środa, 19 marca 2014

Spotkanie w Życzanowie

Lata powojenne były dla Polski i Polaków okresem niezwykle burzliwym. Dzisiaj, po latach, na szczęście zaczęto intensywnie przywracać pamięć żołnierzy wyklętych - kolejny fragment "Okruchów pamięci". Jula i Michał zostają przypadkowo wciągnięci w historię, która nie była przeznaczona, ani dla ich oczu, ani dla uszu.


 – Rydzów to jest! Ze trzy dni bedzie jak rosną – odpowiedział na pytanie Kuby robotnik leśny z Życzanowa.
– Brycke by nazbiroł w pół dnia. Nikto tamok nie chodzi to i som.
– To jest pomysł! – ucieszył się Michał i pognał do Juli. (O przejażdżkach konnych mogli zapomnieć).
– Wycieczka piesza też frajda – pocieszała się Jula.
– Idziemy przez Wolę, a w Życzanowie pokażę ci kryty most – zdecydował Michał.
Nie wdając się w szczegóły opowiedzieli się Kaśce, że wycieczka całodniowa, porwali w biegu kanapki, mały prymus i menażkę, i już ich nie było.
Minęli most na Popradzie i w chwilę później wspinali się ostrymi serpentynami w stronę przysiółka. Widok na dolinę roztaczał się coraz piękniejszy. Po lewej mieli Makowicę, a gdzieś za Wolą czekał na nich ciemny, głęboki wąwóz, pachnący zbutwiałymi bukowymi liśćmi i grzybnią.
Minęli już zabudowania wioski, gdy na jej końcu natknęli się na starca z długimi, białymi wąsami, pasącego krowy. „Chyba leśnik” – pomyślał chłopak, widząc wyrudziałe, poplamione spodnie ze zgniłozielonego sukna.
– Dokąd to droga prowadzi? – zagadnął ciekawie.
– Do Życzanowa, na rydze.
Stary spojrzał na nich spod oka.
– Do Życzanowa kawał drogi. Nogi was zabolą. Trza było iść w Księży Las.
– Eee! Gdzie tam daleko! Byłem tam przecież.
– A dawno?
– Dawno, dawno! Przed wojną – wyjawiał chętnie szczegóły rad, że ma okazję zademonstrować nie tylko wiek, ale i doświadczenie.
– Kawaler stąd, czy z miasta? – uparcie pruł wątek rozmówca.
– Jesteśmy oboje u cioci na leśniczówce w Barcicach.
– Aaa! W Barcicach! To leśniczy nie mówił, że do Życzanowa chodzić nie trza?
– Nic nie mówił. Nikt nam do lasu chodzić nie zabrania.
– Pewnieście zapomnieli mu powiedzieć. Nie tak było?
Unikając odpowiedzi Michał zagadnął:
– Czemu to akurat tam nie wolno?
– Bo tam... – stary zawiesił głos – ...kłusowniki siedzą.
– Pewnie już na nas czekają! – roześmiała się Jula.
– Żeby ino panienki kto nie postrzelił – odgryzł się stary, popatrując z niepokojem za odchodzącymi.
– Że też gówniarzy zawsze niesie gdzie nie trza! – mamrocząc ruszył za krowami.
Doszli do miejsca, gdzie ścieżka wiodła przez stromy uskok, porośnięty ziołami. Drożyna wiła się, prowadząc w dół. Gdzieś tam na samym dnie szumiał potok. Wilgotny chłód przyprawił Julę o dreszcz.
– Chodźmy tędy, po warstwicy. Nie będziemy pchać się pod gajówkę, bo jeszcze ktoś się przyczepi, jak tamten.
Przebijali się mozolnie przez gąszcz jodłowo-świerkowego młodnika, podszytego w dodatku skłębionymi gałązkami jeżyny. Zmęczeni i podrapani, zobaczyli wreszcie w dole kryty, drewniany most.
– Wiesz, że to unikat? Dziś się takich nie buduje – objaśnił Michał.
– Czemu ten właśnie jest kryty?
– Może dlatego, żeby drewno nie gniło pod wpływem deszczu. Tu nic nie schnie, bo słońce nie zagląda.
Jar wyglądał niesamowicie.
– Wiesz, wyobrażam sobie, że mogłaby tu mieszkać Horpyna. Tu jest po prostu przeraźliwie!
– Może wrócimy? – zapytał chłopak, bo i jemu zrobiło się jakoś nieswojo.
Mówili szeptem, chociaż szum potoku zagłuszyłby prawdopodobnie i głośną rozmowę. Brnęli dalej kompletnym bezdrożem. W pewnej chwili Michał zarejestrował kątem oka jakiś ruch. Jeleń? Może i jeleń. Nie chcąc wystraszyć Juli, zaczął się zastanawiać nad tym, co usłyszał na Woli.
– Rydze potrzebują światła, a my brniemy coraz bardziej w krzaki. Są tu piękne polany, ale trzeba się do nich trochę cofnąć.
– Stój! – usłyszał komendę wydaną półgłosem i poczuł ucisk chłodnego metalu między łopatkami. W tej samej chwili szmata lub chusta spadła mu na oczy. Ktoś potrącił go, przeciskając się obok i za chwilę usłyszał głos Juli:
– Proszę mnie puścić! Nic nie zrobiliśmy! Michaaaał!
– Cicho! Bo wam gęby pozatykam – warknął męski głos.
Posuwali się naprzód, pchani lekko przez nieznanych napastników. Gotowi nas wymordować – myślał ponuro chłopak. – Kłusownik to kłusownik: sumienia za grosz. Że też mnie podkusiło!
W pewnej chwili padła komenda: „Siadać!” Inny głos zaczął przepytywanie:
– Skąd przyszli? Po co? Gdzie mieszkają?
Michał odpowiadał z pewną nadgorliwością, mając nadzieję, że wyjaśnienia uspokoją napastników.
– To u leśniczego w Barcicach mieszkacie?
– Tak. Już mówiłem.
– Jak nazywa się leśniczy? Imię? Imię żony? Dzieci mają? Ile? Kto tam jeszcze mieszka? Wszystko to trzeba sprawdzić, a potem zobaczymy.
– Siedzieć spokojnie, nie ruszać się, mamy was na muszce!
Usłyszeli oddalające się kroki, ale nie śmieli drgnąć. Gorzko żałowali, że znowu wdali się w awanturę, która nie wiadomo czym się skończy. Jula dopiero teraz poczuła, że zmarzła na kość w cienkiej sukience.
– Będzie afera jak się przeziębię! Jeszcze ciotka gotowa napisać do mamy, że mają ze mną same kłopoty.
– Co wam strzeliło do głowy, żeby się tu wlec?! – usłyszeli znienacka znajomy baryton. W tej samej chwili zdarli szmaty z twarzy. Przed nimi stał wujek Adam – w mundurze, ze strzelbą na ramieniu.
– Masz babo placek!
Oboje zerwali się na równe nogi. Juli krew uderzyła do głowy, Michał pobladł z emocji.
– Co wuj tu robi?! – wypalił.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
– Przyszliśmy na grzyby.
– Tu żadnych grzybów nie ma. Zapamiętajcie to sobie!
– A robotnik leśny mówił Kubie...
– Podpuszczał go i tyle! Biegiem do domu! Jula jest sina z zimna. Mam konia na Woli.
Ruszyli truchtem, nie podejmując prób dowiedzenia się czegokolwiek. Michała nurtowała jedna myśl: Co wuj robił w kompanii z kłusownikami? Bo, że znał tych ludzi, to pewne jak amen w pacierzu.

Jula natomiast przypomniała sobie nocne odgłosy na ganku, rannego w kominie i wszelkie niedomówienia w kwestii nieobecności ciotki i wuja. Teraz wiedziała, że przyszło się jej znowu otrzeć o tajemnicę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz