobyłam Mont Everestu i nie poleciałam na Wyspy Polinezji.
Ciekawe przede wszystkim z powodu spotkań z ludźmi, o których opowiadam w książkach z nadzieją, że te opowieści zainteresują moich czytelników, choć nie jestem profesjonalistką w tej branży, ale psycho- logiem -logopedą i tej drugiej specjalności, która stała się pasją, poświęci-
łam większą część życia zawodowego.
Pierwszą  książkę napisałam „do szuflady”. Jej treść miała dać efekt
terapeutyczny, a więc pozwolić zrzucić z siebie ciężar niekoniecznie mi-
łych wspomnień, ale z czasem nabrawszy do nich dystansu doszłam do
wniosku, że spotkało mnie za „wielką wodą” tyle złego, co dobrego a wy-jazd do przysłowiowego „Eldorado” był dla mnie wielką nauką życia.
Wydałam więc moje wspomnienia w 2002 roku, już po ukazaniu się „Okruchów pamięci”, bo niezwykle życzliwe przyjęcie tej książki zachęciło mnie do napisania na nowo tej drugiej, o wymownym tytule
„Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku”.
Wspomnienia składają się jednak z dwóch części. Tę drugą poświęciłam
podróżom po Europie, które jako osoba „wolna” odbyłam wraz z mężem
po powrocie z Nowego Jorku. Co spaja obie te części   zaopatrzone
w 22 kolorowe zdjęcia?
Spotkania z ludźmi, ich reakcje, postawy, stosunek
do drugiego człowieka, 
czyli to, co psychologa interesuje najbardziej.

Kiedy dzisiaj proponuję wspomnienia moim Rodakom za „wielką wodą”,
jestem niemal pewna, że przeżycia, przynajmniej te w początkowej fazie Ich pobytu w „Eldorado” przypominają  moje własne i będą ciekawi, jak
zakończą się moje zmagania ze starszą panią dotkniętą psychozą, jaki będzie finał kilkutygodniowego sam na sam z upiornym włoskim dziaduniem, kiedy z „niewolnicy” zamieniłam się w „princessę” i kim była Anna – osoba opatrznościowa, która stanęła na mojej drodze, gdy straszliwy głód skręcał mi kiszki, a ziąb przenikał do kości.
Potem był byk, upał i flamenco w Hiszpanii, poruszająca wizyta
u generała Andersa i jego żołnierzy u stóp Monte Cassino i spotkanie na końcu świata 
z naszym wybawcą, bezimiennym Kalabryjczykiem.
To oczywiście nie koniec atrakcji.
Oddaję więc do rąk moich czytelników „niewolnicę” wznowioną po trzynastu latach.

                                          fot. S Kalinowski
                                                               fot. S Kalinowski
                                          fot. J Ponurkiewicz
fot. A Bryłka
Zaczęłam od doświadczeń osoby po 70-tce, pora teraz powrócić do czasów dzieciństwa, cudownych pięciu lat spędzonych w barcickiej leśniczówce, w ogromnym ogrodzie nad Popradem. Leśniczówka była modrzewiowym dworkiem pamiętającym pierwszy rozbiór Polski, a ogród pełen był bzów, jaśminów, głogów i cukrowej róży. Kwitły floksy, a po filarkach ganku pięły się w górę płomienne nasturcje i fioletowy powój. Dom zawsze pełen ludzi nie był pozbawiony obecności zwierząt, tych tzw. dzikich  i domowych. Wystarczyło rzucić okiem na drugą stronę Popradu, by zobaczyć kawał wiekowej jodłowej puszczy zwanej Korzeczkowem.
Nie ma już tamtej leśniczówki, ogród zmalał znacznie, a stare jodły powalił huragan. Stało się to w czasie, kiedy rodzice karnie usunięci z owego magicznego miejsca za nieprawomyślność i działalność tzw. wywrotową, musieli opuścić wraz ze mną ukochaną Sądecczyznę na długie lata.
Tak więc „Okruchy pamięci,” wydane w 2001 roku a wznowione i poszerzone w 2015, to książka o bajkowej krainie dzieciństwa, do której wieloletnia tęsknota wzmacniała jeszcze poczucie przywiązania, ale i odczucie braku, bo dziecko w leśniczówce żyło przecież beztroskie i nieświadome zagrożeń strasznego okresu stalinowskiego i tego wszystkiego, co wiązało się z oporem przeciw ówczesnej władzy.
Czym są  „Okruchy pamięci?”
To zbeletryzowana proza, wzbogacona prawdziwymi wydarzeniami, rysunkami postaci z krwi i kości, osób, które przeszły już do historii, cichych bohaterów tamtych lat, ale i tych żyjących do dziś.
W książce nie brak opowiadań o zwierzętach, opisów wspaniałych krajobrazów  nie tylko Sądecczyzny, ale i Pienin,  gdzie moi dziadkowie spędzili wiele lat po ucieczce z Krymu, przed rewolucją 1917 -go roku.   Są tu opisy pięknych okolic, ale i dramatycznych historii, które przytrafiają się bohaterom książki.
To dlatego  moje  głębokie pragnienie  podzielenia  się z  Pobaratymcami, tak w Polsce, jak  i na obczyźnie,  miłością do Sądecczyzny, jest do dziś aktualne. Może w moich książkach znajdą potwierdzenie własnej oceny  urody jednego z najpiękniejszych  regionów naszej wspólnej Ojczyzny,  a inni, którzy jeszcze tych stron nie znają, zechcą pojawić się tutaj niebawem? Zapraszam, bo warto! ( W książce znajdziecie Państwo 14 zdjęć czarno- białych i 14 zdjęć kolorowych)

                                           zdj z arch rodzinnego
                                          fot. J Ponurkiewicz
                               fot.  J Szim
Książki o Sądecczyźnie  : „Okruchy pamięci”, „Okruchy życia” – ich druga część  i „Tajemnica węgierskiego manuskryptu” wraz z dużą ilością  pięknych, kolorowych zdjęć  ofiarowanych nieodpłatnie przez moich znajomych i przyjaciół artystów fotografików, mają, być może, szanse stać się jej wizytówką także po drugiej stronie globu -za „wielką wodą.”    Dopiero u schyłku życia trafiła się bowiem  okazja promocji książek tam właśnie, nie tylko przy pomocy mojego bloga i strony internetowej. Oto nasz Przyjaciel Przemysław Gilowski, który  nawiązał z nami kontakt po 50 latach  właśnie dzięki internetowym informacjom o moich książkach,   ofiarował mi między innymi miejsce na swej stronie internetowej. Dziękuję Ci Przemku!

Na koniec przytoczę opinię znanej poetki Sądecczyzny, Wandy Łomnickiej Dulak,  która  tak recenzuje „Okruchy pamięci” : oto fragment
[... my zwykli zjadacze chleba, wędrujący beskidzkimi ścieżkami , zostawiający cząstkę swego zachwytu w leśnych ostępach pod Makowicą ,na płowych halach Niemcowej, w zielono – wilgotnej ciszy pod Prehybą, nagle na kartach książki odnajdujemy echa własnych fascynacji...].

Cóż jeszcze dodać, by zachęcić Państwa do przeczytania  moich książek?
Zarówno„Okruchy pamięci,”'jak i „Tajemnica węgierskiego manuskryptu”
uzyskały pierwsze miejsca w plebiscytach czytelników zorganizowanych przez miesięcznik „Sądeczanin” w ramach dwóch konkursów literackich w latach 2013 i 2014. Wybory te napawają mnie wdzięcznością i dumą, bo książka bez czytelników nie istnieje.

„Okruchy życia” - druga część „Okruchów pamięci” to moja ostatnia książka poświęcona przede wszystkim tym, którzy odeszli.
Ukazała się drukiem  w 2015 roku stanowiąc zamknięcie cyklu wspomnieniowego. Nawiązuje do historii wcześniej podjętych, które teraz udało się rozbudować po uzyskaniu dostępu do nowych materiałów.   
To także dramatyczne i tragiczne losy  innych niż w „Okruchach pamięci” osób – bohaterów czasu okupacji i okresu powojennego.
Żyjący współcześnie, których przygody mrożą krew w żyłach lub bawią, prowadzą nas częstokroć do enklaw Sądecczyzny, Pienin, czy Bieszczadów pominiętych w „Okruchach pamięci”.
Wspomnienia przyjaciół pochodzących z Kresów stanowią kolejne wątki
obu książek. Książka  zaopatrzona jest w 17 zdjęć czarno -białych, archiwalnych i 27 kolorowych.
Na koniec przytoczę urywek opinii o „Okruchach życia”.Tym razem cytuję Marię Lebdowiczową - pisarkę i dokumentalistkę:

Książka Magdaleny Ponurkiewicz wyprowadza czytelnika w plenery Sądecczyzny...Sądecczyzna spaja w całość różnorodne zdarzenia i czasy. Łączy w jakiś metafizyczny sposób różnych ludzi – bohaterów i narratorów jednocześnie. Wydaje się,że niejedna z tych postaci mogłaby być materiałem na bogatą wielowątkową fabułę,opowiadanie,czy powieść..

                                          fot.  M Motyka
                                           fot. K Tomasiak
                                           fot. A Kotarba
                                        fot. A Rams
Wreszcie przyszedł czas na „Tajemnicę węgierskiego manuskryptu”.
Akcja toczy się w czasach współczesnych, w latach 2005 – 200,                
z odniesieniami do przeszłości bardziej, lub mniej odległej.
Co skłoniło mnie do jej napisania?
Po pierwsze- niezwykle przyjazne współistnienie dwóch narodów
w  czasach próby.
Po drugie – moje węgierskie korzenie sprzed wieków.
Po trzecie  - moje nieustające zauroczenie Sądecczyzną.
Bohaterowieto trzypokoleniowa rodzina polsko - węgierska, której dramatyczne losy sięgają wieku XVI.
Stąd opowieść o ukrytym skarbie, o którym mowa w tytule książki.
Ale oczywiście losy tej rodziny to nie tylko wiek XVI. To także II wojna światowa i okres powojenny. Przyjazne więzy Węgrów i Polaków w tym czasie, wraz z dramatycznym rokiem 1956 i jego konsekwencjami łącznie.
W „Tajemnicy węgierskiego manuskryptu” fikcja miesza się  z prawdą historyczną. Znów pojawiają się postaci kolejnych,  ważnych dla Sądecczyzny osób, ale najważniejszą   jest Istvan Elek ,Węgier
z pochodzenia, który uratował w trakcie Powstania Warszawskiego ok. 1300 osób cywilnych. To on, tłumacz języka polskiego na węgierski
i odwrotnie, napisał do mojej książki aneks, który tę książkę nobilituje.

Przytoczę urywek jego opinii o książce:
[...z wielkim zainteresowaniem  i przyjemnością czytałem przysłany  tekst
Pani książki. Z uzasadnionym zainteresowaniem, bo jestem rodowitym Węgrem, który żyje dzięki fenomenowi polsko–węgierskiej przyjaźni,która ratowała mnie wielokrotnie, a losy opisanych przez Panią bohaterów książki często  krzyżowały się z moim losem.
Na koniec chcę dać wyraz swemu uznaniu dla wspaniałego, bogatego języka, którym Pani obdarowuje swych czytelników. Dzisiaj to prawdziwa rzadkość.
                                                                              
                                                                                Istvan Elek
                  
Czy udało mi się  rozbudzić   nieco Państwa ciekawość?
Jeśli tak, to czytając książkę dowiecie się Państwo,  czy Adam Szamodi  odnajdzie XVI- wieczny skarb.
Czy natrafi na ślad dziadka  zaginionego na Sądecczyźnie, w czasie okupacji?
Jak potoczą się dalsze losy Adama i pięknej dziewczyny spotkanej pod Makowicą ?
Czy zagubiony  w czasie pożaru pies, którego ścieżki krzyżują się
z drogami wędrującego szlakami Sądecczyzny  młodego bohatera znajdzie wreszcie dom?
W książce znajdzie Czytelnik  24 zdjęcia  kolorowe i 7 czarno- białych.

             Życzę miłej lektury.

Jeśli chcielibyście Państwo wiedzieć więcej -zapraszam na odnowioną
i poszerzoną pod względem treści stronę,
  internetową.
http://magdaponurkiewicz.wixsite.com/oficjalna-strona

                                         
                                                    Magdalena Ponurkiewicz


                                          fot.  S Zachwieja
                                          zdj z arch parafii  Marcinkowice
                                fot.  Latała-Zięba
                                          

Niebawem będę miała dla Państwa miłą niespodziankę 
                                                                                  Cdn..

czwartek, 13 października 2016

Śliwka w cieście

Jak śpiewają piosenkę o mieście ukochanym Basia i Alek, posłuchajcie Państwo oglądając relacje z promocji "Okruchów życia" w sądeckim MCK Sokół.
Więcej materiałów znajdziecie Państwo na mojej stronie internetowej
http://magdaponurkiewicz.wixsite.com/oficjalna-strona







Dzisiaj Janusz pieczołowicie zbiera  okruchy i okruszki wydarzeń jakimi są zdjęcia, teksty i nagrania dotyczące twórczego okresu w życiu żony. Dzięki temu któregoś dnia ona, kiedy braknie już konceptu i siły, zagłębiwszy się w fotelu,  wracać będzie do przeszłości, słuchając z nieustającym zachwytem, piosenki,  która pojawiała się i pojawiać będzie, na jej prośbę, przy okazji wieczorów autorskich -  śpiewana przez Basię i Alka. To Śliwka w cieście.
Słowa- Przemysław Dakowicz, Muzyka Aleksander Porzucek.

Jest na południu mego kraju
Kamienne ,napowietrzne miasto
Pod jego niebem z chmur falbaną
Me życie mam na własność.

Tutaj z  łatwością każdą wiosnę
Czyni jaskółka pierwsza
I każdy dzień słonecznym wiosłem
wiosłuje w stronę wiersza.

Wskażcie mi drugie takie miasto
Jak Nowy  Sącz,a ręczę wam
Że wpadnę w nie jak śliwka w ciasto,
Chętnie zamieszkam tam
      
A póki co w mym grodzie sławnym
Zasypiam baśniopiennym snem;
Są gdzieś Paryże,Wiednie, Padwy
Nie tęsknię do nich ,swoje wiem...
                 [...]


                        Cdn...

Nasza chałupa

Jak można uwolnić się od wspomnień o dzieciństwie w zaczarowanym barcickim domu i ogrodzie, kiedy przychodzi żyć w blokowisku?
Janusz funduje Magdzie nowe miejsce na ziemi.

Nie brakuje nam w Łęgu  ani ptasiego widoku, ani wizyt. Nad urwiskiem mieszkają jastrzębie, których młode, ubrane w białe  długie barchanowe portki,  siedzą całymi dniami na gałęzi jodły i zawodzą jękliwymi głosami, dopominając się o jedzenie.
Nad lasem krążą trzy czarne bociany, z których jeden-inwalida ruchu, może, jak się okazało, liczyć na litościwe ludzkie serce. Ptak nie odlatuje z pobratymcami  i zapewne przymarza do gniazda w jodłowym lesie, kiedy chwyta mróz, a myszy ani śladu. Wtedy z odsieczą pojawia się człowiek. Znów kolejną zimę przetrwa ptaszysko w jego kurniku, by wiosną pojawić się po raz kolejny nad naszymi głowami i zataczać kręgi swym chybotliwym niepewnym lotem.
Jednak wyjątkową przygodę przeżyli Januszowie wczesną wiosną. Zjawili się, by przygotować dom do sezonu . Było naprawdę zimno, więc postanowili napalić w kominku. Janusz otworzył tzw. wyczystkę,  pochylił się i zajrzał do środka komina. Zobaczył kurze łapy. Zastanawiali się oboje jak kura  mogła wpaść do komina? Kilka prób chwycenia nieszczęsnego ptaka kończyło się niepowodzeniem. Wreszcie udało się wydobyć delikwenta na światło dzienne. Kiedy spojrzały na nich  przepiękne  bursztynowe oczy o długich  rzęsach,  nie było wątpliwości. To był puszczyk! Słyszeli wielokrotnie w nocy jego nawoływanie.
 Pomysł zapalenia w kominku, ale przede wszystkim wcześniejsze  otwarcie wyczystki, uratowało  nieproszonemu gościowi życie.
Wyślizgnąwszy się z trzymających go delikatnie dłoni, podfrunął w stronę tapczanu, gdzie na kocu zostawił list dziękczynny, czyli rzadką kupkę , po czym  wyleciał pośpiesznie przez otwarte  okno  bezszelestnie, bez   pośpiechu. Bywaj ślicznoto!

Pieniny

Wycieczka Magdy i Janusza  wraz z młodymi przyjaciółmi do Szczawnicy przywołała wspomnienia czasu młodości.

Pamiętacie Czarnobyl?
- Oczywiście! - wykrzyknęli chórem.
- Ile mieliście wtedy lat?
- Kasia – sześć, a ja prawie osiem – wyjaśniał Paweł.
- Przyjechałam tu na rekonwalescencję, ledwie wydźwignąwszy się z pooperacyjnych komplikacji.
Dlatego wtedy  każda godzina była dla mnie czymś nadzwyczajnym. Smażyłam się w słońcu na tarasie „Dzwonkówki”, chociaż skórę miałam już w kolorze czekolady. 
     Sprawa  wybuchu trzymana była w ścisłej tajemnicy. Podobno radioaktywny opad cichaczem ześlizgnął się z mgłą ze zboczy Pienin w doliny, a owce padały na halach. Woleliśmy oboje nie sprawdzać tych informacji.  Janusz przyjeżdżał na każdy weekend i gnaliśmy w góry. Wiosna w końcu kwietnia była w swoim najpiękniejszym okresie. Pod szczytem Trzech Koron kwitły kolorowo hale. W ciągu dwóch tygodni liście buków i grabów przybrały bajeczny kolor jasnej zieleni z  lekkim, aksamitnym połyskiem, kontrastując  z ciemnozieloną barwą jodeł o srebrystych pniach. W rozpadlinach białych skał, żółte kwiaty  smagliczki.Niebo było  tak intensywnie błękitne   jak dziś.  Bajka!
         Z wycieczką dziesiątej klasy  wchodziliśmy po schodach wyrąbanych misternie w drewnianych kłodach. Nigdy przełom Dunajca nie wydawał mi się aż tak szmaragdowy. Zbocza Pienin z tą jasną i ciemną zielenią, poprzetykane gdzieniegdzie bielą kwitnących trześni, pamiętam w szczegółach do dziś. Możecie sobie wyobrazić jak trudny był mój powrót na niziny.

Schronisko na Hali Łabowskiej

Irena i Jacek gospodarze górskiej chaty na Cyrli niejedną dramatyczną opowieść mieli w zanadrzu.

Nastał rok 1995. Zima nadeszła wcześnie. Zwalił śnieg, którego pokrywa przekraczała dwa i pół metra. Nie sposób było otworzyć drzwi, a nocujący wyjeżdżali na nartach przez okno z pierwszego piętra.Dolegliwości  kręgosłupa wygnały mnie do lekarza. Na dole  usłyszałam w radio informację, że trwa akcja GOPR. Poszukiwania  dotyczą dwóch siedemnastolatków. Pomyślałam wtedy, że jeśli wybrali się na Łabowską – to po nich.
Jak się później okazało dwaj młodociani turyści wybrali się szlakiem z Rytra. Brnęli mimo katastrofalnych warunków zamiast się  wycofać.
 Na skutek błędnej informacji akcja nastawiona była na poszukiwania zaginionych w    drodze na Prehybę,
a oni będąc już w niewielkiej odległości od  naszego schroniska zobaczyli strzałkę, a na niej napis: “Łabowska 11 km.”  Brakło kropki rozdzielającej  dwie jedynki. Gdyby nie to, odczytaliby właściwą odległość 1.1km. Niestety. Załamanych, siły opuściły niemal zupełnie. Jeszcze brnęli około sześciuset metrów w śnieżnej nawałnicy skrajnie wyziębieni, głodni, wreszcie zakopali się w zaspie w miejscu, gdzie dzisiaj stoi pomnik ku czci śp. księdza W. Gurgacza. 
Gdy GOPR odnalazł nieszczęśników, Jacek już nie żył, a Piotrek, którego również wzięto za martwego  zdołał wyszeptać, że żyje.
- Jak mogło dojść do takiej pomyłki w oznakowaniu? -denerwowali się Januszowie.
- Pomyłki nie było. Albo nieszczęsna kropka zniknęła z czasem, albo zrobił to jakiś dowcipniś - co jest oczywiście możliwe.
- Co było później?
-  Zaczął się wyścig ze śmiercią. Piotrek został okryty naszymi śpiworami i pozostawiony na zewnątrz, by nie doszło do zbytniego rozgrzania wyziębionej skrajnie ofiary. Przygotowywaliśmy lądowisko dla helikoptera, rozgarniając pokrywę śnieżną i usypując wielki krzyż z  czarnych jagód, w które na szczęście  zaopatrzyliśmy się jesienią.

Opowieści pana Jana

Pomoc jaką nieśli partyzantom w czasie okupacji i w okresie powojennym leśnicy pracujący w lasach
hr Adama Stadnickiego, była nie do przecenienia.

Kolejna historia dotyczy Juliana Zubka. Kiedy ten rozbrajał w Zawadzie niemieckiego oficera, robiąc to
w pojedynkę, zjawił się patrol żandarmerii.  Dostał postrzał w obie ręce, a kula utkwiła w nadgarstku. Ranny wskoczył w wysokie zboża i szedł polami przez Myślec. Przeprawił się na drugą stronę Popradu i wreszcie dotarł do Sumary, na Kanarkówkę, gdzie także ukrywał się syn hrabiego Stadnickiego, Andrzej. Było to bezpieczne miejsce, bo obok rósł młodnik. W dodatku Sumara     miał cztery psy, w różnych miejscach gospodarstwa. Te wszczynały alarm, gdy ktoś pojawiał się w pobliżu. Zubek po-trzebował lekarza. Gospodarz dał znać ojcu, który pojechał po dr Bruniewską. Bał się powiedzieć lekarce, o co chodzi i     kręcił, że dziecko gajowego choruje. Rezultat był taki, że musieli wrócić do Rytra po narzędzia, które w końcu nie zdały się na nic, bo pocisk udało się usunąć dopiero przy pomocy zwykłego, odkażonego wiertła.

Palmowa Niedziela w Popowicach

Szczęśliwe dzieciństwo małej Magdy przypadło w czasie straszliwych zmagań "niezłomnych" i "wyklętych"
z nową , okrutną, powojenną rzeczywistością.

Po ciężkiej, długotrwałej chorobie odszedł w roku 2012, uhonorowany stopniem majora, wielki przyjaciel Magdy i Janusza – Jasio Rembiasz, którego autorka „Okruchów pamięci” wspominała w swej książce wielokrotnie. To tam znalazła się skrótowo potraktowana dramatyczna historia z roku 1946. Teraz przyszedł czas, by ją opowiedzieć powtórnie, uwzględniając chronologię.
Wypadki, które rozegrały się w Popowicach w Palmową Niedzielę 1946 roku, dotyczące także jego osoby, miały miejsce w gospodarstwie Ignacego i Anieli Pietrzyków. Były tragiczne w skutkach nie tylko dla członków oddziału PPAN  AK, zrzeszającego po zakończeniu okupacji niemieckiej młodych niepokornych (współcześnie określanych mianem „wyklętych”).  Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Do pani Anastazji Stafińskiej, z domu Pietrzyk, mieszkającej dziś w Dolnych Barcicach, Magda trafiła z polecenia córki Jasia – Jolanty. Pierwszy kontakt z nieznajomą, ale niezwykle ciepłą i otwartą kobietą wróżył jak najlepiej  zdobyciu informacji dotyczących  sprawy, o której sama autorka wiedziała niezbyt wiele. Żołnierze podziemia prześladowani przez dziesięciolecia nie mieli zwyczaju zwierzania się ze spraw dotyczących przeszłości. Zasada ta niejednemu uratowała życie. Dlatego też i Jasio nie rozgadywał się zbytnio.
Podobną postawę prezentowali rodzice Magdy.
- Pani Anastazjo. Czy pani pamięta Palmową Niedzielę 1946 roku?
- Miałam zaledwie pięć lat, ale takich przeżyć nie zapomina się nigdy! W moim rodzinnym domu nad barcickim Korzeczkowem partyzantom udzielano schronienia zawsze, gdy tego potrzebowali. Tak było w czasie okupacji niemieckiej i nie mogło być inaczej po tak zwanym „wyzwoleniu”. Tego dnia z racji święta odpoczywała u nas grupa młodych ludzi „z lasu”. Jeden z nich spał w kuchni na ślufanku, jego kolega na strychu, a kolejny w pokoju wraz z moim ośmioletnim bratem. Ten ostatni to właśnie Jan Rembiasz. Ja sama leżałam jeszcze w łóżku. Ojciec wyszedł z domu wcześniej, pozostali domownicy wybierali się do kościoła. Mieli się wszyscy spotkać przy święceniu palm. Nagle uchyliły się drzwi i zobaczyłam lufę karabinu. Rozległa się seria z automatu. Śpiący na „ślufanku” zginął na miejscu. Zostałam ranna w nogę, a odłamek uszkodził mi siatkówkę i na jedno oko nie widzę do dziś. Zaskoczenie było kompletne. Dom, obejście i najbliższą okolicę otoczyło UB wspierane przez oddział KBW.

"Okruchy życia"

Druga część "Okruchów pamięci" pojawiła się po latach. Czy uznacie ją Państwo za równie interesującą?
- Czas pokaże.
Dzieciństwo Magdy u boku niańki było pełne ekscytujących przypadków.

Dzieciństwo i młodość Magda dawno ma za sobą. Wiele lat minęło także  od śmierci Kaśki, która przeniosła się do lepszego ze  światów cichutko i tak szybko, jakby ta, która za życia robiła wiele szumu, na koniec nie chciała  zrobić nikomu kłopotu. Wspomnienia o niańce i gosposi zarazem , która w sercu Magdy ma swój, niezwykle ciepły kącik,wracają równie często  jak pamięć o miejscu urodzenia.

Okres wakacji w Barcicach  był zazwyczaj okazją do spotkań i zjazdów. Ogromny, przytulny dom, świetnie prowadzone gospodarstwo i mili gospodarze, wszystko to było  przynętą dla licznej rodziny i przyjaciół. Jedzenie podawano tu znakomite. Dziutka szkoliła swe gosposie z doskonałym skutkiem. Jednak kiedy upał dawał się we znaki, kasza gryczana lub ziemniaki z kwaśnym mlekiem i mizerią miały pierwsze miejsce na liście potraw.

 Tego dnia  Kaśka – gosposia „ze dworu” (tak nazywano tu leśniczówkę, będącą kiedyś dworkiem Stadnickich) zeszła do piwnicy znajdującej się pod kuchnią, po wielki kamienny garnek ze zsiadłym mlekiem. Garnek był drutowany, jak  wiele glinianych lub kamiennych naczyń, a mleko w nim kwaszone, nie miało sobie równych. Klapa do piwnicy była otwarta, a Magda znana z wścibstwa poczłapała za  niańką i stanęła na brzegu otworu.
- A idzies ty z tela! - Kaśka wrzasnęła na całe gardło.  - Kces se kark skryńcić  cy jacy?!
Dziecko odskoczyło posłusznie  na środek kuchni. Złośliwi mówili, że to co się stało  spowodował właśnie wrzask gosposi. Rozległ się donośny huk tłuczonej kamionki i odgłos spływającej  po schodach cieczy.
- Fras!!! Huknęła wyczołgując się z czarnej czeluści. Trzymała teraz coś, co przed chwilą było naczyniem jak się patrzy. Gęste mleko z dużą ilością śmietany ciekło po jej fartuchu i spódnicy, a buty „od parady” wypełnione były po brzegi.