Przygody małej Magdy nie zawsze należały do miłych.
–
Juli to śniadanie do łóżka, cy jak?! Co jo inszej roboty ni mom?
Na jaśnie panienke czekać do połdnia z jedzyniem? Pranie mom!
Rzeczywiście,
ogromny baniak z bielizną stał na blasze wypełniony po brzegi.
Po
chwili Kaśka darła się przez całe podwórze:
–
Kuba! Kuuuba! Chojdże! Pranie trza dać na ganek, niek stygnie!
Kaśka
szalała najbardziej wtedy, kiedy “pani” nie było w domu, a
dzisiaj Dziutka pojechała do Piwnicznej.
Magda
z Jurkiem urządzali dzikie gonitwy wokół domu, grzebali kijem w
basenie, lizali sól kamienną dla krów, jednym słowem wychodzili
ze skóry.
–
Cheba w nik złe wstąpiło – gderała gosposia. – Panna mogłaby
dzieci troche popilnuwać, bo niedobre, że strach! Jesce co
wyskórzo.
W
południe Jula usłyszała dziecięcy wrzask dobiegający z drugiej
werandy. W garnku, na gorącej bieliźnie siedziała Magdusia,
trzymając się kurczowo brzegów baniaka. Jerzyk stał jak słup
soli. Jula dopadła dzieciaka, wydarła z garnka i energicznie zdjęła
majtuchy. Pupa była mocno czerwona.
W
tym momencie nadbiegła Kaśka, która, wieszając bieliznę w
ogrodzie, usłyszała krzyk. W sekundę później gnały do kuchni.
Kaśka złapała na ręce wydzierającą się wniebogłosy Magdę i w
biegu wydawała dyspozycje:
–
Jula weźnie miske z kredensu, rozbije kope jaj, a szybko!
Wspólnymi
siłami wtłoczyły tłuściutki, obolały dziecięcy kuper do miski.
Po
chwili nastała błoga cisza, niestety, nie na długo.
–
Mo panna to, czego kciała! – zaczęła perorę gospodyni. – Tak
jest jak się nikto nijakiej roboty nie chyci, ino wszyćko na mojej
głowie!
–
To dziecko się nie uchowo. Jak miała rok, tom jeji sama wrzątek z
mydlinami na główkę wyloła, bo podleciała prościućko pod nogi.
Wolałabym, żeby mi renka uskła... – labidziła nad szkrabem, na
którym jeszcze niedawno wieszała psy.
Rzeczywiście,
na głowie Magdy do dziś widać było blizny po paskudnym oparzeniu.
Tym razem miała więcej szczęścia. “Kuper”, mieniący się
przed chwilą wszystkimi kolorami tęczy, w rezultacie ucierpiał
nieznacznie. Woda w baniaku zdążyła na szczęście nieco
przestygnąć, a nasiadówka na jajach zrobiła swoje.
Dziutka
przestraszyła się nie na żarty usłyszawszy opowieść Kaśki,
która, żeby ją dobić, zaczęła „koronkę”:
–
Pani leśnicyno... (Dziutka wiedziała, że jak Kaśka tak do niej
przemawia, to trzeba siedzieć cicho i ani mru mru)...Pani leśnicyno.
Jo się wybirom iść z tela. To nie na moje nerwy tako robota!
Naskie dziecka dowodzo, tośta jesce obce wyzgarnuwały, co se rapy
psujo albo co inne! Do roboty to ik ni ma! Aha. Pani nauczycielka
przysłała Maśke, ze Jendrek zaś ucik z lekcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz