wtorek, 11 marca 2014

Jelonek

W leśniczówce pojawił się Jasiek. Dziutka opowiada Juli co wydarzyło się któregoś wiosennego dnia:

– Czy wiesz, że mieliśmy jelonka? Któregoś wiosennego dnia, zaraz po wojnie, twój wujek otworzył kopniakiem drzwi i wtoczył się do kuchni. W ramionach trzymał owinięte w kurtkę zwierzę. Wyrywało się i wierzgało. Koza? – pomyślałam – Nie! Z tobołka wystawały brązowo-rudawa nóżka z czarnym maleńkim kopytkiem i kształtny łebek o ogromnych oczach.
To był jelonek – głodny, przerażony i zmarznięty.
W czasie kiedy obie z Kaśką przygotowywałyśmy butelkę ze smoczkiem i ciepłe mleko, Adam opowiedział, jak znalazł we wnykach uduszoną łanię. Była zupełnie sztywna. Karmiła, więc małe musiało być gdzieś w pobliżu. Szukał cierpliwie, bo była to dla cielęcia jedyna szansa przetrwania, jeśli jeszcze żył, nie zginął z wycieńczenia, czy nie dopadł go drapieżnik. Wreszcie udało się! Gdy rozchylił wysokie trawy na brzegu polany, zobaczył wpatrujące się w niego ogromne, ciemne oczy. Wrócili razem.
Wiele cierpliwości wymagały próby przekonania malca, że butelka z mlekiem to jest to, czego najbardziej mu trzeba. W końcu udało się. Nazwaliśmy go Jasiek. Biegał po kuchni trącając Kaśkę i mnie wilgotnym, lakierowanym noskiem.
- Widziała Dziutka jakie to rzęsiste? Niejedna dziopa kciałaby mieć takie – szeptała z zachwytem dla oprawy ciemnych oczu wychowanka. Jasiek wyjątkowo przypadł jej do gustu. Nic dziwnego. Asystował jej wszędzie i rósł jak na drożdżach ciągle żądny pieszczot. Mijały miesiące. Wydoroślał i okazało się (co niestety było do przewidzenia), że psy podwórzowe zaczynają go wkurzać, kaczki i indyki także. Sympatyczniej traktował krowy, ale za to byczek doprowadzał go do szewskiej pasji. Obcych witał przy bramie z pochylonym zaczepnie łbem. Z Magdą i Jędrkiem bawił się bez agresji, ale był coraz mocniejszy i jego żartobliwe kuksańce stały się bolesne.
– Nie było wyjścia – wtrącił Adam – trzeba by go było izolować na niewielkiej przestrzeni, a to nie uszczęśliwiłoby go z pewnością, albo zdecydować się na wywiezienie do lasu. Problem był w tym, czy sobie poradzi. Był w doskonałej formie, ale więzi z ludźmi pozbawiły go w znacznej mierze instynktu samozachowawczego. Wiedzieliśmy przecież, że staniemy kiedyś przed takim dylematem. Coś za coś. Uratowałem mu życie. Ofiarowaliśmy szczęśliwe dzieciństwo, ale wszystko ma swoją cenę. W lesie zwierzętom każdego dnia grozi niebezpieczeństwo. Takie są prawa przyrody. Jeśli raz je złamiemy, zbieramy skutki. Po okresie izolacji od nadmiaru rodzinnych uczuć ze strony domowników, wiosną wywieziono Jaśka do lasu. Po pewnym czasie okazało się, że bywa u nas nocą, z krótkimi wizytami. Przyłapałem Kaśkę, jak dożywiała cichaczem swego pupila, zostawiając pod stajnią mleko z wieczornego udoju i jarzyny.
– Prawda Kasiu?
– Iii! Tyle co jo mu daje!
– Nie chodzi o to – ile, ale – że w ogóle! Sprowadzisz na Jaśka nieszczęście. W ten sposób nigdy się nie odzwyczai!
Adam i Dziutka poszli spać. Jula jeszcze plątała się po kuchni. Kaśka popatrzyła w stronę odchodzących i mruknęła:
– Huc mi ta huc!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz