– Czy
wiesz, że mieliśmy jelonka? Któregoś wiosennego dnia, zaraz po
wojnie, twój wujek otworzył kopniakiem drzwi i wtoczył się do
kuchni. W ramionach trzymał owinięte w kurtkę zwierzę. Wyrywało
się i wierzgało. Koza? – pomyślałam – Nie! Z tobołka
wystawały brązowo-rudawa
nóżka
z czarnym maleńkim kopytkiem i kształtny łebek o ogromnych oczach.
To
był jelonek – głodny, przerażony i zmarznięty.
W
czasie kiedy obie z Kaśką przygotowywałyśmy butelkę ze smoczkiem
i ciepłe mleko, Adam opowiedział, jak znalazł we wnykach uduszoną
łanię. Była zupełnie sztywna. Karmiła, więc małe musiało być
gdzieś w pobliżu. Szukał cierpliwie, bo była to dla cielęcia
jedyna szansa przetrwania, jeśli jeszcze żył, nie zginął z
wycieńczenia, czy nie dopadł go drapieżnik. Wreszcie udało się!
Gdy rozchylił wysokie trawy na brzegu polany, zobaczył wpatrujące
się w niego ogromne, ciemne oczy. Wrócili razem.
Wiele
cierpliwości wymagały próby przekonania malca, że butelka z
mlekiem to jest to, czego najbardziej mu trzeba. W końcu udało się.
Nazwaliśmy go Jasiek. Biegał po kuchni trącając Kaśkę i mnie
wilgotnym, lakierowanym noskiem.
-
Widziała Dziutka jakie to rzęsiste? Niejedna dziopa kciałaby mieć
takie –
szeptała z zachwytem dla oprawy ciemnych oczu wychowanka. Jasiek
wyjątkowo przypadł jej do gustu. Nic dziwnego. Asystował jej
wszędzie i rósł jak na drożdżach ciągle żądny pieszczot.
Mijały miesiące. Wydoroślał i okazało się (co niestety było do
przewidzenia), że psy podwórzowe zaczynają go wkurzać, kaczki i
indyki także. Sympatyczniej traktował krowy, ale za to byczek
doprowadzał go do szewskiej pasji. Obcych witał przy bramie z
pochylonym zaczepnie łbem. Z Magdą i Jędrkiem bawił się bez
agresji, ale był coraz mocniejszy i jego żartobliwe kuksańce stały
się bolesne.
–
Nie było wyjścia – wtrącił Adam – trzeba by go było izolować
na niewielkiej przestrzeni, a to nie uszczęśliwiłoby go z
pewnością, albo zdecydować się na wywiezienie do lasu. Problem
był w tym, czy sobie poradzi. Był w doskonałej formie, ale więzi
z ludźmi pozbawiły go w znacznej mierze instynktu
samozachowawczego. Wiedzieliśmy przecież, że staniemy kiedyś
przed takim dylematem. Coś za coś. Uratowałem mu życie.
Ofiarowaliśmy szczęśliwe dzieciństwo, ale wszystko ma swoją
cenę. W lesie zwierzętom każdego dnia grozi niebezpieczeństwo.
Takie są prawa przyrody. Jeśli raz je złamiemy, zbieramy skutki.
Po okresie izolacji od nadmiaru rodzinnych uczuć ze strony
domowników, wiosną wywieziono Jaśka do lasu. Po pewnym czasie
okazało się, że bywa u nas nocą, z krótkimi wizytami.
Przyłapałem Kaśkę, jak dożywiała cichaczem swego pupila,
zostawiając pod stajnią mleko z wieczornego udoju i jarzyny.
–
Prawda Kasiu?
–
Iii! Tyle co jo mu daje!
–
Nie chodzi o to – ile, ale – że w ogóle! Sprowadzisz na Jaśka
nieszczęście. W ten sposób nigdy się nie odzwyczai!
Adam
i Dziutka poszli spać. Jula jeszcze plątała się po kuchni. Kaśka
popatrzyła w stronę odchodzących i mruknęła:
–
Huc mi ta huc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz