Zima
63. roku była straszna. Śnieg zwalił taki, że tunele w nim
wykopane wysokie były „na chłopa”. Kiedy zawodził pług
śnieżny, stróż przenosił na plecach dzieci pracowników do
autobusu. Lalka, dawno zapomniawszy o czasach niedoli i głodu u
sąsiadki, obdarowała nas z wdzięczności sześciorgiem tłustych
szczeniąt, sprawiając tym samym mikołajowy prezent, jako że
szczęśliwy fakt miał miejsce 6 grudnia. Teraz, w poczuciu dobrze
spełnionego obowiązku, uznała, że szczekającymi w budzie
grubaskami zająć się powinna rodzina. Manifestując beztroskę,
zmuszała Dziutkę do permanentnych interwencji. Ta utykała w
gnieździe wydzierające się szczeniaki, ich mamunia natomiast
roznosiła po wsi ploty. Metodą szeptaną zawiadomiła psią brać,
że u nas zawsze jest pełna micha, ciepły kąt i dobre słowo.
Tak
więc, dzięki długiemu ozorowi Lalki zjawiły się Żółtek i
Reksio. Stołówka, prowadzona dla dziewięciu psów i kilku kotów
pracowała pełną parą i w niepamięć poszły przyrzeczenia, które
składaliśmy sobie po śmierci Fafika, że nigdy więcej żadnych
zwierząt.
Teraz
mieliśmy pewność, że psy u nas były, są i będą.
Reksio
nie protestował przeciwko imieniu, jaki do niego przystało,
natomiast Żółtek wyraźnie nie był kontent. Przejrzeliśmy
kalendarz psich imion – bez skutku. Dopiero po wielu miesiącach
wpadło mi do głowy, że to po prostu Pikuś. Zwierzak rzucił mi
się na szyję, całując z dubeltówki w dowód uznania dla
bystrości umysłu odkrywcy. Minął kolejny rok. Oba psy zadomowiły
się na dobre, obracając ogród w perzynę.
Pewnego
dnia zgłosił się po Pikusia właściciel. Rozpoczął pertraktacje
zza płotu, bo Lalka broniła zawzięcie własnego terytorium.
„Pani!
– zagadnął Dziutkę siedzącą pod kasztanem – Podobnież jest
tu mój pies. Taki rudy ze złamanym ogonem.”
„Istotnie,
jest taki pies. Dawno panu zginął?”
„Bedzie
ze trzy tygodnie.”
„To
nie pański. Mamy go już przynajmniej rok.”
„No,
może bedzie i rok.”
„Dopiero
teraz zauważył pan stratę?” – zirytował ją tupet faceta. „Po
co chce go pan zabrać? Jeść mu pan nie dawał i biedak uciekł,
żeby ratować życie”.
„To
jo bym go wzioł” – kontynuował chłop nie zrażony.
W
tym momencie pojawił się Pikuś. Uśmiechnięty, uprzejmy, w dygach
i prysiudach. Dziutka zbaraniała!
„Niech
go pan zabiera” – wykrztusiła, nie chcąc stać na drodze psiemu
szczęściu. Ale kiedy chłop wyciągnął sznurek, narobiła rabanu.
„Co
to, to nie! Pójdzie z panem dobrowolnie albo wcale. Dawałam mu jeść
wystarczająco długo, żeby mieć prawo do decyzji”.
Otworzyła
psu bramkę, odwoławszy rozszalałą Lalkę i czekała na finał.
Pikuś
odprowadził chłopa do bramy, przeciągnął się, ziewnął,
wreszcie ukłonił szarmancko na pożegnanie i galopem wrócił.
Wtulił mordkę w dłoń swej pańci i stali tak w serdecznej
bliskości, póki Lalka i Reksio nie dały mu do zrozumienia, że
przesada w niczym nie jest dobra.
Fragment po prostu obłędny! Kiedy wyobrażam sobie Lalkę roznoszącą ploty po wsi, to pękam ze śmiechu, niezależnie czy ktoś jest w pobliżu i patrzy na mnie jak na wariatkę, czy nie :) I ten Żółtek - urażony z powodu nadanego mu beznadziejnego imienia, cudo! :) :)
OdpowiedzUsuń