ebrane
- do (więcej)
ebrane
Witam Panie Piotrze
Załuję ogromnie, że „rozłożyłam się”zdrowotnie,ale już na pierwszym spotkaniu zastrzegałam się ,że będę PJJ wspierać na ile mi starczy sił
(mając na myśli równocześnie taki obrót spraw, który będzie zgodny z moimi wyobrażeniami o skuteczności działań partii)
No cóż. Jestem człowiekiem starym i piekielnie schorowanym, a mimo to dążę z uporem do rozstrzygnięcia pewnych niepokojących trendów obserwowanych nie tylko przeze mnie,ale część członków naszej sądeckiej grupy.
Dziś po raz trzeci prezentuję, nie tylko we własnym imieniu, nasze obawy, tym razem na piśmie, nie tylko z powodów swojej nieobecności na zebraniu
W okresie po naszym ostatnim spotkaniu zastanawialiśmy się kolejny już raz nad perspektywami samodzielnego startu PJJ w jesiennych wyborach, o czym Pan i kilka jeszcze osób przekonują nas uparcie.
Zebrałam więc argumenty PRZECIW by przedstawić naszą polemiczną
postawę w imię zwycięstwa wolnej i niepodległej.
Jesteśmy pełni obaw w przeciwieństwie do władz centralnych i terenowych co do skuteczności owego samodzielnego startu.
Sytuacja silnej rozbieżności opinii nie może trwać zbyt długo, bo brak rozstrzygnięć zniechęci zainteresowanych, z których nie każdy zechce głośno o swych wątpliwościach i obawach mówić.
Zamieściłam początkowo ową polemikę jako załącznik do listu do Pana ale wtzw. międzyczasie powstała myśl, by przekazać nasze obawy
bezpośrednio Prezesowi Rafałowi Piechowi, co znacznie skróci czas
debaty a może doprowadzić do rozstrzygnięć, o które tak zabiegamy.
Zamieszczam więc w załączeniu list do Prezesa z pełną argumentacją licząc na to, że nie będę posądzona o sianie zamętu
24.05.2023 Magda Ponurkiewicz
PS: Myślę ze warto by przed wysłaniem materiału do władz centralnych, na dzisiejszym zebraniu przeczytać głośno zarówno list do Pana, Panie Piotrze jak i załączony kolejny list, do Prezesa Rafała Piecha.
Pozdrawiam MP
Szanowny Pan Prezes PJJ
Rafał Piech
Szanowny |Panie Prezesie
Należę do grupy PJJ, prowadzonej w Nowym Sączu przez Pana Piotra Urbana. W tejże grupie od chwili pierwszego spotkania pojawia się pewna zasadnicza różnica zdań, a z nią związane są obawy co do przyszłości PJJ.
Sytuacja Polski pod rządami PIS przeraża nas, mimo, że głosowaliśmy na tę partie z ogromną nadzieją na zmiany na lepsze.
Dlatego też wraz z mężem ,choć nie możemy z racji wieku i stanu zdrowia - (oboje liczymy sobie ok 80) – angażować się zbyt mocno w kampanię na rzecz Pańskiej Partii, chcemy zabrać głos, czując się w pewnym sensie przedstawicielami osób myślących podobnie jak my.
Sprawy Polski leżą nam mocno na sercu i upatrujemy w Pańskiej działalności nadziei dla przyszłości Ojczyzny, która znalazła się w rozpaczliwej wręcz sytuacji.
Mamy jednak wątpliwości, co do pewnych Pańskich posunięć .
Chodzi głównie o samodzielny start partii w wyborach.
Ponieważ widzimy, że przywódca, czyli Pan Prezes i prowadzący zaczątki struktur terenowych z uporem przekonują nas, że to droga jedynie słuszna, pozwalamy sobie, mając na ten temat wręcz przeciwne zdanie , wyłożyć argumenty w postaci pewnego rodzaju polemiki,
Mamy równocześnie nadzieję, że nie zostaniemy posądzeni o rozbijanie jedności grupy, bo przecież robimy to wyłącznie w trosce o Polskę staczającą się w przepaść gospodarczą, społeczną i polityczną
Jednomyślność wymuszoną „przerabialiśmy” w czasach komuny a tego nikt z nas nie chce zapewne.
Na eksperymenty i huraoptymizm nie wolno sobie pozwalać w tak tragicznej dla nas sytuacji, bo dziś toczy się gra o WSZYSTKO!
Przytoczę teraz owe argumenty:
1/ Nazwa Partii – Polska Jest jedna
Dla kogo?
Czy dla PJJ i dla wszystkich ugrupowań Koalicji Obywatelskiej, które Polskę zdradzają wraz z PIS?,
Czy też bliżej nam do ugrupowań prawicowych, których zdaje się jest, o zgrozo!, ok 100 a jedyną w tej liczbie będącą w sejmie ,która z dużą energią walczy o polskie interesy wytykając błędy zdrady i zaniechania jest Konfederacja?
Czy robi to znakomicie czy średnio dobrze, to mniejsza.
Odpowiedź nasuwa się sama.
Jeśli Polska Jest Jedna dla wszystkich ugrupowań po prawej, to nie powinniśmy wykluczać łączenia się we wspólnej sprawie. Jednak dotychczasowa tendencja prezentowana przez władze PJJ przeczy temu założeniu.
Na tym kończę problem nazywnictwa i konsekwencji z tego wynikających
2/W ostatniej „Rozmowie Dnia” dziennikarz pyta Pana o rankingi
Pańska odpowiedź brzmi mniej więcej tak:
-Nie mamy szans pokazania się przed wyborami
Co nam pozostaje? Slepa wiara w zwycięstwo do ostatniego momentu?
Co potem?!
Co się stanie, gdy wynik wyborów nie będzie zgodny z oczekiwaniami?
3/Czy jest jakiś plan B?
Jednym z argumentów przeciw połączeniu się prawicy jest fakt swarów i kłótni przy ustalaniu list wyborczych.
4/Może więc lepiej byłoby założyć ustalenia losowe, a nie wg ważności i dostojeństwa?Takie propozycje bywały w przeszłości, a my wciąż brniemy w podziały i nic i nikt nas niczego nie nauczył.
5/Czy wszystkie patriotyczne ugrupowania, myślą o Polsce, czy znów o władzy niepodzielnej?
Tu musi zwyciężyć zimna kalkulacja, a nie marzenia
Historia uczy, że przerost przywódczych ambicji kończył się dla Polski fatalnie
Załóżmy, że PJJ wchodzi do sejmu-( jeśli wejdzie)
Jaką siłę mamy szanse stworzyć?
Jaki pułap osiągnąć ?Jaką przewagę i nad kim?
Czy nie grozi nam przypadkiem zostanie przystawką PIS?
Czy więc nie lepiej połączyć się wcześniej i stanowić przeciwwagę?
Czy ktoś myślał o kwestii ewentualnego przekazywania głosów ze strony słabiej wróżących ugrupowań na rzecz mających realne szanse?
6/Kolejna sprawa to PROGRAM
Pan mówi, że PJJ to jedyna partia, która przedstawia bez ogródek katastrofę Polski
Mamy wątpliwości czy to prawda . Ciągle o tym krzyczy Konfederacja i programy PJJ i Konfederacji są w tym sensie zbieżne.
A czym się różnią?
PJJ nie zająknęła się na temat tzw. polityki zagranicznej ( która niestety nie istnieje)
Nie daje się poznać się co do stosunku do ukropolu
co do losu Polakow wj Rosji Kazachstanie, na Ukrainie ,Białorusi czy Litwie
co do ustawy 447 i kolejnych
Nie bardzo ponadto jesteśmy zorientowani odnośnie pieniędzy na reklamę:
poczynań , intencji i planów partii
7/Staramy się działać na rzecz PJJ rozdając ulotki i przekonując nieprzekonanych.
Odbywa się w to ze znacznym oporem materii, a to już powinno być jakimś ostrzeżeniem przed nadmiernym optymizmem odnośnie ew zwycięstwa
a/Każdy z rozmówców chce dowodów na to, że o PJJ słychać w miarę głośno, a oni nie słyszeli i dziś dociera do nich ta informacja po raz pierwszy. Są więc nieufni.
b/Chcą znać wyniki rankingów tej partii, a to Pan wyraźnie mówił” nie mamy szans przed wyborami”Więc oni często mówią NIE.
c/Pytają o twarze kampanii, o twarze ludzi znanych i szanowanych.
Czy Kulińska Sumlinski, Gadowski Jaskowiak Tytko, Pospieszalski w koncu Sykulski to twarze PJJ?Jeśli to nie oni to kto?
Warszawska Gazeta( obiektywna jak się wydaje) wypowiadając się o Panu z dużą sympatią pisze: Rafał Piech zbytnio się spieszy zwycięstwo być może tak, ale nie w najbliższych wyborach( taki sens ma opinia redakcji)
Czy należy się z nią liczyć czy nie?
W naszej sytuacji trudno odkładać działania do następnych wyborów . Czy jednak i to nie świadczy za konsolidacją?
8/Dziś szybko trzeba rozejrzeć się w poszczególnych strukturach terenowych co do podziału na tych, którzy chcą konsolidacji i tych, którzy jej nie chcą.
Czy ktoś to sprawdzał?Trzeba to zrobić, bo to może być w najbliższym czasie powód do ostrego rozdźwięku między władzą Partii, jej członkami, czy sympatykami.
9/Gdyby jednak zdecydowano o zmianie planów, co do samodzielnego startu w wyborach,
to może warto byłoby zwierzyć się z takiej idei narodowi np:wywieszając na banerach hasła w rodzaju:
ZJEDNOCZONA PRAWICA TO ISKRA- PJJ
PJJ ZA ZJEDNOCZENIEM PRAWICY
NASZA SIŁA W ZJEDNOCZENIU PRAWICY- PJJ
PJJ – WYGRAMY ZJEDNOCZENI
Pozdrawiam serdecznie . Proszę mi nie mieć za złe tego kubła zimnej wody wylanego na Pańską głowę .
Liczymy na to, iż nasze przekonania zgłaszane do tej chwili ustnie a dziś przelane na papier, nie będą głosem wołającego na puszczy –
z poważaniem i sympatią Magda Ponurkiewicz
24.05.2023 Nowy Sącz
W oczekiwaniu na odpowiedż
Moją opowieść o Helenie dedykuję Monice- Jej Córce
(Data ukończenia tekstu i jego wysłania adresatce nie jest przypadkowa)
Helena
Ostatnia część „Tryptyku wojennego”,która powstała w ramach projektu „Wojenny Nowy Sącz”,nosi taki właśnie tytuł.
Opowieść o Helenie Barbackiej, bratanicy genialnego sądeckiego malarza, Bolesława Barbackiego łączniczki AK,sanitariuszki oddziału „Tatara”i komentarz jej córki, Moniki natchnęły mnie myślą, że moje wspomnienia o niej, należą się tej fascynującej kobiecie, z którą kontakt w okresie dzieciństwa nie pozostał bez wpływu na moje późniejsze życie.
Nie uda się w żaden sposób napisać wspomnień o człowieku z pominięciem,choćby w zarysie, jego koneksji rodzinnych, oraz miejsc które kochał szczególnie. Tak też jest i w tym przypadku.
Helena była niebywale związana ze swym domem. Kochała ogród - park, wszystkie zwierzęta małe i duże. Była artystyczną duszą , aktorką , lubiła aplauz , musiała wzbudzać zainteresowanie i zachwyt otaczających ją przyjaciół i znajomych, w większości mężczyzn. Któraż kobieta tego nie lubi? Było to jej potrzebne jak powietrze.
Dlatego moim obowiązkiem jest napisanie o tym wszystkim po trosze , na tyle,na ile dziecko mogło być świadome i poinformowane o szczegółach życia dorosłej kobiety .
Jeden z fragmentów mojej pierwszej i ulubionej książki „Okruchy pamięci” poświęciłam opisowi miejsca, w którym spędzałam wiele szczęśliwych chwil,Willi Marya, tonącej w zacienionym ogrodzie pełnym kwiatów i kwitnących krzewów i drzew. To mieszkańcy willi decydowali o tym jak ogród, dom, a szczególnie jego wnętrze , miały wyglądać i czemu służyły.
Wydawać by się mogło, że tu wszystko kojarzyło się niemal wyłącznie z osobą Bolesława, zamordowanego wraz z 40 innymi osobami z rozkazu kata Nowego Sącza, Hamanna, szefa komisariatu policji, w sierpniu 1941 roku.
Jego obrazy zapełniające ściany pokojów przyciągały wzrok i budziły żal, że mógł tak wiele jeszcze zrobić dla Sądecczyzny jako malarz, społecznik i nauczyciel młodzieży. Ale czas mijał i miejsce nieżyjącego Bolesława wypełniała coraz mocniej inna artystyczna dusza, osoba o wielkiej charyzmie, żywiołowa kobieta , aktorka, żona, matka Helena Barbacka, po mężu Ślepiakowa. To jej przepiękne portrety dominowały wśród pozostałych obrazów, bo też była ulubioną modelką stryja.
Do Willi Maryi trafiła pewnego dnia dziewięcioletnia dziewczynka wygnana przez okrutny los z raju, jakim była dla niej modrzewiowa, barcicka leśniczówka nad Popradem. To była Magda.
Pozbawiona w ciągu jednego dnia kontaktu z obszernym 9 pokojowym domem, niegdyś dworkiem Stadnickich, olbrzymim ogrodem i widokiem Popradu, lasów i pól wokół, została wciśnięta w 2 pokojowe mieszkanie na drugim pietrze, gdzie z okien pokojów widać było jedynie kamienicę vis a vis i głęboką czeluść, jaką była ulica Jagiellońska, a od strony kuchennego ganku obskurne, podwórze z restauracyjnym śmietnikiem , otoczone murem.
Przyprowadzona do ślicznego zakątka przez swych rodziców zaprzyjaźnionych z Heleną, przy okazji jakiejś kolejnej rozgrywki brydżowej, przylgnęła do tego miejsca i osoby właścicielki secesyjnego cudownego domu, z rozpaczliwą determinacją. Jej mama, Dziutka, przyjęła z ulgą ten obrót spraw .Żal jej ściskał serce, gdy musiała patrzeć na swe dziecko pogrążające się w depresji, zamknięte nagle w czterech ścianach i nie mogące zrozumieć dlaczego tak się stało. A przecież ciężka choroba dziewczynki skutkiem czego była głuchota trwająca kilka lat, już były wystarczającym powodem obniżonego nastroju. Jak Dziutka miała
jej wytłumaczyć przyczynę tego stanu rzeczy? Usunięcie całej rodziny Magdy z barcickiej leśniczówki i gospodarstwa pełnego zwierząt, za nie- prawomyślność i sprzeciw wobec nowych komunistycznych porządków w Polsce? Czy mogła opowiadać córce o aresztowaniu jej ojca i miesiącach spędzonych po kolana w wodzie w sądeckim więzieniu i o tym co tam przeszedł ledwie uszedłszy z życiem z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności? Co mogła zrobić? Wyprowadzała córkę na spacery do Parku Strzeleckiego i nad Dunajec. Na tym kończyły się przyrodnicze atrakcje.
Sympatia Heleny do jej dziecka i fascynacja jej osobą ze strony Magdy, to był dar Niebios! Skończyły się kłopotliwe pytania zadawane matce,a nastrój córki znacznie się poprawił. Częste wizyty w domu Heleny, były fantastyczną odskocznią od tęsknoty za Barcicami.
Jakie było pierwsze wspomnienie Magdy o tej kobiecie?
Pewnego dnia kilkuletnia Magda zobaczyła tu właśnie, w Willi Marya po raz pierwszy wyjątkowo piękną, szczupłą kobietę o drobnej, pociągłej twarzy, tonącej w gęstych, niemal czarnych, włosach, o dużych, długich, lekko skośnych błękitnych oczach, ubraną w długi, powłóczysty szlafrok z aksamitu, w ciemno szmaragdowym kolorze. Pod szlafrokiem rysował się już niezbyt jeszcze pokaźny brzuszek. Helena była w ciąży. Uśmiechnęła się szeroko, podeszła do Magdy i charakterystycznym energicznym ruchem wyciągnęła do niej rękę.
-Cześć! Powiedziała. Witaj Magdalenko. Na nadgarstek zsunęły się srebrne obrączki bransoletek i zadzwoniły delikatnie.
Jaka ona śliczna ! I te bransoletki i kolor szlafroka! - pomyślała z zachwytem mała kobietka.
Helena była osobą z ogromną charyzmą , zawsze w otoczeniu przyjaciół. Było stałe towarzystwo składające się z mężczyzn, którzy przychodzili tu na brydża. Krąg znajomych i przyjaciół był jednak znacznie szerszy. Przecież wojna i okupacja sprzyjały przyjaźniom trwającym przez dziesięciolecia, poza tym Helena była pracownicą banku, a w czasie wolnym aktorką Teatru Robotniczego. Szerokie zainteresowania artystyczne gromadziły wokół ludzi o tych samych skłonnościach a przyszła matka , bardzo przecież aktywna, dostała nagle pod swoją opiekę Magdalenkę, którą postanowiła zainteresować tym, co pociągało nią samą To z całą pewnością się udało.
Zaczęło się od zwiedzania ogrodu.
Przy wejściu od strony ul. Jagiellońskiej uwagę zwracał duży klomb, obok którego rosła wielka, krzywa magnolia, jako że ocalał tylko jeden z dwóch rozłożystych konarów. Klomb wypełniały piękne, bardzo różnorodne i niewysokie, wielobarwne kwiaty. To z nich Helena układała nietuzinkowe bukiety i bukieciki dla przyjaciół. W czasie, gdy rozkwitała stara magnolia , obdarowywała ich olbrzymimi mięsistymi kwiatami o różowej barwie i delikatnym, egzotycznym zapachu które nadawały się do niskich wazonów, z racji krótkich łodyg.
Prawdziwa orgia zaczynała się w maju, kiedy zakwitały liliowo szpalery bzów, rosnące wzdłuż ogrodzenia . Każdy z gości dostawał cudownie pachnące ich naręcze. Jaśminy pachniały równie bajecznie.
Forsycje w intensywnie żółtym kolorze, rozjaśniały dość ciemny ogród złotymi plamami . Adam, na tydzień przed Wigilią otrzymywał od Heleny imieninowy prezent, czyli wiecheć badyli przypominający brzozową miotłę. Helena wpadała do mieszkania z impetem i wręczała je Adamowi, tym swoim charakterystycznym energicznym gestem.
Masz swój bukiet Adam – zwykła była mawiać.
W Wigilię, w dniu imienin Adama suchy wiecheć zamieniał się w zjawiskowy pęk kwiatów w słonecznym kolorze. To były forsycje.
Ale w ogrodzie rosły także wśród trawy niepozorne, maleńkie fiołki pachnące tak, że Magda tęskniąc za Sądecczyzną przypominała sobie ich bajeczny zapach, próżno szukając ich w okolicach Włoszczowy.
Nie tylko one kwitły tu wiosną. Przylaszczki, przebiśniegi, narcyzy i pierwiosnki tworzyły wraz z jaskrami przepiękny kobierzec.
Do końca pobytu w Sączu układanie maleńkich bukiecików stanowiło ulubione zajęcie Magdy.
Wracajmy jednak do wspólnych z Heleną wędrówek wokół domu.
Taras od strony południowej tonął w niewielkim cienistym parku. Tworzyły go : ogromne, kanadyjskie sosny, dęby i jesiony . Te ostatnie wyrosły w pobliżu drewutni . Niestety kilka z nich wycięto i do dziś przetrwał zaledwie jeden.
Na pniu dębu spacerowały przepiękne żuki, których główki zdobiły wypolerowane brązowawe rogi .Dziś niemal nie spotykane jelonki, pokryte chitynowym pancerzem. Magda puchła z dumy, bo na pytanie Heleny o nazwę chrząszczy odpowiedziała bezbłędnie. Była przecież nieodrodną córką leśnika, która miłość do przyrody odziedziczyła jednak po obojgu rodzicach. W konarach drzew nie mogło braknąć wiewiórek, które wiedziały, że zawsze mogą liczyć na włoskie orzechy z rąk mieszkańców domu, czy też gości, chociaż orzechów laskowych było tu w bród, jako że leszczyny i jaśminy stanowiły niższe piętro parku.
Kiedy urodziła się Monika, jej rodzice posadzili wspaniałe różowe i łososiowe azalie, prezent od ryterskiego leśnika, przyjaciela z czasów okupacji, Andrusia Dutki . Krzewy te, tak wspaniale kwitnące, zdobiły w owym czasie wespół z rododendronami ogrody i parki Dolnego Śląska, ale w Sączu stanowiły ogromną rzadkość. Dziś Monika , mówi z żalem o dewastacji części ogrodu, której dopuścili się robotnicy remontujący jej rodzinną willę . Ofiarą niechlujstwa padły wtedy azalie, . Dziś sytuacja się zmieniła, nie tylko z powodu urody ich kwiatów, ale mody i faktu zmiany klimatu na łagodniejszy.
W parku wokół domu rosły jabłonie.
Helena z Magdą zbierały jabłka na placki, pieczone z upodobaniem przez obie starsze panie, Babcie Janię , matkę Heleny i jej siostrę , starowinkę o skośnych oczach, którą Magda nazywała Babcią Kot. Po szare czy złote renety wystarczyło sięgnąć z tarasu, więc szarlotka była tu zawsze.
Na wąskich tarasowatych uskokach schodzących ostro w kierunku Wólek ku torom kolejowym, rosły śliwy . Węgierki, renklody, a nade wszystko żółte mirabelki o słodko kwaśnym smaku i pięknym zapachu, o których dziś świat zapomniał.
Kiedyś tu właśnie przydarzyła się Helenie przygoda z maleńkim, złotym breloczkiem, umocowanym na skórce zegarka.
Helena w trakcie ogrodowych prac, tu na tarasach zgubiła małpkę i mimo wielogodzinnych poszukiwań, nie udało się jej odnaleźć. Po roku czy dwóch, znajomy właściciel konia i pługu wydłubał błyszczącą w skibie ziemi, cenną dla Heleny pamiątkę.
Tu,w miejsce gdzie zaczynały się tarasy, kilka razy dziennie przychodził ze swą lunetą wuj Heleny - astronom. Magda ciekawska niesłychanie wierciła mu dziurę w brzuchu, zainteresowana wszystkim, co dotyczyło jego osoby. Był dziwakiem i podobno odludkiem , ale traktował małą Magdę przyjaźnie i z pewnym pobłażaniem. Pozwalał dziecku oglądać przez lunetę tarczę zachodzącego słońca, ale i okolice.
Na co dzień jedynym mężczyzną mieszkającym tu wśród kobiet był właśnie on . Od czasu do czasu pojawiał się jednak mąż Heleny, Adam, żołnierz podziemia od 41 roku, który w pewnym okresie pracował na rzecz przerzutów kurierskich na Węgry, lecz ostatecznie zagrożony wpadką znalazł się w lesie, w oddziale Juliana Zubka - Tatara. Tam także w 44 roku z tych samych co Adam powodów, zjawiła się Helena.
Po wojnie Adam studiował na Politechnice Krakowskiej. Obaj bracia Heleny także. To na żonie Adama spoczywał cały ciężar utrzymania domu i rodziny.
Skutek nakazu pracy, który dotknął i młodego inżyniera budownictwa wodnego, zaowocował kilkuletnią rozłąką z rodziną. Adam budował bowiem przez lata zaporę w Goczałkowicach. Mężczyzna bardzo przystojny i sympatyczny, musiał pogodzić się z faktem, że dom jego żony nieustannie wypełniali liczni goście, bo Helenie ciążyła samotność a tę pustkę zapełniali przyjaciele i znajomi. Magda niejeden raz myślała o partyzanckim ślubie tych dwojga w kościółku św. Rocha. Ekscytowała ją tajemnica, która zapewne musiała być zachowywana ze względów bezpieczeństwa, ale także pseudonimy narzeczonych. „Gencjana” i „Żar!”
Najpiękniejszy leśny kwiat, czyli dziewczyna wielkiej urody o błękitnych podłużnych oczach, żywiołowa i pełna pasji i chłopak zapewne pełen żaru, pasujący do niej nie tylko urodą. Magda przeżywała fragmentaryczne jedynie wspomnienia Heleny o partyzantce,o pobycie w oddziale „Tatara” na tzw. melinie. Dorośli niechętnie dzielili się z dziećmi historią i wspomnieniami przeszłości, by dzieci nie wysypały tzw. trefnych informacji. Tak było w kontaktach Heleny z Magdą. Czasem coś bąknęła, przyparta do muru, a Magda ,dziecko z wybujałą wyobraźnią, rozpamiętywała strzępy opowieści. Któregoś dnia Helenie wyrwało się kilka zdań o Hamannie, który pełnił w okupowanym N. Sączu funkcję szefa policji.
Sadysta i morderca był postrachem mieszkańców. Ponieważ z jego rozkazu zginął Bolesław Barbacki i kilku przyjaciół Heleny i wielu znajomych , jej stosunek do potwora był szczególny. Powiedziała kiedyś Magdzie, że widziała pewnej okupacyjnej nocy rybie oczy Hamanna o białych rzęsach, za oknem salonu i stanęła jak słup soli, bo przerażenie odebrało jej na moment możliwość wykonania jakiegokolwiek ruchu. Nie mniej wstrząśnięta była Magda. W nocy przyśnił się jej Hamann i zerwawszy się z łóżka przyzywała swą rodzicielkę głośnym krzykiem.
No cóż . Helena miała zacięcie dramatyczne. Co do tego nie było wątpliwości.
Wróćmy teraz do willi. W czasie okupacji mieściła się tu tajna biblioteka „Towarzystwa Gimnastycznego Sokół”, pokoje od frontu zajmowali niemieccy wojskowi , od strony ogrodu do domu przychodzili w nocy partyzanci. Trzeba było nie byle jakiej odwagi i pewnej fanfaronady, by w tej sytuacji hołdować maksymie, że: „najciemniej jest pod latarnią”. Jak widać powodów do obaw przed inwigilacją niemiecką było wiele i Helena zdawała sobie z tego sprawę.
Po wyzwoleniu dom pełnił już zgoła inne funkcje.
Magda wchodziła tam zazwyczaj przez drzwi kuchenne, od strony tzw. kuchennego ganku. Spotykała swa idolkę, która w asyście kotów kręciła się wokół kuchennego pieca, robiąc herbatę. W obowiązkach domowych wyręczały ją obie babcie, a w dodatku mieszkały wraz z rodziną jeszcze dwie kobiety, które po powrocie z pracy utrzymywały w wielkim domu porządek.
Koty najchętniej rezydowały na kolanach właścicielki, ale wysadzone z nich na podłogę, lokowały się w duchówce, integralnej części kaflowego pieca kuchennego,która służyła do utrzymywania potraw w cieple,w czasie gdy nie palono już pod kuchnią. Natomiast w Willi Marya z duchówki zwisały często dwa lub trzy kocie ogony Na obiad nie było miejsca. Zwierzęta były prawdziwymi domownikami i członkami rodziny. Tak koty, jak i psy były to na ogół przybłędy , wyrzucone, zagubione czy też będące ofiarami wypadków ulicznych . Wszystkie przygarniane serdecznie, wracały do zdrowia na tyle, na ile to było możliwe. Nie darmo Helena była czynnym członkiem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Tu znów okazało się, że i Magda jest wielką miłośniczką zwierząt, a więc odnajdywały wspólny język i w tej sprawie. W albumie Magdy zachowało się do dziś zdjęcie dziewczynki z jej przyjaciółką Heleną i kudłatym pieskiem-znajdą.
Pełne zrozumienie u domowników znajdowała postawa pewnego wyżła, który w odróżnieniu od innych psich rezydentów miał prawdopodobnie swój własny dom, w którym powodziło mu się wcale nieźle, ale nuda wypędzała go stamtąd i szedł na tzw. włóki . Nie wiadomo czy miał w zapasie więcej domostw, gdzie zjawiał się znienacka, właził na fotel lub inny wyścielany mebel bez skrępowania. W każdym razie Willa Marya była miejscem, gdzie pojawiał się co jakiś czas. Przyjmowano to jego umiłowanie wolności ze zrozumieniem i pobłażaniem. Gościł tu tak długo jak chciał ,wreszcie któregoś dnia znikał równie nagle, jak się pojawiał.
Początkowo Helena szukała go i rozpuszczała wici, obawiając się, że mogło mu się stać coś złego, ale później machnęła ręką .
Magdę oczarowało wnętrze domostwa.
Helena widząc zachwyt dziewczynki, pokazywała jej szczegółowo każde niemal pomieszczenie . Pokoje o ścianach pokrytych pięknymi wzorzystymi tapetami, meble, portrety własne i innych osób. Wchodziły z kuchni do maleńkiego pokoiku ,stamtąd do stołowego z wspaniałym piecem z secesyjnych kafli i urodziwym świetlikiem, który zdobiły witraże z motywami kwiatów, także secesyjne. Meble były góralskie, rzeźbione i wyżynane i wszędzie kilimy i wełniaki. W narożniku pokoju stał fortepian, na którym starszy brat Heleny, Tomek ,bardzo z wyglądu przypominający swą siostrę, grał w trakcie swych wizyt. Jednym z obrazów Barbackiego był portret młodszego brata Heleny, Tadka. Mały chłopiec o blond włosach ostrzyżony na pazia, w sweterku w zielono czerwone paski. Malarz nigdy go nie dokończył i dół obrazu był ledwie zarysowanym szkicem. Magdalena wyobrażała sobie dramaty, z powodu których nie ukończono dzieła, ale się okazało, że malarz stracił po prostu cierpliwość do nieznośnie wiercącego się modela.
Miejscem, który przyciągał jak magnes był jednak buduar aktorki ,gdzie zawsze unosił się delikatny zapach pudru . Pokój narożny z wykuszem, gdzie na toaletce pod lustrem leżały nie tylko kosmetyki, ale i wpinki bransolety, kolczyki, naszyjniki - czyli biżuteria , którą częściowo tworzyła sama Helena. Przy pomocy specjalnych żelazek robiła kwiaty o różnej barwie i kształcie. Były to cacuszka z jedwabiu, które lądowały między innymi w klipsach,dobierane odpowiednio do określonych kreacji. Te wisiały w ściennej szafie i było co oglądać . Przepiękne ,długie suknie teatralne, które czasem wyjmowała na prośbę Magdy . Dziewczynka dotykała materiału , koronek, ozdób z pietyzmem, zachwycona kolorystyką ubiorów.
Tu , czuła się jak ryba w wodzie, a wrażenie, jakie wywarły na niej rękodzieła Heleny i pewien rodzaj żalu, że ona sama nigdy nie doścignie umiejętności utalentowanej gospodyni, zaowocowało po dziesięcioleciach, gdy zaczęła zdobić suknie , serdaki , czy narzuty i poduszki z aksamitu aplikacjami i kwiatami z jedwabiu, opracowywanymi przez siebie pod względem kształtu i kolorystyki od A do Z . Woziła je do krakowskich galerii nie mając uprawnień plastyka, dumna, że może dać upust swym zainteresowaniom i zdolnościom plastycznym i poczuciu piękna. Gdzieś tam w głowie ukrywało się marzenie o malowaniu, bo jak o tym nie marzyć oglądając przepiękne obrazy Bolesława? W jakimś sensie ziściło się i to. Będąc na rencie malowała na szkle . Obrazki cieszyły się powodzeniem, a finałem tej pasji był wernisaż i wystawa w sądeckim MCK Sokół, gdzie znalazły także swe miejsce zdjęcia kwiatów i aplikacji z jedwabiu. .
Portretów Heleny było w domu sześć. Magda pamiętała przez dziesięciolecia ten w kapeluszu ,drugi w góralskim stroju, a trzeci , ogromy, nie był autorstwa B.Barbackiego. Całą postać w przepięknej białej sukni z wachlarzem ze strusich piór, namalował Jerzy Potrzebowski ,znakomity artysta zaprzyjaźniony z rodziną Barbackich.
Jakie obrazy wisiały w mini galerii Barbackiego, tego już nie udało się Magdzie zapamiętać
Teatr Robotniczy był miejscem niezwykle uczęszczanym i lubianym przez Sądeczan. Tu, w sztukach teatralnych Helena grała na ogół pierwsze skrzypce. Magda bywała po wielokroć wraz z mamą na wspaniale wystawionych sztukach jak „Sen Nocy letniej” gdzie Helena grała Puka, czy „Zemście”,gdzie przyszło jej grywać Podstolinę.
Rewelacyjna scenografia, muzyka, choreografia wielu przedstawień, cudowne oświetlenie, oczarowywały wiernych widzów tak dorosłych , jak i dzieci, bo sztuki dla dzieci wystawiano także. „Królowa śniegu”,czy bajka „O szewczyku Dratewce”, bo także teatr kukiełkowy pana Stanisława Pudły sprawdzał się wyśmienicie. Wszędzie udzielała się Helena, a jako nie spełniona dziennikarka chętnie pisała teksty różnorakie, w tym szopkę satyryczną. Magdzie nie udało się jednak nigdy, już jako osobie dorosłej, zaciągnąć do teatru czy kabaretu sądeckiego, chociaż miała na to wielką ochotę choćby dlatego, że w przekonaniu wielu osób, miała do tego niezły dryg.
Helena była wielką amatorką grzybobrania. Po urodzeniu Moniki udawało się jej czasem wyrwać z domu. Jechały wtedy z Magdą i jej mamą pociągiem do Rytra, lub docierały do chełmeckiego lasu . Przy okazji nie omijały na ogół cmentarza w Rdziostowie, gdzie spoczywali rozstrzelani bohaterowie Sądecczyzny, a w ich liczbie pani Czarnota de Sas Bojarska i Wojtek Wink. Ona, krucha starowina o niezłomnym sercu i charakterze, on młody silny człowiek z głową pełną cudownych planów na życie po wojnie. Męczennicy, nad którymi pastwiono się bezprzykładnie, by zmusić ich do zeznań . Bez skutku. Każdemu z nich należała się nasza modlitwa i zapalona świeczka.
Sytuacja Heleny i Magdy, gdy w domu pojawiło się dziecko, zmieniła się radykalnie. Magda przez szereg miesięcy miała osobę swej ulubienicy na wyłączność, a teraz przyszedł czas, że pierwsze skrzypce grało niemowlę, któremu matka poświęcała większość czasu. Magda była zazdrosna o tę małą osóbkę, która stanęła między nią i Heleną, ale jej cudowna kochająca mama, Dziutka pomogła swemu dziecku przyjąć do wiadomości oczywiste fakty. Monika rosła i coraz bardziej ujawniał się temperamencik dziewczynki, odziedziczony zapewne po matce. Ogromne zainteresowanie teatrem sprawiało, że wysiadywała za kulisami towarzysząc swej rodzicielce w niemal każdym przedstawieniu, uczyła się tekstów na pamięć, bez najmniejszych trudności, a w domu oczywiście bawiła się w teatr.
Magda zapamiętała scenę, w której brała udział córa Heleny, licząca sobie wtedy około pięciu wiosen i jej młodsza przyjaciółka i sąsiadka zza płotu, Ewa Zaranek.
Ta druga spokojna, nieco flegmatyczna, dostała od młodocianej partnerki dyrygującej spektaklem rolę księcia, natomiast Monika grała księżnę. Lalka, czyli dziecko tych dwojga spoczywała w maleńkiej kołysce.
Monika wygłaszała kwestię przez siebie wymyśloną czule i łagodnie:
Ach lulajże luby książę to dziecię.
W tym momencie uświadomiła sobie zapewne, że ruch kołyski w rękach Ewy nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. Rozlega się wrzask księżnej- reżysera:
Tylko nie taak! Nie taak! Bo ci książęcy bachor z betów wyleci!!!
Monika rosła, a po dwóch latach urodziło się w rodzinie Barbackich kolejne dziecko. Był to syn Tadeusza i Zosi - Jacek.
Miał ok. sześciu miesięcy, gdy zapakowano go do koszykowego wózka i z poręki Heleny pozwolono Magdzie wozić malca po ogrodowej ścieżce.
Ta wreszcie wymyśliła,przez nikogo nie kontrolowana,że nie tylko
wyjedzie na ulicę, ale przejdzie z wózkiem na drugą stronę Jagiellońskiej, licząc, nie wiadomo czemu, na aplauz, zainteresowanie i podziw przechodniów. Jacek na szczęście przytroczony był do karety szelkami i gdyby nie to, nie skończyłoby się zapewne na sporym krwotoku z nosa i umiarkowanej reprymendzie udzielonej rozkosznej niańce przez matkę ofiary . Wiara w zdrowy rozsądek podopiecznej została w Helenie zachwiana, a Magdalenka przez dłuższy czas nie pokazywała się w willi, nie zwierzając się także swym rodzicom z paskudnej przygody .Nikt im nie doniósł o wyczynie ich latorośli, bo tak matka Jacka jak i Helena uznały zapewne, że karą wystarczającą za idiotyczny wyczyn był lęk i wstyd winowajczyni. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Przeprowadzka do Włoszczowy zawiesiła wszystkie kontakty Magdy i jej rodziców z sądeckimi przyjaciółmi na 25 lat. Pozostały listy pisane od czasu do czasu.
Tak to w roku 1963, ku swemu przerażeniu otrzymali kopertę z klepsydrą donoszącą o śmierci Adama Ślepiaka. Był jeszcze młodym człowiekiem . Jego córeczka w chwili śmierci ojca miała zaledwie dziewięć lat. Do dziś pamięta opowieści swego taty o melinie nad Łomnicą i szybowcowy lot w wieku lat czterech, kiedy udało się ten fakt ukryć przed jej matką. Kiedy Adam wrócił wreszcie z goczałkowickiego zesłania i pracował w sądeckich melioracjach, miał czas nie tylko dla jedynaczki ale na funkcję prezesa sądeckiego aeroklubu, jako że loty szybowcem stały się jego pasją.
Po 25 latach nieobecności, Magda z mężem szczęśliwym zbiegiem okoliczności wylądowali znów w Sączu, wytęsknionym przez Magdę przez lata spędzone na Kielecczyźnie. Z nimi powrócili tu rodzice .
Nadzieje odnowienia kontaktów przez pierwsze lata niemal zupełnie zawiodły, a jednak w Willi Maryi pod tym względem niewiele się zmieniło
Helena była serdeczna i przyjacielska jak dawniej .Upływ lat,pozostawił na niej pewien ślad, ale nadal była szczuplutka, żywiołowa , spontaniczna i pogodna. Cieszyła się z powrotu Magdy. Było o czym pogadać nadrabiając utracone ćwierćwiecze.
Ulubiony dom niestety nieco opustoszał. Zmarł przecież Adam. Stary astronom także zniknął, Monika wyjechała na studia .
Helena i babcie zostały ze swymi psami i kotami. Biegała na brydża do Klubu Sądeczan. Część kontaktów pozostała jak dawniej, choć wielu przyjaciół odeszło na drugą stronę.
W czasie wizyt Magdy, obie popijały herbatę a w zimowe dni gospodyni co i raz wybiegała w samym sweterku na kuchenny ganek,z wielkim nożem, którym nabierała porcje smalcu ze słoika . Przyklejała smalec do poręczy ganku, a stado sikorek ze świergotem rzucało się na pożywne jedzonko, które uzupełniało zawartość pudełeczek dyndających na sznurkach wypełnionych ziarnem zatopionym w tłuszczu . Dlatego też wiosną ogród rozbrzmiewał świergotem skrzydlatych domowników.
Rodziców Magdy dopadł także wiek więcej niż średni, ale cieszyli się bardzo z powrotu do miejsc ukochanych. Przystarzał się mocno ulubiony ich pies przywieziony tu z Włoszczowy.
Pirat w blokowisku nie mógł się odnaleźć. Przyzwyczajony od szczenięcia do wielkiego ogrodu i wypraw do lasu oddalonego dosłownie o krok,
teraz polegiwał w kącie zwinięty w kłębek, schorowany mocno i ponury.
Helena zaproponowała Adamowi, by przyprowadzał Pirata do ogrodu każdego dnia ,aby nieszczęsny czworonóg mógł spędzić swe ostatnie lata w cieniu drzew.
I tak kolejny rezydent znalazł tu przytulny kąt, miał budę, która dawała ochronę przed deszczem wiatrem i zimnem, a wieczorem, jego pan zabierał go do blokowego mieszkania, by psu nie przyszło do głowy, że został porzucony na starość.
Mijały lata . Odchodzili kolejno krewni, przyjaciele i znajomi . Odeszła także w smugę cienia Helena, ale wspomnienia o niej pozostały w myślach i sercu Magdy i choć ona sama dobija dziś osiemdziesiątki, ta część jej dzieciństwa stoi przed nią jak żywa, bo starość ma przywilej wspominania czasu, gdy byliśmy szczęśliwi.
11.11. 2022 Nowy Sącz Magdalena Ponurkiewicz
Witam po 3- letniej przerwie
Przychodnia Bonus- Med( Nazwa która trafia w punkt)
W Kamionce
Jest takie miejsce, które w czasach odhumanizowanej medycyny,z brakiem empatii i życzliwości dla chorego człowieka na czele, budzi szacunek i uznanie.
.To Przychodnia Bonus Med w Kamionce, prowadzona przez Panią Doktor Agnieszkę Dobrowolską.
Tu wszystko, jak w zegarku szwajcarskim.
Trafiliśmy do niej z Nowego Sącza,dzięki plotce jaka niesie się w okolicy, chcąc zmienić miejsce korzystania z usług medycznych,
I co?Na wejściu telefoniczna informacja Rejestracji szybka ,wyczerpująca . Wynika z niej, że zostaniemy przyjęci bez grymasów i targów, jako nowi.
Pytam na wszelki wypadek, czy w razie obłożnej choroby, mogę liczyć na wizytę domową,
bo przychodnia w Kamionce, a my mieszkamy przecież w Nowym Sączu
Naturalnie ! Wykrzykuje pracownica rejestracji
Rejestracja telefoniczna nigdy nie nastręcza kłopotów. Nawet w chwili największego naporu pacjentów, uprzejmość i porządek przede wszystkim!
W analityce uśmiechnięte Profesjonalistki wkłuwają się w w moje oporne żyły
bez jakiejkolwiek trudności, co jest zjawiskiem nie często spotykanym. Potem wyjaśnienia odnośnie terminów, możliwości odbioru wyników itd.
Dziś, kolejna wizyta. Dzwonie o 8 rano, czekam dosłownie 8 minut. Jestem piąta w kolejce.
Tu nawet automat rejestrujący działa jak trzeba. Dowiaduję się że Pani Doktor Dobrowolska ma, co prawda, 40 pacjentów ale przyjmie mnie w pilnej sprawie. To oczywista oczywistość
W poczekalni spokój i cisza. Nikt się nie denerwuje, żadnych przepychanek. Wszystkim udziela się atmosfera, jaką tworzy Personel Przychodni
Czekam około 20 minut. W trakcie półgodzinnej wizyty zostaje rozwiązanych kilka moich problemów.
Wychodzę w zachwycie.
Przez lata ćwiczono z nami musztrę ,zapominając o pewnej mądrości, która mówi, że:” nie nos dla tabakiery, tylko tabakiera dla nosa”- więc dziś nie dowierzamy swemu szczęściu., bo niemal uwierzyliśmy, że pacjent to zło koniecznie, a przynajmniej kłopot, i arogancja w stosunku do niego to zasada koronna .Tak się dzieje na ogół wtedy, gdy panie w rejestracji nazywane tu i ówdzie konsultantami (?)przyzwyczaiły się do faktu, że decydują bez pardonu o losie pokornego pacjenta, któremu przez lata wbija się w głowę, że to norma, a on znosi tę skandaliczną sytuację bez protestu, choć opłaca z własnej kieszeni ów wybryk natury.
Co mogę powiedzieć w finale tyrady?
Bardzo serdecznie dziękuję! W Przychodni Bonus – Med odzyskuję wiarę w Człowieka
Zacytuję jeszcze dwa przysłowia, w których tkwi mądrość narodu i może wreszcie warto wyciągnąć z niej wnioski!:
„Jaki Pan, taki kram”
„Ryba psuje się od Głowy”
Nowy Sącz 09.06.2023 Magdalena Ponurkiewicz
,
wzbudza
Tornado
Przegrana Trumpa ogłoszona pospiesznie przez tzw. Demokratów była wstrząsem dla jego wyborców i ogromnej rzeszy zwolenników na świecie ,w tym i w Polsce .
Bardziej krytyczni w stosunku do jego osoby zdawali sobie sprawę z tego, że nie wszystko co zrobił musi budzić zachwyt. To za jego kadencji nastąpił największy żydowski atak na Polskę czyli ustawa 447. To on ofiarował nam ambasador Mosbaher, która w Polsce zachowuje się, mówiąc oględnie, jak słoń w składzie porcelany, nie przyjmując do wiadomości uprawnień i ograniczeń funkcji jaką dzierży, a jej manifestowana nadmiernie skłonność do lewackiej opozycji musi budzić ogromny niesmak. Nie będę brnąć w kolejne zastrzeżenia.
Ma ta prezydentura gigantyczne zalety i wizja jej końca budzi dreszcz.
To byłoby otwarcie wrót dla knowań „Światowego Rządu”, którego istnienia coraz trudniej zaprzeczyć, powrotu pomysłów na inny , chory, wydumany przez rodzinę Clintonów i im podobnych, dążących do zniewolenia społeczeństw w każdym przejawie istnienia tych, którym niezależność działań się marzy. Dziś, gdy kadencja Trumpa trwa, moja ulubiona UE a szczególnie KE rzuca się Polsce i Węgrom do gardła forsując zmiany w unijnym prawie, zamieniając je na bezprawne, bezczelne posunięcia, dążąc wprost do zmiany na kształt obozu komuny kneblującej każdy odruch niezależności państw Europy wschodniej. Uzależnienie dotacji od bliżej nie sprecyzowanego wyobrażenia na temat tzw praworządności wywołało zdrowy odruch w Polsce i na Węgrzech czyli głośne i zdecydowane VETO. Morawiecki z Orbanem naradzają się w kącie co do kolejnych krokow i nie chce mi się myśleć że mogłoby być jak zwykle, bo wtedy to koniec państwa Polskiego. Pozostałyby jedynie pozory. Obawy są uzasadnione w tym sensie, że unia dąży do osłabienia partnerskich stosunków Wegier i Polski. Przeciw uległości protestują „ziobrzyści,” których nieugięty opór w innych kwestiach, kilka tygodni temu doprowadził Kaczyńskiego niemal do decyzji, których mógłby gorzko pożałować. Na szczęście udało się zażegnać katastrofę, na którą Polski absolutnie nie stać. Co będzie jutro? Czy wobec ewentualnych ustępstw Morawieckiego( oby tak się nie stało) grozi nam rządowy rozłam? Czy należy bardziej niż kiedykolwiek brać pod uwagę polexit ? Nie będę wróżyć z fusów. Niebawem się okaże jakie stanowisko wspólne zajmą Morawiecki i Orban wspierani przez Słowenię. Przyczyna kłopotów naszego premiera tkwi m.in. w poczynaniach Merkel . To jej miodem po sercu byłaby klęska Trumpa, który nigdy nie był do jej poczynań przyjaźnie nastawiony i słusznie. Jej dwulicowość czy niezdrowa skłonność choćby do układów z Rosją nad naszymi głowami to powrót do czasu, który znamy aż nadto dobrze. Niestety w niemieckie knowania wpisuje się znakomicie osoba, na którą polscy parlamentarzyści glosowali z nadzieją. To Ursula van der Layen, przewodnicząca KE, dziś w sposób dramatyczny zawodzi.
Mogę jednak powstrzymać się chwilowo, bez wyrzutów sumienia, od części pesymistycznych wizji dotyczących urządzenia przyszłego świata. W walce o prezydencki fotel Trump się nie poddaje mimo, że procedura przekazania władzy już ruszyła i będzie trwać. Mam nadzieję, że on sam
i jego wierna ekipa, przy sprzyjającym wietrze rozliczy zdrajców, a lewackie media, które nie dopuszczają urzędującego prezydenta do kontaktu z narodem rozniesie w pył. Do 14 grudnia musimy cierpliwie poczekać i wtedy rzecz się, być może, rozstrzygnie na Zjeździe Elektorów. Wierzę, że Sąd Najwyższy USA zadziała zgodnie z konstytucją, bo w innym wypadku wizja najstarszej demokracji obróciłaby się w gruzy na oczach świata, ale także większości jej społeczeństwa, które dziś mimo kłopotów z komunikacją między nimi samymi i Trumpem wie, ze stała się rzecz straszna! W sposób absolutnie niedopuszczalny i bezczelny wybory zostały sfałszowane, a przynajmniej niejedno na to wskazuje.
W Polsce także nie ma spokoju. Awantury uliczne lewackich szwadronów kobiet trwają dlatego, że nigdy buntom i prowokacjom rząd PIS nie dawał wystarczającego i stanowczego odporu, a pieniądze Sorosa płyną, prawdopodobnie kolejny już raz, wartkim strumieniem na rzecz buntowników.
A rola uniwersytetów w tej sprawie? Haniebna! Dotyczy to niestety nie tylko Polski. Wyższe uczelnie ogarnięte ideologią polegającą na tym, że największa bzdura przyjmuje rolę teorii naukowej, psują w głowach młodym pokoleniom. Dziś w Polsce lesbijka walcząca o prawo do aborcji na życzenie, symbol obrzydliwego procederu , w oczach popleczników, głównie młodych ,znudzonych ludzi, wyrasta na bohaterkę narodową. To właśnie te marsze popiera otwarcie np. J. Kwaśniewska, która wylewała krokodylowe łzy po śmierci Jana Pawła II jako ”pierwsza dama”. To tylko jedna strona medalu. Handel dziećmi, które staną się ofiarami zboczeńców, jeśli ci zechcą je adoptować w samym sercu UE w XXI wieku, to kolejna konsekwencja idiotyzmów kreowanych przez wyznawców antywartości. Posłuchajcie państwo wystąpienia znakomitego europosła prof. Legutki! Z jego słów wieje grozą.
Trudno się pogodzić z uległością wobec forsowanego nieprawdopodobnego chamstwa i pomysłów z piekła rodem. Zapewne dlatego na ratunek wartościom zamiast rządu i służb do tego powołanych rusza w sposób niewymuszony ruch patriotyczny Bąkiewicza, który nazwano Gwardią Narodową. Oni nie godzą się na poniżanie Katolików i Katolicyzmu, opluwanie naszych najświętszych symboli, ataki na Świątynie i ludzi Kościoła. Dziś wieloletni organizatorzy i uczestnicy Marszu Wolności powiedzieli głośno -nie!
Dziwne rzeczy jakie zaczęły się dziać wokół uczestników marszu 2020, prowokacje, co do których pochodzenia są olbrzymie wątpliwości wyszły podobno częściowo z szeregów policji, która tak spolegliwa przez kilka tygodni dla lewaków, tu zadziałała, być może, w sposób moralnie wątpliwy oskarżając w finale maszerujących. Czy tym razem uda się ukarać winnych, czy filmy nakręcone przez organizatorów marszu wystarczą jako dowody przeciw oskarżeniom strony przeciwnej?
Oby tym razem tak się stało.
Moje wątpliwości na temat służb odpowiedzialnych, ujawniły się na przestrzeni ostatnich tygodni dość jaskrawo. Nie chcę wytaczać zbyt wcześnie teorii spiskowych w tej konkretnej sprawie. Czasem lepiej ugryźć się w język i poczekać. Jedno jest pewne Bąkiewicz wyrasta na przywódcę niezależnego, cieszącego się dużym poparciem i nie chcę myśleć o tym, że komuś po prawej stronie mogłoby to przeszkadzać. To nie wróg a sprzymierzeniec, jedyny wpływowy, ale także odpowiedzialny człowiek wśród narodowców, coraz częściej jawiących się jako banda oszołomów, i to jego właśnie należałoby wreszcie docenić.
Mój minorowy nastrój przetykany gdzieniegdzie fajerwerkami optymizmu musi na koniec zostać rozświetlony jasnym światłem niezwykle radosnego i oczekiwanego niecierpliwie faktu, jakim jest Intronizacja Chrystusa Króla. Odbyła się 31.10.2020 bez głośnych fanfar dając nadzieję na opiekę ze strony nie tylko Matki Bożej Królowej Polski, ale Jej Syna , Jezusa Chrystusa.
Czy rozmodlona katolicka większość będzie w stanie wyprosić przebaczenie dla zbrodniczych pomysłów i działań tych, za których modlić się należy, a którzy odrzucają dobro w każdej postaci?
Czekając w napięciu na rozwój wydarzeń
25.11 2020 Magda Ponurkiewicz
Ustawa „futerkowa” i inne problemy.
Przerwa w kontakcie z Państwem wynikająca także z faktu poważnych moich perturbacji zdrowotnych stanowi - mam nadzieję- pewne usprawiedliwienie dla cząstkowych komentarzy dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Dziś trzy sprawy,a każda z nich z innej bajki.
To,co od tygodni wybija się na pierwszy plan,to tzw.ustawa”futerkowa”opracowana dla poprawy dobrostanu zwierząt hodowanych na futra i zwierząt gospodarskich,stała się ona probierzem lojalności dwóch towarzyszących PIS-owi partii,które stanowią koalicję rządzącą.
Awantura na granicy rozpadu rządu chyba nie była nikomu potrzebna szczególnie teraz w czasie narastającej gwałtownie pandemii. Nie rozumiem dlaczego prezes Kaczyński z maniackim uporem dąży do restrykcji wobec przedstawicieli koalicji zarówno w Sejmie jak i w Senacie.
Dla mnie samej dobrostan zwierząt jest sprawą niesłychanie ważną,ale doprowadze- nie do zmniejszenia ilości członków koalicji w tym dążeniu do przyjęcia ustawy wydaje się być działaniem za wszelką cenę i po trupach.
Ziobro jest człowiekiem pamiętliwym i choć ugiął się wobec presji zamazując istotę sporu by zachować mimo wszystko swoje prominentne stanowisko przed utratą którego obroniła go stanowcza postawa członków ugrupowania Solidarna Polska ,to upokorzenie jakie go spotkało odbije się niebawem rykoszetem na współdziałaniu rządu.
„Ziobrzyści”, a jest ich spora grupa to ludzie młodzi,energiczni,konsekwentni w działaniach,znakomici prawnicy o otwartych głowach i woli walki o pryncypia i co tu dużo mówić elita intelektualna młodego pokolenia partii rządzącej. Partia Gowina ucierpiała mniej dotkliwie w sensie ambicjonalnym,bo też jej szef który znów wdrapał się na stołek wicepremiera ani ambicji,ani poczucia przyzwoitości nie posiada,natomiast ujawniają się u niego paskudne tendencje do permanentnej zdrady.
Działa to na nerwy znacznej części wyborców i niestety nie poprawia opinii o rządzie po rekonstrukcji.
Minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski,człowiek który zna swoją cenę zrezygnował ze stanowiska protestując przeciw ustawie o której mowa wyżej,co odbija się czkawką.
Dziś mamy bunt rolników opowiadających się przeciw ustawie i przeciw nowo wybranemu ministrowi rolnictwa,który nie znalazł poklasku i będzie jednym z powodów narastającej zawieruchy. Ruszyły ogólnopolskie protesty,blokowane są drogi a zapowiedź rozszerzania się protestu budzi poważne obawy. Czy o to Jarosławowi chodziło? Zrewoltował społeczność dzięki której udało się partii rządzącej wygrać drugą kadencję i dzięki której Andrzej Duda powtórzył sukces wyborczy dosłownie o włos.
To wszystko co się dzieje budzi moje obawy i nie tylko moje i nie cieszy szczególnie ranga wicepremiera dla Jarosława Kaczyńskiego. Czarnowidze wróżą już skrócenie kadencji i wcześniejsze wybory i trudno dziś nie brać pod uwagę takiego scenariusza.
Sprawa Gertycha i Krauzego,jak i bezkarność jego syna bandziora wskazują dobitnie na katastrofalny stan naszego sądownictwa. Spośród wielu przykładów te dwa szczególnie drastycznie obrazują teraźniejszość.
Dziewięćdziesiąt dwa miliony które zniknęły z kasy spółki deweloperskiej sprawiły że owa spółka doniosła prokuraturze i ABW o zaistniałym procederze. Długotrwałe śledztwo wskazuje na sporą ilość dowodów przeciw obu podejrzanym. Tymczasem Gertych najprawdopodobniej pozorował utratę świadomości w trakcie przeszukania , a zrobił to by uniemożliwić postawienie mu skutecznych zarzutów. Szczwany wytrawny wyga bez odrobiny poczucia przyzwoitości został wypuszczony z aresztu i bryluje w mediach.
Wobec biznesmena Krauzego zastosowano także środki wolnościowe mimo zebranego przez ABW potężnego materiału dowodowego. Dlaczego tak się dzieje? By umożliwić swobodę działania podejrzanym. Sąd stanął znów przeciw prokuraturze i być może dojdzie i do tego że Gertych rozsiądzie się na dobre w luksusowej willi pod Rzymem a PO której jest prominentnym członkiem będzie go bronić do ostatniej kropli krwi mając na uwadze jego koneksje z Tuskiem.
W ramach totalnej obrony podejrzanego PO rozsiewa pogłoski jakoby życiu Gertycha miał zagrażać PiS jako że „bohater narodowy” wyniuchał grubą aferę rządową i to jedyny powód dla którego popadł w podejrzenie. Czy będzie jak zwykle ? Obawiam się że tak,bo dalej jesteśmy państwem z tektury mimo że rząd który budził takie nadzieje sprawuje władzę już w drugiej kadencji.
Sprawa trzecia dotyczy skandalu ekologicznego,który powtórzył się mimo ogromnego wsparcia rządu przy poprzedniej awarii „Czajki”.Trzeba sobie powiedzieć jasno że rząd własnych pieniędzy nie ma i to my wszyscy zapłacimy za błędy skompromitowanego Trzaskowskiego. Dzisiaj gdy mamy powtórkę z rozrywki tzw.ekolodzy nabrali wody w gębę. Milczy także UE,która darłaby pasy z prezydenta Warszawy i jego ekipy gdyby to byli prawicowcy. Dziś w sytuacji bardzo groźnej dla Polaków i gospodarki kalumnie ze strony totalnej opozycji trwają i nic się tutaj nie zmienia. Jesteśmy zapewne jedynym krajem na świecie gdzie opozycja bez względu na zgubne skutki braku porozumienia w sprawie zdrowia i życia ludzkiego będzie toczyć prawdopodobnie zacięty bój do ostatniego oddechu chorych.
Teraz trzeba wcisnąć „gaz do dechy”,bo to nie tylko wojna polsko-polska ale także wojna światowa. Rząd na pewien czas zwolnił tempo w samozachwycie z powodu początkowego wyciszenia się pandemii i dziś zamiast wirus wyprzedzać depczemy mu po piętach. Nie jest łatwo działać w społeczeństwie tak bardzo podzielonym także w sprawie zagrożenia Koronawirusem. Pozostaje nam jak zwykle modlitwa o ochronę do Królowej Polski,a także szukanie wsparcia u dwóch naszych wielkich orędowników :Św.Jana Pawła II,i mającego zostać wyniesionym na ołtarze, kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Módlmy się więc o mądrość i wytrwałość rządu i opamiętanie narodowe z nadzieją,że nie jest za późno.
Nowy Sącz 22.10.2020. Magdalena Ponurkiewicz