Nastał rok 1995. Zima nadeszła wcześnie. Zwalił śnieg, którego pokrywa przekraczała dwa i pół metra. Nie sposób było otworzyć drzwi, a nocujący wyjeżdżali na nartach przez okno z pierwszego piętra.Dolegliwości kręgosłupa wygnały mnie do lekarza. Na dole usłyszałam w radio informację, że trwa akcja GOPR. Poszukiwania dotyczą dwóch siedemnastolatków. Pomyślałam wtedy, że jeśli wybrali się na Łabowską – to po nich.
Jak się później okazało dwaj młodociani turyści wybrali się szlakiem z Rytra. Brnęli mimo katastrofalnych warunków zamiast się wycofać.
Na skutek błędnej informacji akcja nastawiona była na poszukiwania zaginionych w drodze na Prehybę,
a oni będąc już w niewielkiej odległości od naszego schroniska zobaczyli strzałkę, a na niej napis: “Łabowska 11 km.” Brakło kropki rozdzielającej dwie jedynki. Gdyby nie to, odczytaliby właściwą odległość 1.1km. Niestety. Załamanych, siły opuściły niemal zupełnie. Jeszcze brnęli około sześciuset metrów w śnieżnej nawałnicy skrajnie wyziębieni, głodni, wreszcie zakopali się w zaspie w miejscu, gdzie dzisiaj stoi pomnik ku czci śp. księdza W. Gurgacza.
Gdy GOPR odnalazł nieszczęśników, Jacek już nie żył, a Piotrek, którego również wzięto za martwego zdołał wyszeptać, że żyje.
- Jak mogło dojść do takiej pomyłki w oznakowaniu? -denerwowali się Januszowie.
- Pomyłki nie było. Albo nieszczęsna kropka zniknęła z czasem, albo zrobił to jakiś dowcipniś - co jest oczywiście możliwe.
- Co było później?
- Zaczął się wyścig ze śmiercią. Piotrek został okryty naszymi śpiworami i pozostawiony na zewnątrz, by nie doszło do zbytniego rozgrzania wyziębionej skrajnie ofiary. Przygotowywaliśmy lądowisko dla helikoptera, rozgarniając pokrywę śnieżną i usypując wielki krzyż z czarnych jagód, w które na szczęście zaopatrzyliśmy się jesienią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz