piątek, 11 lipca 2014

Anna

Korzystam jeszcze raz z grzeczności urzędniczki i dzwonię do owej Polki, z którą tak miło się rozmawiało, kiedy kilka dni wcześniej zahaczyłam o jej agencję szukając pracy. Tak, to ona — poznaję dźwięczny głos.
Mieszka w New Hyde Park. Rozmawiając ze mną śledzi mapę i wyjaśnia, że to około sześćdziesięciu kilometrów od miejsca, z którego nie mogę się wydostać. Owszem, przyjedzie po mnie za mniej więcej półtorej godziny, bo teraz ma klientów. Pyta, jak wyglądam i prosi, bym się nie ruszała sprzed biurowca.
Zapada mrok. Wreszcie podjeżdża terenowy land rover i sympatyczna blondynka kiwa przyjaźnie ręką. Zabiera mnie do siebie.
- Nie martw się. Jutro będzie nowy dzień, może coś dla ciebie znajdę - powiada. Rzuca się do lodówki, wyciąga stamtąd same wspaniałości. Daje ręcznik, nową szczoteczkę do zębów i własną nocną koszulę. Najedzona i umyta dostaję też pudełko papierosów (kolejny wzruszający przykład bezinteresownej, ludzkiej życzliwości, której w trakcie krótkiego pobytu doświadczyłam już wielokrotnie i doświadczę jeszcze niejeden raz).
- Pamiętaj - mówi Anna - śpisz w przyziemiu i udajesz, że cię tam nie ma, żeby nie wiem, co się działo, mój mąż nie znosi obcych, a kiedy wróci „na gazie” z Nowego Jorku, będzie się awanturował.
Staje się dla mnie jasne, że to głównie Anna w niezbyt sprzyjających warunkach walczy o przetrwanie swojej czteroosobowej rodziny.
Rano budzi mnie rozświergotana i szczęśliwa.
- Mam dla ciebie pracę u Włocha, o trzydzieści minut od mojego domu. Będziesz mogła mnie odwiedzać (wyraźnie przypadłam jej do gustu, a więc sympatia w obie strony). Mocno już speszona, jem wspaniałe śniadanie.
- Nie przejmuj się - śmieje się moja dobrodziejka - jeśli praca będzie ci odpowiadać, dostanę od ciebie jedną tygodniówkę i „wyjdę na swoje”.
Jedziemy do Silvany - córki Włocha. Przepytywanka. Włoszka twierdzi, że jest zachwycona, Anna promienieje.
- Nie przypuszczałam, że tak dzielnie walczysz po angielsku.
Wreszcie usłyszałam coś naprawdę miłego. Zaczynam od zaraz, muszę tylko iść po walizy, a to zajmie cały dzień. Jadę. Zaczyna padać. Straszliwy tłok w subwayu, jak zwykle w godzinach szczytu. Rozmawiam z najbliższą towarzyszką podróży - młodą przystojną Murzynką.
Kiedy wysiadam, leje strumieniami. W tym momencie spostrzegam brak parasola. Tego właśnie było mi trzeba. Wracam na peron pod dach, myśląc z przykrością o kolejnym wydatku. Mijają minuty. Nagle ktoś delikatnie kładzie mi rękę na ramieniu. Odwracam się gwałtownie. Przede mną stoi znajoma Murzynka, promiennie uśmiechnięta i trzyma w ręku mój parasol. Miałam go w torbie i przy przepychaniu się do wyjścia, zaczepił się o guzik jej palta. Drzwi się zamknęły, więc musiała wysiąść na następnym przystanku i oto wróciła z nadzieją, że ulewa zatrzyma mnie na dworcu.
Całuję ją z dubeltówki! Moja radość wynikająca z jej postawy przekracza z nawiązką zadowolenie z odzyskanej zguby. Kiedy przywożę swoje rzeczy, Silvana wsadza mnie w samochód i wiezie do ojca.

środa, 4 czerwca 2014

Kolejna oferta budzi nadzieję, że w mojej pracy wykorzystam kwalifikacje zawodowe i zajmę się afatykiem

Skoro jestem tak głupia jak skonstatowała Zośka i nie potrafię wykorzystać pomyślnych dla mnie wiatrów (jak to wynikało z poprzedniego fragmentu), nie pozostaje mi nic innego jak szukać szczęścia po raz kolejny.

Dzwonię do kolejnej agencji. W słuchawce odzywa się młody, dźwięczny głos. To Polka mieszkająca tu na stałe. Rozmawiamy dość długo, nic dla mnie nie ma, ale namawia, bym była z nią w kontakcie, to z całą pewnością coś znajdzie.
Wreszcie pewnego dnia...

Rodzina z Long Island. Mąż, ojciec po wylewie - afazja. Potrzebna opiekunka. Chcą się ze mną spotkać w niedzielę.
Startuję po raz dziesiąty z dworca centralnego. Stacyjka niewielka, wieje, zimno, w końcu to już listopad. Dzwonię. Automatyczna sekretarka powiada uprzejmie, że państwa nie ma w domu. Ponawiam próbę - to samo. Brakuje mi drobnych. Zaczepiam Amerykankę w średnim wieku, rozmienia moje dolary, próbujemy, znów automat.
Kobieta namawia dwie dziewczyny z samochodem, by mnie podwiozły. To podobno kilkadziesiąt kilometrów. Zgadzają się chętnie. Jadą w tym samym, co i ja kierunku. Niestety po dwudziestu minutach zmieniają zdanie i wysadzają mnie przy stacji benzynowej stojącej na kompletnym pustkowiu. Lodowaty wiatr przeszywa na wylot. Jestem głodna. Włażę do środka. Trzech dryblasów z obsługi przygląda mi się bacznie. Ponawiam próby z telefonem - znów maszyna. Któryś z mężczyzn, chcąc mi pomóc, dzwoni raz po raz, wreszcie o dziwo udaje się. Z jego wyjaśnień wynika, że uzyskiwaliśmy do tej pory połączenie z innym numerem. Teraz wiadomo, że ludzie, o których mi chodzi, nie mają w domu automatycznej sekretarki. Czekają natomiast od przeszło dwóch godzin na znak życia ode mnie. Dzwonili w dodatku dwukrotnie do kuzyna, wprawiając go tym w popłoch, że wpadłam jak kamień w wodę. Tak, czy inaczej, moi potencjalni pracodawcy wsiadają natychmiast w samochód, by odebrać mnie na stacji w ciągu pół godziny. Czekam. Mija jedna godzina, potem druga. Jestem coraz bardziej zmarznięta. Dostaję szklankę wrzącej herbaty, a mój „pomagier” mówi:
- Wracaj do New Yorku. Oni już nie przyjadą. Amerykanie uwielbiają zawracać głowę. Uważają, że odmówić wprost, to brzydko, więc kręcą. Zawiozę cię na stację kolejową.
Jestem u kresu sił, więc korzystam z oferty, ale czuję się nieswojo. Nie znam człowieka i nie mam pojęcia, gdzie jestem. W drodze mężczyzna decyduje, że zawiezie mnie do moich niedoszłych pracodawców, by rozwiać do końca wątpliwości.
Pół godziny pełnym gazem i jesteśmy pod kondominium tonącym w kwiatach. Naciskam dzwonek, uchylają się drzwi zamknięte na łańcuch. Kolorowa dziewczyna wystawia czubek nosa i informuje, że państwo gdzieś wyjechali. Pytam, czy nie mówili, że jadą po opiekunkę? Jest nieprzyjemnie zdziwiona. Ona jest opiekunką, nie składała wymówienia, a państwo są z niej bardzo zadowoleni.
- No, widzisz? To nie trzyma się kupy - konkluduje mój dobroczyńca - jedziemy na dworzec.
Jesteśmy na miejscu. Nowy znajomy nie chce słyszeć o zapłacie, bąka z ponurą miną, że trzeba sobie pomagać. Zacny facet i tyle - myślę wsiadając do pociągu.
Jest zupełnie ciemno. Do mieszkania kuzyna docieram ok. 21.00 (wyjechałam o 6.00). W progu Staszek, nie dopuszczając mnie do głosu, robi awanturę.
- Gdzieś ty się właściwie podziewała!? Kiedy ci ludzie przyjechali na stację benzynową, ciebie już nie było. Spóźnili się, bo złapali dwie gumy. Pognali na dworzec, też już czmychnęłaś. Dzwonili tu pięć razy. Nie dość, że mam pilną robotę, a oni co chwilę zawracają mi głowę, to chce mnie szlag trafić, bo nie wiem, czy ci się coś nie stało! Bardzo im zależy na kontakcie z tobą - dodaje już spokojnie. Jutro musisz jechać do nich do biura (jeszcze dalej niż dziś), kazali ci wziąć z dworca taksówkę.

*

O 6.00 rano w poniedziałek ponowny start.
Wysiadam na wskazanej stacyjce. Na szczęście wiem, co mam robić, bo mój rozmówca z pociągu wyjaśnił mi, że mogę wsiąść tylko do tej taksówki, w której jest komplet pasażerów i każdy płaci swoją część. Jeśli zrobię inaczej, będę wożona w kółko, kierowca natychmiast zorientuje się, że jestem przyjezdna i zapłacę jak za woły.
Ostrzeżona, bez niespodzianek dojeżdżam na miejsce. Czeka cała rodzina: ojciec - mój przyszły podopieczny, jego żona, bardzo elegancko ubrana starsza pani i syn biznesmen, nieskazitelny brunet z kilkoma srebrnymi nitkami we włosach, wypielęgnowanymi rękoma i wspaniałym uzębieniem.
Zaczyna się magiel. Po dwóch godzinach wiedzą o mnie wszystko. Starszy pan na znak aprobaty uśmiecha się i kiwa głową. Mają zamiar zapłacić trzysta dolarów za sześć dni pracy - jeden wolny. Nie jestem zachwycona. Na Queens kawał drogi. Jazda w dwie strony pochłonie lwią część wolnego, a gdzie chwila wytchnienia?
- Wolnym dniem nie będzie ani sobota ani niedziela, tylko czwartek - wyjaśnia młodzian.
- Jak to czwartek? Po co mi wolne w czwartek, wtedy wszyscy pracują. Sakramentalne - I'm sorry - to twój problem.
- Musisz wyjechać o 6.00 rano i wrócić między 22.00, 23.00, bo wcześniej nikogo nie będzie w domu, a kluczy nie dostaniesz.
To już najmniej mi się podoba.
- Kto w środku nocy przyjedzie po mnie na stację? - pruję wątek dociekliwie.
- Weźmiesz taksówkę - wyjaśnia z niezmąconym spokojem „nieskazitelny”.
- Kto będzie płacił za taksówkę?
- Oczywiście ty - wyjaśnia nieco zniecierpliwiony. - Przecież zarobisz tyle, że będzie cię na to stać. Możesz nie korzystać z wolnego dnia (wiem, czym to pachnie, od razu mam przed oczyma Martę).
Zirytowana pytam, czy nie mogli mi o tym wszystkim powiedzieć przez telefon. Żądam zwrotu pieniędzy przynajmniej za taksówkę wziętą na ich wyraźne życzenie.
- Praca ci nie odpowiada? - krzywi się „Cuduś”. - I'm sorry nie jestem ci nic winien.
Wychodzę na zewnątrz. Wszystko się we mnie „telepie”. Głód skręca kiszki. To, co porwałam w biegu z domu, zjadłam jeszcze w pociągu, żadnego sklepu, nie mam gdzie kupić papierosów. Na schodach siedzi pracownica biurowca i pali. Proszę, by mnie poczęstowała. Widząc jak trzęsą mi się ręce, pyta, co się stało. Załamującym się (nie wiem, czy bardziej z furii, czy z rozpaczy) głosem, opowiadam, co i jak i pytam, jak dostać się do stacji kolejowej. Nie wie, jakimi drogami krążą autobusy komunikacji miejskiej. Tu wszyscy jeżdżą samochodami. Przecież nie wrócę piechotą! Do Staszka nie zadzwonię, bo mnie zabije (poza tym nie ma samochodu - jeździ taksówkami). Mam ponadto pełną świadomość faktu, iż przyjechałam tu wyłącznie na własną odpowiedzialność i ryzyko. Wtedy właśnie przychodzi mi do głowy karkołomny pomysł.

czwartek, 29 maja 2014

Urocza właścicielka posiadłości w Great Neck

Piękne okolice Great Neck. I pomyśleć, że mogłam tam zostać na stałe.
Po wyprawie na Monte Cassino wracamy znów za 'wielką wodę'. 

Szukam intensywnie kolejnego zajęcia. Czy uda mi się tym razem? Przecież moje porażki muszą się kiedyś skończyć.

Jestem w podłym nastroju. Zaczynam tracić grunt pod nogami. W dodatku nie mogę dodzwonić się do domu i listów też nie ma. Staszek pociesza mnie, że utknęły po drodze i dostanę dziesięć równocześnie. Stwierdza poza tym, iż nie przypuszczał, że będę tak ofensywna i uparta i tak świetnie będę sobie radzić z poruszaniem się w nowojorskim molochu. Jest wyraźnie ze mnie dumny. Przyznaje, że bał się kłopotów i histerii. Idziemy na kolację. Raki dla poprawy nastroju i oczywiście ostrygi, które uwielbiam. Zalewam robaka. Po sporej ilości wina humor wraca a wraz z nim świadomość, że Staszek chcąc mnie wozić od jednego pracodawcy do drugiego, musiałby zwolnić się z pracy. To, co wydawało mi się w pierwszej chwili brutalne i bezduszne, okazało się po prostu działaniem zgodnym ze zdrowym rozsądkiem. Z kolejnej propozycji w New Rochelle rezygnuję po telefonicznej rozmowie. Wymagania duże a płaca skandaliczna.
Potem Polak - kombatant z Port Jefferson chętnie mnie przyjmie jako opiekunkę do częściowo sparaliżowanej żony. Starszy pan o przemiłym sposobie bycia stawia jeden warunek - prawo jazdy. Mam, ale w Polsce. Radzi, bym to jakoś załatwiła i obiecuje, że będzie czekał tydzień. Przychodzą mi do głowy karkołomne pomysły: może skorzystać z oferty - za 300 dolarów „prawo jazdy w jeden dzień”? Zrobiłam już w tym celu kolorowe zdjęcie w automacie, ale boję się, że znów na tym stracę, to w końcu bardzo podejrzana transakcja. Ostatecznie rezygnuję i właśnie w ten sposób przechodzi koło nosa szansa na być może sympatyczną pracę.
Agencja w Rego Park. Tym razem szefem jest ogromny Arab. Wydusza ode mnie pięćdziesiąt dolarów i nic nie oferuje w zamian. Po trzech dniach zniecierpliwiona i wściekła robię awanturę, domagając się zwrotu pieniędzy. Drągal wykręca się jak może, wywraca kieszenie, pokazuje puste szuflady. Na szczęście druga naiwna wpłaciła na moich oczach gotówkę w tym samym, co ja celu... Pokazuję palcem, gdzie jest ukryta. Rozsierdzony, złorzecząc mi pod nosem, rzuca wreszcie pięćdziesiątką. Wracam dumna z siebie, chociaż uświadamiam sobie poniewczasie, jak niebezpiecznie się zabawiałam.
Już drugi tydzień jestem bez pracy. Pieniądze wyciekają szeroką strugą. Moja kolejna rozmówczyni, z którą prowadzę wstępne, telefoniczne negocjacje, oczekuje mnie w Great Neck. Dama licząca sobie lat osiemdziesiąt przyjeżdża na stację, pięknym, sportowym samochodem. Kierowcę zostawiła w domu, bo pasjami lubi prowadzić. Jedziemy do niezłej rezydencji. Park, ogród, kilkoro kolorowej służby. Rozmowa toczy się wartko. Moja ewentualna chlebodawczyni jest szalenie kontaktowa. W trakcie rozmowy stwierdza, że chciałaby mnie zatrzymać, ale muszę jej obiecać, że zostanę z nią do śmierci, bo nie lubi zmian i przywiązuje się do ludzi. Pozwala sprowadzić kogoś z rodziny, bym nie czuła się samotna. Osoba towarzysząca dostanie dwieście pięćdziesiąt dolarów tak, jak ja za sam fakt obecności i podtrzymywanie mnie w zamiarze pozostania na dłużej.
Mieszkanie, wyżywienie, praca polegająca na byciu damą do towarzystwa przez pięć dni w tygodniu. Starsza pani wyjeżdża rokrocznie na pięć miesięcy do Europy. W czasie jej nieobecności obie osoby otrzymają to samo wynagrodzenie, z prawem podjęcia dodatkowej pracy gdzie indziej, pod warunkiem sumiennego sprawowania pieczy nad służbą i domem. W dodatku szkoła języka angielskiego za płotem. Żyć nie umierać. Jest jednak zawsze jakieś „ale”. Muszę natychmiast wystąpić o papiery imigracyjne i uregulować swój status. Moja chlebodawczyni nie będzie tych poczynań sponsorować.
Cała sprawa jest niewykonalna. Nie zamierzam zostawać na stałe. Nie będę zawracać głowy tej miłej starszej pani, przecież wyjeżdżam za cztery miesiące. Nawiasem mówiąc nie byłoby mnie stać na załatwianie formalności, które mimo pomocy ze strony adwokata mogłyby się ciągnąć latami. Zresztą nie ma o czym mówić, mam inne plany.

Ostatecznie po wspaniałym obiedzie wracam do Staszka, obdarowana sumą pokrywającą przejazd (co zdarzyło mi się po raz pierwszy i ostatni). Niedoszła chlebodawczyni dzwoni jeszcze dwukrotnie z nadzieją, że zmienię zdanie. To niewątpliwie wspaniała propozycja dla kogoś zdecydowanego na emigrację. Tak oto kolejna oferta przechodzi mimo. Po kilku tygodniach nowa znajoma powie mi, że jestem skończoną idiotką. Wierzę jej na słowo. 

niedziela, 18 maja 2014

Z wizytą u generała Andersa



Dziś siedemdziesiąta rocznica bitwy pod Monte Cassino. Uroczystości z nią związane przypomniały mi naszą obecność - moją i męża na cmentarzu wojskowym w 1994 (w roku pięćdziesiątej rocznicy bitwy). Historia ta zawarta jest w drugiej części książki 'Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku', która to część poświęcona jest naszym wspólnym wędrówkom po Europie. Pomyślałam, że właśnie dziś warto oderwać się na chwilę od relacji z 'Eldorado' za 'wielką wodą' i przenieść się do Włoch na wzgórze polskiej chwały. Zdjęcia co prawda, nie są satysfakcjonujące, ale dokumentujące i z tej przyczyny warto je zamieścić. Zapraszam do przeczytania krótkiego rozdziału książki pt. "Z wizytą u generała Andersa".

Na obrzeżu miasteczka, u podnóża masywu Monte Cassino, na niewielkim straganie róże w wiązkach po kilkanaście sztuk, zawsze świeże i bajecznie kolorowe. Wybieramy bladoróżowe. Właściciel straganu dorzuca herbaciane (zapewne wkalkulowane w cenę), ale miło jest usłyszeć przyjazną tyradę: - Polacco, Polacco! To prezent od Włochów dla żołnierzy! Przecież jedziecie na cmentarz, prawda?
Wspinamy się serpentynami na szczyt. Klasztor zamknięty na głucho (pora sjesty). Ruszamy w dół. Naszym oczom ukazuje się dolina otoczona stromo wznoszącymi się, prawie nagimi zboczami. U stóp klasztoru, ustawione amfiteatralnie nagrobki z kremowego kamienia.
Dwa orły o husarskich skrzydłach strzegą tysiąca ośmiuset niewolników wyprowadzonych cudem z „nieludzkiej ziemi”, by mogli dojść aż tu i jako wolni ludzie, złożyć ofiarę krwi, zdobywając klasztor, dla innych nieosiągalny i otworzyć aliantom drogę na Rzym. Teraz odpoczywają, a wraz z nimi ich wybawca i opiekun.
Wzruszeni, w absolutnej ciszy składamy kwiaty. Dalej, miejsce pochówku kolejnego, legendarnego dowódcy - generała Ducha. Ślady obecności rodaków są widoczne na każdym kroku: chorągiewki, wiązanki, znicze.
Kołyszące się na wietrze delikatne maki, przywodzą przed oczy obrazy bitwy z dokumentalnego filmu, w uszach dźwięczą słowa znanej pieśni Feliksa Konarskiego (Ref-Rena). Nagle - cicha rozmowa? To młode, niemieckie małżeństwo z dwojgiem dzieci. Z twarzami ukrytymi w dłoniach odmawiają półgłosem modlitwę. Poruszeni do głębi, wycofujemy się boczną ścieżką, by nie zakłócić chwili nabożnego skupienia.

Nasze kolejne spotkania z sąsiadami zza Odry są naprawdę krzepiące. Najpierw w Rytrze, młodzi Niemcy zapraszają nas w czasie potężnej burzy ubłoconych, brudnych, przemoczonych i zmarzniętych na kość, do swego luksusowego busa ze strzyżonym dywanem na podłodze (oni jedni, chociaż nie wzbudziliśmy zainteresowania ani współczucia polskich kierowców). W Paestum pomagają wybrnąć z opresji kolejni przedstawiciele narodu uznanego wyrokiem historii za odwiecznych wrogów Polski i Polaków. Teraz ci, składają hołd bohaterom i zwycięzcom. Życie jest piękne!


piątek, 9 maja 2014

Moja trzecia przygoda to opieka nad Marią

Pamięta strzępy polskich słów. Mówi do mnie mieszaniną jidysz, angielskiego i polskiego. W Polsce mieszkała jako dziecko.
Umowa wygląda tak: trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, siedmiodniowy tydzień pracy, do czasu aż biedna inwalidka będzie w stanie obyć się bez pomocy osoby drugiej. Czy tak kiedyś będzie?
Po omówieniu warunków pracy, okazuje się, że staruszka w ogóle nie panuje nad fizjologią, cewnik w ciągu ośmiu miesięcy zrobił swoje. Jest bardzo speszona. Ona i Izaak mają poważne obawy, że zrezygnuję. Sytuacja jest niezręczna. Nie wiem zupełnie, co robić. Zanosi się na dziką „orkę”, a z drugiej strony nie chcę być ciężarem Staszkowi, w dodatku wyprowadzka od psychotyczki za sprawą teściów Izaaka to dar niebios. Zostaję.
Jedziemy do pięknej, nowiutkiej garsoniery nad samym morzem, gdzieś w okolicy Rockway Park.
- Nie sprzątasz, nie gotujesz - jedyny obowiązek, to pomoc mamie. Jeśli będziesz dla niej dobra, my będziemy dobrzy dla ciebie - mówi Izaak.
Wstępuje we mnie nadzieja.
Starowinka jest bardzo miła, ale zupełnie bezradna. Złamana noga boli, kręgosłup doskwiera. Widzi, że nie jestem mocarna, wiec dźwiganie jej i przebieranie kilkanaście razy w ciągu doby, to wysiłek ponad moje możliwości.
Jestem w pogotowiu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, w nocy wstaję pięć do sześciu razy. Piekielnie boję się odleżyn. Maria stara się naprawdę sprawiać jak najmniej kłopotu doceniając moją troskliwą opiekę, ale nie ma przecież wyjścia. Jesteśmy zdane wyłącznie na siebie.
Cały dzień idzie pralka i suszarka, w mieszkaniu dziki upał. Woda dosłownie leje się ze mnie przy byle wysiłku. Nie mogę włączyć klimatyzacji, bo staruszce jest po prostu zimno.
W przerwach między zabiegami pielęgnacyjnymi gimnastyka i masaż według wskazówek terapeuty. Trzy razy w tygodniu przyjeżdża karetka i zabiera nas na kilka godzin do przychodni rehabilitacyjnej. Kiedy przed wyjściem usiłuję ubrać Marię, moczy bieliznę i cała zabawa zaczyna się od początku. Na zewnątrz zirytowany czekaniem kierowca karetki popędza mnie klaksonem. Wreszcie wypadam z domu pchając wózek z babcią. Muszę pokonać kilkanaście piekielnie stromych schodów, na które położono drewniany podest. Eksperyment jest dość ryzykowny, zważywszy, że w drodze powrotnej będzie jeszcze gorzej. Czarny kierowca propozycje pomocy z jego strony traktuje jako wysoce obraźliwą. Nie zamierza kiwnąć palcem.


Mam cztery godziny wolnego w czasie, kiedy Maria jest poddawana rehabilitacyjnym torturom. Przemiła czarna rejestratorka jest kontaktową „wściubą”. Robi mi regularne przesłuchanie.

Ubolewam nad brakiem możliwości szlifowania języka (obie moje podopieczne nie nadawały się do tego celu zupełnie). W odpowiedzi na moje narzekania, czarnulka dzwoni gdzieś i po chwili zjawia się mój kolega po fachu i młoda lekarka. Czuję życzliwe zainteresowanie. Uzgadniają, że w miarę wolnego czasu zorganizują dyżury, by umożliwić mi trzy razy w tygodniu czterogodzinne, darmowe konwersacje. Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam w najbardziej optymistycznych marzeniach. Horyzont przede mną rozjaśnia się gwałtownie. Czy ja nie mam szczęścia do ludzi?

 Minęły dwa tygodnie. Walczę z ostrym zapaleniem krtani. Mokra jak mysz wyskoczyłam na dwór gdzie wiało straszliwie i jestem „gotowa”. To potrwa mimo antybiotyku. Krtań to moja pięta Achillesa.. Chora galopuję bez wytchnienia jak koń wyścigowy. Kolejny wyjazd do przychodni rehabilitacyjnej. Czuję się dziwnie.
- Pewnie ciśnienie ci spadło. Dostaniesz kawy - mówi moja kumpelka z rejestracji. Wypijam, ale jest coraz gorzej, czuję gwałtowne tętno, robi mi się słabo.
Jeszcze słyszę głos rejestratorki, która wzywa pilnie lekarza. Mdleję. Wraca przytomność, wącham jakieś sole.
- Masz strasznie wysokie ciśnienie - stwierdza znajoma lekarka.
Dziwne - myślę, przecież jestem niskociśnieniowcem.
Musisz odpocząć! Zrezygnuj! To ultimatum.
Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
Proszę, by powiedziała o tym Ruth i Marii, bo inaczej będą przekonane, że to czcze wykręty.
Kiedy interweniuje telefonicznie, Ruth wpada w szał. Przyjeżdża i robi dantejską scenę w przychodni, że oto stawiam ją w sytuacji bez wyjścia. Żadne argumenty nie trafiają. Maria jest zmartwiona i zawiedziona.
Wracamy do domu. Ledwo ciągnę za sobą nogi, pakuję graty z nadzieją, że zostanę odwieziona. Do pętli kolejki kawał drogi. Przeceniłam jednak Ruth, która ani myśli się fatygować.
- Radź sobie sama! Zrobiłaś mi tęgie świństwo - krzyczy na pożegnanie i zatrzaskuje energicznie drzwi.
Ciągnę dwie walizy po chodniku, około jednego kilometra. Żywego ducha, a o taksówce nie ma co marzyć. Potem dwie przesiadki i czołgam się na piętro do mieszkania Staszka. Na szczęście mam klucz. Co zrobiłabym, nie mając u niego przystani? Padam na łóżko. Wieczorem wraca kuzyn. Myślę, że nie ma powodu do zachwytu. Blokuję przechodni pokój, ograniczając w ten sposób jego swobodę.
- Nie przejmuj się - mówi. Pyta, ile mi zapłacono i stwierdza, że praca w dzień i w nocy przez siedem dni w tygodniu warta jest minimum siedemset dolarów, a poza tym uważa, że powinnam mieć zmienniczkę. Znowu dałam się wpuścić w maliny. Kolejne cztery dni kuruję się intensywnie. Jest mi lepiej. W Polsce trwałoby to znacznie dłużej.









poniedziałek, 5 maja 2014

Gier i zabaw w New Jersey i w 'białym' Bronxie ciąg dalszy. Decyzja o porzuceniu pracy wisi na włosku. Problem w tym jak to zrobić

Mija tydzień. Grubas zabiera nas do New Jersey. Jest zalotny i w ciemnym przejściu szepce mi na ucho my darling. Wpadam w popłoch. Pędzę do pokoju mojej dręczycielki (z nadzieją, że jeszcze śpi). Pokój jest pusty. Za oknem straszliwa ulewa. Patrzę na ulicę i widzę ją, jak dźwiga zapakowaną walizę. Dokąd idzie?
Dostaję polecenie natychmiastowego odszukania podopiecznej. Tym razem Marta jest górą. Może zostać w domu. Dostaję adres, pod który prawdopodobnie dotarła starsza pani. Rzeczywiście jest. To jej stały numer.
Przez czterdzieści minut perswaduję nonsensowny pomysł ucieczki. Wracamy.
Znów Bronx.
Kolejny tydzień moja „właścicielka” rozpoczyna odkryciem, że jestem teraz zupełnie kimś innym. Wślizgnęłam się do domu, by zamordować ją i okraść.
Na wszelki wypadek, żeby uprzedzić domniemany atak, rzuca we mnie filiżanką. Ta przelatuje o włos od mojej głowy i rozpryskuje się na ścianie.
Widać, jak psychoza, co do której nie ma wątpliwości nasila się z każdą godziną. Odmawia przyjmowania leków, nie śpi, straszliwie pobudzona miota się po całym mieszkaniu, wpada co chwilę do mojego pokoju, szuka pod łóżkiem kogoś lub czegoś, wyrywa z kontaktu kabel telewizyjny. Telefonu pilnuje dzień i noc, zresztą niepotrzebnie, po co dzwonić? Przecież wszystko przebiega normalnie. W końcu po to najmuje się niewolnicę, żeby mieć święty spokój. Trwam w rozpaczliwej determinacji do weekendu. Dostaje wypłatę czekiem, a nie jak było ustalone gotówką. Zawożę krwawicę na Queens i pokazuję Staszkowi.
- Czy nie widzisz, że czek jest nieważny?
Nic nie widzę.
- Przecież tu jest data 1989, a mamy szczęśliwie 1990 i to wrzesień, nie bądź idiotką i nie wmawiaj mi przypadkiem, że się pomylili. Mają w końcu sklep, w którym na rachunkach od ponad ośmiu miesięcy wypisują właściwą datę.
Przypomniały mi się zaległości w wypłatach dla Marty. Dzwoni telefon. To drugi kuzyn - zaprasza mnie do Dallas na ostatnie dwa tygodnie pobytu w USA. Wykupił już bilet. Zanosi się na przyjemności i atrakcje, o których przestałam marzyć, jeszcze przed wyjazdem z Polski. Uszczęśliwiona zyskuję nowe siły do walki.
Dzwonię do grubasa, informując, że nie wracam, jeśli nie otrzymam wypłaty gotówką. Przyjeżdżają błyskawicznie, zupełnie niezrażeni zabierają nieszczęsny czek, drą. Ja dostaję pięćset dolarów - zapłatę za dwutygodniową gehennę.
Kolejny tydzień. Staruszka zgubiła dwukrotnie pieniądze. Na szczęście winnego nie trudno znaleźć. To ja. Czuję się coraz mniej bezpiecznie. Jestem bardzo zmęczona, a boję się zasnąć, bo pomysłowość upiora jest niezmierzona.
Sobota - idziemy do synagogi. Starowina znika mi z pola widzenia. Co za ulga...

Obok grupa mężczyzn w jarmułkach. Spoglądają ciekawie w moja stronę. Dwaj podchodzą. Pytają, czy jestem opiekunką starszej pani. Potwierdzam. Kręcą głowami.
- To była taka wspaniała kobieta. Co to choroba robi z człowiekiem. Skąd przyjechałaś? - Pyta jeden.
Na dźwięk nazwy Nowy Sącz podskakuje z radości.
- To moje miasto! Stamtąd wyjechałem w ’38 roku.[...]

Dalej z rozmowy wynika, że jestem w niedobrej sytuacji, bo zięć i córka starszej pani oskarżyli kilka opiekunek o kradzież.
- To niedobrzy ludzie, musimy dla ciebie znaleźć inne zajęcie. Gdyby nie chcieli ci zapłacić to pójdziemy razem, do rabina na skargę.
Jakże jestem wdzięczna memu krajanowi za tę życzliwą troskę! Wzywa swoich ziomków. Po chwili kotłuje się wokół mnie. Jeden proponuje wyjazd na Florydę (opieka nad piątką dzieci jego siostry). Odmawiam. Po prostu boję się, że w razie niewypału nie będę miała za co wrócić. Właśnie wychodzą z synagogi pierwsze kobiety. Indagowane przez byłego sądeczanina proponują opiekę: jedna nad piątką, druga nad czwórką dzieci. Uważam, że spokojna, starsza osoba będzie dla mnie bardziej odpowiednia.
Zgłasza się młode małżeństwo. Oboje piękni, wykształceni, kulturalni. Izaak ma dla mnie propozycję:
- Szukam uczciwego, dobrego człowieka, by zaopiekował się moją mamą.
Matka Izaaka wróciła właśnie ze szpitala, gdzie leżała osiem miesięcy po złamaniu nogi w biodrze. Teraz czeka w domu córki na sensowną opiekunkę.
- Jak mam się rozstać z aktualnym pracodawcą?
- Spakuj w nocy swoje rzeczy i o 6.00 rano wyjdziesz cicho i zatrzaśniesz drzwi, zaraz za rogiem będzie czekał na ciebie samochód teściów Izaaka. Zadzwonimy potem do córki i zawiadomimy o twoim postanowieniu. Nie warto sobie zawracać głowy - uspokaja mnie nowy znajomy.
Robię tak, jak mi poradzono. Nie jest to odejście w najlepszym guście, ale i styl moich pracodawców pozostawia wiele do życzenia. Niewielkie mam skrupuły. Zakończenie całej afery przebiega bez wstrząsów.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku - przygoda pierwsza

[...] łapię za Polski Dziennik i szukam ogłoszeń. [...]

Znalazłam! „Potrzebna opiekunka do starszej kobiety”. Dzwonię. Jakie szczęście, że mam do dyspozycji telefon i to za darmo. Miejsce jest wolne. Zaraz po mnie przyjadą. Wstępuje we mnie nowy duch. Pracowałam kiedyś na neurologii i kontakt ze starymi, chorymi ludźmi miałam naprawdę dobry. Uradowana, zbieram się pospiesznie, za chwilę do drzwi dzwoni mój pierwszy pracodawca. [...]

Wtacza się kolos! Waga ok. 200 kilogramów, za nim mocno wyperfumowana, jaskrawo ruda żona, czyli córka przyszłej podopiecznej. Jedziemy do New Jersey. Grubas przygląda mi się natarczywie we wstecznym lusterku, uśmiecha się i puszcza oko. Nuci znakomitym barytonem znaną melodią, którą zespół z Izraela w czasie Tatrzańskiej Jesieni ’89, podbił serca słuchaczy i utrwalił ją także w mojej pamięci. To Hava Nagila.
- Śpiewaj - woła.
Wtóruję mu, wychodzi wcale nieźle. Grubas milknie, ciągnę skomplikowaną melodię do końca. Potem inna znana melodia i nagle robi się wesoło i sympatycznie.
Podróż skończona - jesteśmy w New Jersey. Grubas jest nie tylko właścicielem ogromnego domu, ale i sklepu ze złotem. [...]


Wyjeżdżamy do Nowego Jorku, zabieramy olbrzymie ilości owoców, jarzyn, koszernego jedzenia i lekarstwa.
Starowina, która sprawia wrażenie cichej i łagodnej wydaje się być zachwycona możliwością powrotu do domu z nową towarzyszką. Zwierza mi się szeptem, że nie przepada za córką, a New Jersey nie znosi.
Wreszcie jesteśmy na miejscu, po chwili zostajemy same. Starsza pani oprowadza mnie po mieszkaniu, jest miła i układna. Dolegają jej jednak mocno zaburzenia pamięci. Pomagam zrobić kolację, wymuszam zażycie ogromnej ilości leków.
Następnego dnia rano, do 9.00 wszystko przebiega normalnie, ale niemal z wybiciem godziny w babcię wstępuje „złe”. Ćwiczy ze mną musztrę: Trzymaj, trzymaj (wrzeszczy jak opętana, podając swoją spódnicę) - wstań! Stój! Teraz siadaj! Nie! Wstań! Chodź tu! Siadaj! Nie ma mowy, by zlekceważyć polecenie. Awanturuje się nieprawdopodobnie. Stan permanentnej agresji trwa do późnego popołudnia.
W międzyczasie wychodzimy do miasta po zakupy, chociaż lodówka po prostu pęka w szwach. Starowina wybiera spośród tuzina torebek tę z popsutym zamkiem i urwanym paskiem. Wlecze ją jak psa na smyczy, uwieszona z całej siły mego ramienia. Idziemy do banku. Snujemy się od okienka do okienka. Moja podopieczna nie pamięta zupełnie procedury pobierania pieniędzy, a prośby o zaniechanie, jak też próby porozumienia się z personelem banku kwituje dantejską sceną.
Babcia nie przyjmuje do wiadomości, że konto zablokowała córka. Wreszcie dyrektor po dwóch godzinach kołowania poleca wypłacenie trzydziestu dolarów. Starsza pani wydaje część gotówki, resztę wsypuje do nadwerężonej torebki. Stamtąd co i raz jakiś pieniążek wypada z brzękiem na chodnik. Nie należy na to zwracać uwagi, a tym bardziej podnosić, bo rzuca się na mnie z wrzaskiem, na całe gardło wymyślając od złodziei i wbija mi w dłoń długie, ostre szpony. Wreszcie te część rozrywek mamy już za sobą. Staruszka nosi klucze na łańcuchu u szyi. W czasie ceremonii otwierania drzwi nie wolno patrzeć w stronę zamka - muszę stać w głębi korytarza odwrócona plecami, babunia nie wie oczywiście, który klucz do której dziurki. Wreszcie jesteśmy w środku. Celebra rozbierania przypomina do znudzenia poranne zabawy. Dokładnie czuję różnice między pracą w oddziale neurologii i aktualną sytuacją.
Próbuję cichaczem dodzwonić się do córki, by dowiedzieć się czegoś, co sama już wiem (szkoda tylko, że tak późno), ale Baba Jaga czuwa, w porę przyciska widełki. Wieczorem odzyskuje (jak gdyby nigdy nic) nastrój życzliwości dla mojej osoby tak dalece, że koniecznie chce spać ze mną w jednym łóżku. W czasie kolejnych dni, jak w zegarku powtarzają się nastroje i sytuacje.
Udaje mi się kiedyś „urwać” na moment ze „spaceru”, w chwili lepszego humoru pogromczyni. Siadam na maleńkim skwerku, łzy ciekną mi po policzkach.

środa, 23 kwietnia 2014

Byłam niewolnicą

Po 'Okruchach pamięci' przychodzi kolej na cykl reportaży, z których część jest pokłosiem mojego sześciomiesięcznego pobytu w Nowym Jorku, a część druga relacją z moich wspólnych z mężem wędrówek po Europie. Zapraszam Państwa do przeczytania urywków książki pt. 'Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku'. Chciałabym Państwa zapewnić, że książka, jak to w reportażu bywa, jest prezentacją zdarzeń wyłącznie prawdziwych. Nie chciałabym jednak, by wrażenie wynikające z czytania urywków było mylne - nigdy moją intencją nie było uogólnianie przeżywanych przeze mnie mało miłych "przygód", wręcz odwrotnie. Negatywne doświadczenia równoważone były z nawiązką spotkaniami z ludźmi, którzy nie tylko wyciągali do mnie ręce, ale ofiarowywali nieznajomej serce i częstokroć opiekę.



Wakacje życia?

Zaczęło się idyllicznie. Kiedy w roku 1990 ciocia zaproponowała mi wyjazd do Teksasu w celach rekreacyjno turystycznych, odniosłam się do tego pomysłu z niedowierzaniem. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Ostatecznie na wszelki wypadek postanowiłam nie tylko się cieszyć, ale i spróbować. A nuż się uda?
Przede wszystkim wiza! W konsulacie kolejka. Zjawiam się w dniu wyznaczonym i oto dwie osoby dostają ją „od ręki”, bez konieczności stawania przed obliczem konsula. Jedną z nich jestem ja!
Oczyma wyobraźni widzę już Dallas, gdzie w okazałym domu z basenem tonącym w gąszczu egzotycznych krzewów mieszka mój kuzyn. Przed nosem patera pełna owoców, suchy klimat leczy moją rwę kulszową, dolegliwość jedną z wielu, jakie w wieku czterdziestu pięciu lat trapią mnie bez miłosierdzia. Teraz tylko bilet! Dopominam się niecierpliwie o termin wyjazdu jakbym chciała szybko uciec od problemów, których życie nie szczędzi. Nagle spada na mnie jak grom wiadomość, że ciocia zmieniła zdanie: Chcesz? -Jedź sama - napisała.
Co mam począć? Wycofać się w pół drogi? A może spróbować zmodyfikować wersję wyjazdu, by nie stracić wizy, którą mam w garści? Czyli nie do Dallas po słońce, ale do Nowego Jorku do roboty?
Tam mieszka inny kuzyn, drugi syn cioci. Obiecuje poczciwie pomoc. Zna właścicielkę agencji zapewniającej prace na czarno. Bez namysłu decyduję: Jadę!
Przecież wiedziałam od razu, że luksusowe wczasy, to nie dla mnie. Rzucona na głęboką wodę szybciej podciągnę się w języku, i co daj Boże podreperuję nadwerężony ostatnio domowy budżet.

*

Jest 4 września 1990 r. Jedziemy z mężem do Balic. Odlot za trzy godziny z perspektywą przesiadki we Frankfurcie. Szybkie pożegnanie przy barierce - byle się nie rozkleić!
Odprawa. Celnicy rozbebeszają walizki zapakowane perfekcyjnie przez Janusza. Ubijam nogą nadmiar betów kipiących z prawa i z lewa, przeciągam walizy w kąt. Siedzę i czekam na odlot, mając nadzieję, że moja druga połowa posłusznie pojechała do domu.
Kiedy wychodzę na płytę lotniska, jest ciemno. Pasażerowie zmierzają w kierunku samolotu. Coś każe mi obejrzeć się za siebie. Na płocie ledwie majacząca postać męża, który macha ręką na pożegnanie. Uświadamiam sobie, jak długo tam stał. Wtedy czuję głuchą pustkę w środku. W głowie kotłują się myśli: Co ja tu właściwie robię? Na moment ogarnia mnie panika i przemożna chęć powrotu do domu. Wbrew sobie szybko wbiegam po schodkach, zajmuję wskazane miejsce w samolocie.


piątek, 4 kwietnia 2014

Ostatni urywek 'Okruchów pamięci' - Pumka

Publikuję z nadzieją, że 'Okruchy życia' (ciąg dalszy 'Okruchów pamięci') uda mi się wydać w 2015

W wężowych skrętach koci ogon wślizgiwał się przez szparę w drzwiach do sąsiedniego pokoju. Każdy jego ruch kontrolowała właścicielka – młoda kotka „dachówa”, przysposobiona przez Adama w niemowlęctwie i wykarmiona pipetą przez Dziutkę i Magdę.
– To żmija wychowana na własnej piersi – żaliła się Dziutka. – Popatrz, Magda, jak dręczy biednego Azora.
Zza drzwi znów rozległ się histeryczny dyszkant stetryczałego kundelka.
– Kiedy Puma uzna, że ogon nie wystarczy, pod drzwi wjedzie upazurzona kocia łapa, tylko po to, żeby usłyszeć następną serię wrzasku. Nie mam już zdrowia! W jednym pokoju kot, w drugim pies, dla nas nie ma miejsca. Z Azorem nie było wyjścia. Bo czy można przełknąć cokolwiek, kiedy pod oknem siedzi jak wyrzut sumienia straszliwa psia nędza?
– Ale Pumka miała podobno w piwnicy matkę – dziką kocicę?
– Podobno. Tak mówili sąsiedzi, ale ja jej nie widziałam.
– Czemu nasza wiedźma zabawia się tak paskudnie?
– „To wszystko z nudów, wysoki sądzie, to wszystko z nudów”. Czy widziałaś wyraz jej oczu, kiedy Azor wrzeszczy tak jakby go obdzierano ze skóry? W Pumich oczach czai się śmiech. (...)


– Wracając do Pumki, myślę, że nie ma wyjścia i będziecie musieli zabrać ją do siebie na XI piętro.
– Dobrze. Porozmawiam z Januszem, ale będą problemy. W oknach trzeba założyć siatkę, bo ta wariatka wyfrunie za pierwszym ptakiem, jakiego dojrzy. Trzeba gdzieś trzymać piasek, a my nie mamy balkonu. Już widzę, jak zołza, na znak protestu, obraca w perzynę nasze śliczne mieszkanie.
– Azora wam nie dam. Jest stary, bardzo do nas przywiązany, byłby w dodatku sam jak palec przez pół dnia, a on bardzo tego nie lubi.



Dwa tygodnie później Dziutka wpadła do córki, by sprawdzić stan po przeprowadzce kocicy.
– I jak?
– Rozwaliła dwa piękne, kryształowe kielichy stojące pod sufitem na regale.
– Fruwała?
– Właśnie. A torbę, w której ją nieśliśmy popruła na strzępy.
– Gdzie jest teraz?
– Zdaje się wlazła do łazienki.
Dziutka wsunęła głowę przez szparę w drzwiach. Na plastykowym specjalnym „nocniku”, nakładanym na muszlę klozetową, kucała Puma z nabożną miną.
– Jak to? – zdumiała się Dziutka – nie ma kuwety?
– Nie ma. W dodatku zlikwidowaliśmy piasek.
– O wykonawcę kociego urynału pytać nie muszę, bo widać w tym rękę mojego zieńciuchny.
– Słyszysz, jak „sprząta”?
Rzeczywiście, kotka wszczęła raban – tłukąc nocnikiem niemiłosiernie, wymuszała na „pańci” uprzątnięcie toalety. Dziutka z dumą obserwowała poczynania ulubienicy.
– Wyjątkowo mądre zwierzątko, ale żeby po czterech latach przesiąść się bez problemu na nocnik bez piasku, to niebywałe!
– Pokazałam jej dwukrotnie, jak to się robi. Nie na darmo karmiliście ją niemal wyłącznie rybką. Nie wątpię, że spuszczanie wody to dla niej pestka, tyle tylko, że konstrukcja nocnika na to nie pozwala. Martwi mnie jedno. Puma to wandal. Rujnuje meble. Janusz zrobił jej w łazience specjalną antresolę, na którą włazi po drabinie. Tam wyładowuje furie, drąc pazurami deski, ale jest jeszcze coś. Uznała mnie za swą konkurentkę do jedynych portek w naszym domu. Stara panna kocha się w Januszu, a mnie usiłuje spacyfikować. Wiedźma z piekła rodem! Musi mieć jakąś ofiarę i wygląda na to, że ją znalazła.
– Charakterek ma rzeczywiście okropny.
Porównywały Pumę z kotką, którą ktoś wyrzucił jako podrostka. Była wyjątkowo łagodna. Plątała się, by wreszcie okocić się w załomku korytarza. To była ta sama kotka, która wpadła do zamkniętej komory zsypowej. Dziutka usłyszała jej lamenty, jadąc windą do dzieci. Janusz kuł ścianę przez kilkadziesiąt minut, a kiedy pokazały się wąsiki i łapki, czuli się tak, jakby wygrali los na loterii.

Pamiętała im to z całą pewnością, bo kiedy została matką, w rozpaczliwej determinacji szukała u Magdy ratunku przed tropiącymi ją nieustannie dziećmi sąsiadów. Przyniosła kocięta pod drzwi i wlepiwszy w nią wzrok zastygła w oczekiwaniu. Magda zabrała całe towarzystwo do mieszkania, ale jedynym wyjściem była modlitwa do św. Franciszka. Pomogła. Po kilku dniach mordęgi z kotami, zjawił się facet, który zabrał całą trójkę do willi z ogrodem. Takie rzeczy nie zdarzają się ot, po prostu.

środa, 2 kwietnia 2014

Znów kwiaty z mojego ogródka.


Żegnam się z Państwem do piątku





Barcicki Korzeczków

Dzisiaj wybieramy się na spacer do wspaniałego jodłowego matecznika i myślę, że warto tam zajrzeć, by zobaczyć jak wyglądał ten cudowny kawałek jodłowej barcickiej 'puszczy', powalonej  niestety przez huragan w latach 60-tych. Przy okazji wpadniemy z Julą i Michałem (młodymi gośćmi barcickiej leśniczówki) do chałupy Maryny, mieszkającej nieopodal Korzeczkowa.

 – Najpierw pokażę ci dziwne źródełko, potem pójdziemy na polany. Zobaczysz, Jula, jak ludzie żyją – rola przewodnika sprawiała Michałowi zawsze olbrzymią przyjemność.
Przeszli przez most, potem równiną – porośniętą sosną i brzózkami – do miejsca, gdzie wąziutka rzeczułka wpada do Popradu. Wreszcie przez prowizoryczną kładkę i w górę – do wspaniałego jodłowego lasu. Nie był to zwyczajny las. Takiego starodrzewu długo by szukać w okolicy.
Wspinali się coraz wyżej, między krzakami malin, brnąc po kolana w poszyciu z czarnych jagód i ostrężyn. Miejsce to często odwiedzały kobiety, zbierając do drewnianych putni maliny, borówki, poziomki i szły później na targ do „Bryjowa”.
Dziś w Korzeczkowie było pusto. Śpiewające ptaki zawieszały głos jedynie na chwilę, by przyjrzeć się dyskretnie intruzom, same – niezauważone – kryły się w gąszczu. Skręcili w prawo i stanęli nad malowniczym urwiskiem. Pionowa skała, zbudowana z piaskowca, pojawiła się nagle pod stopami.
– Trzymaj się mnie, bo spadniesz! – krzyknął Michał.
Skręcili w lewo i po kilku minutach znaleźli się w zupełnie innym świecie. Grząski grunt w niemal czarnym kolorze zasysał buty przy każdym kroku, wydając głośne mlaśnięcia. Wysokie mchy, paprocie i rozłożyste skrzypy mokradlane, wysokie „na człowieka” – wszystko to sprawiało wrażenie, jakby przechodzień cofnął się w czasie o miliony lat.
– Byłem tu kilkakrotnie i za każdym razem wydaje mi się, że na tym właśnie uroczysku trzeba szukać kwiatu paproci w noc świętojańską – szepnął Michał.
– Cóż to za dziwny smrodek? – przerwała romantyczny nastrój Jula.
– Woda źródlana tak cudownie pachnie!
W powietrzu unosił się intensywny zapach siarki.
– Bije za tą jodłą. Popatrz tu.
Dostrzegła niewielkich rozmiarów zaklęśnięcie, pokryte białym nalotem. Na środku dało się zauważyć pulsowanie piasku.
– Tak wygląda, jakby w tym miejscu biło serce źródła.
– Serce lasu – poprawiła Jula.
– No! Chodźmy, chodźmy. Nie ma co marudzić. Buty mamy mokrusieńkie, a uświniliśmy się jak nieboskie stworzenia.
– To może wracajmy?
– Nie! Musisz koniecznie zobaczyć chałupę.
Z oddali dobiegło ich ujadanie psów. Za chwilę byli na polanie. Jej część przeznaczono na kartoflisko okolone płotem, skleconym niechlujnie z konarów, przeplecionych tu i tam wikliną. Tuż pod lasem, zapadnięta w ziemię chatynka z drewnianych bali. Słomiany dach, porośnięty mchem, przykryty był gdzieniegdzie kawałkami zardzewiałej blachy. Okienko zastawione szczelnie rosnącą w puszkach fuksją, drzwi klepkowe tak niskie, że wchodzący mógł znaleźć się wewnątrz zgiąwszy się wpół. Pod ścianą zgromadzono zapas narąbanego na zimę, złożonego misternie bukowego drewna.
Przez maleńki otwór nad drzwiami wyfrunęła jaskółka. Z komina unosił się dym. Dwa chude kundle na łańcuchach zachłystywały się wrzaskiem.
W drzwiach stanęła niemłoda kobieta, wyraźnie zaniepokojona.
– My od leśniczego.
– Aaaa! – jej twarz rozpromieniła się w bezzębnym uśmiechu. – Kcecie mlika?
Złapała garnek i blaszane sitko, do sitka wrzuciła szmatę zdjętą z płotu, przypominającą nigdy nie praną onucę.
– Nie, nie! Dziękujemy, pani Marysiu! Kanapki nam zaszkodziły – zaprotestował przytomnie młody człowiek.
– Na brzuk, to minta. Mom tu w ogródku. Piołun tyż. Dziurawca żem nazbirała.
– Pani Marysiu!?
– Na mnie wołajo Maryna.
– No więc Maryna. Nie boisz się tu sama?
– Mom dwa psy. Złe jak fras!
Psiska gwałtownie szarpały się na łańcuchach, szczekając charkotliwie pokazywały wielkie zębiska i czarne dziąsła.
– Czorno w pysku! – zachichotała Maryna. – A dziki w szkode ido i tak. Kiedysi przysły na źmioki i zwaluły płot, tom je policą po dupie biuła, nic sie nie boły!
– To wy ze dworu – zamyśliła się na moment.
– Nie pamięta mnie Marysia? – zapytał chłopak. – Byłem tu z wujem Adamem. No, leśniczym.
– Nie pamintom. Chebam za niem ślipiała.
– Co robiła? – niecierpliwiła się Jula.
– Ciii! – syknął Michał
– Ej! Leśnicy mi sie udoł – szepnęła Maryna rzewnie. – Wydałabym sie, ale tero nie rycho, bo żyniaty.
– Ano, „żyniaty” – potwierdził chłopak. – Chodźmy Jula, już późno.
– A weźcie troche dziurawca leśnicynie. Niek mo.
– Dziękujemy! Do zobaczenia!
– Powiedz mi zaraz. Co ona bełkotała?
– Mówiła, że leśniczy bardzo się jej podoba i chętnie wyszłaby za niego, ale teraz nie pora bo żonaty.
– Myślisz, że ona naprawdę uważa się za kandydatkę na żonę Adama?
– Jasne! Przecież ma „myszy”.
– Co ma znowu?!

– Ma źle w głowie, ale jest niegroźna i poczciwa. Mieszka sama jak palec i wuj zagląda do niej od czasu do czasu, czy jej czego nie trzeba. Straszna jest samotność na kompletnym pustkowiu. No! Wyciągaj nogi, bo nam Kaśka łby pourywa. Obiad stygnie.