piątek, 28 marca 2014

'Burza'

Są takie chwile, które pozostają w pamięci na całe życie (ciąg dalszy 'Okruchów pamięci')


Podejście z Gabonia na Prehybę pod starym wyciągiem skróciło Magdzie i Januszowi czas wejścia na szczyt. Pokonanie różnicy wzniesień w ciągu czterdziestu minut dawało szansę na dłuższy odpoczynek na górze i upichcenie obiadu. Najedzeni, zamówili kawę u Jasia, kierownika schroniska, człowieka, którego niezwykła popularność ściągała tu zarówno rzesze sympatyków miejsca, którym zawiadywał, jak i jego osobistych fanów.
Każdy czuł się tu gościem szczególnym, wyróżnianym, któremu gospodarz poświęca więcej niż innym swej życzliwej uwagi.
Zaspokoiwszy pragnienie i ciekawość odnośnie planów wykończenia „Jaśkówki” sąsiadującej ze starym schroniskiem, poddanym gruntownemu remontowi i przebudowie jednocześnie, ruszyli szlakiem w kierunku Rytra.
Pogoda była wspaniała. Czyściutkie niebo nie zapowiadało żadnych niemiłych niespodzianek, jedynie upał dawał się obojgu we znaki.
Nie musieli się spieszyć. Zbierali resztki jagód w gęstych maliniakach, próbowali bez powodzenia wcisnąć się głębiej w nieprzebyty jodłowy gąszcz w poszukiwaniu grzybów.
Nagle rozległ się potężny huk, przechodzący w suchy trzask rozrywanego bukowego pnia, w który właśnie uderzył piorun. Zdumieni spojrzeli w niebo. Nad Złomnistym Wierchem wyłaniało się kowadło burzowej chmury. Waliło teraz raz po raz, coraz bliżej i bliżej. Sytuacja stawała się groźna. Szlak prowadził wąską ścieżką na grzbiecie i nie sposób było z niego zboczyć.
– Wiejmy stąd! Nic tu po nas. Zaraz skręcimy na Wdżary i Kanarkówkę. Na tej żyletce trafi nas jak amen w pacierzu.
– Pioruny walą, a nie pada – sapała Magda, próbując nadążyć za mężem.
– Zaraz lunie, bez obawy! Wtedy będziemy zjeżdżać na tyłku.
W tym momencie piorun uderzył tuż za ich plecami, a drugi dosłownie przed nosem.
– Kładźmy się płasko między krzakami – komenderował Janusz – To jedyny skrawek otwartej przestrzeni w okolicy.
Odrzucili plecak z kocherem i metalowymi elementami uprzęży i przywarli do mchu, chroniąc wzrok przed oślepiającym światłem błyskawic.
Siła wiatru wzrastała z każdą chwilą, drzewa trzeszczały niebezpiecznie. Wtedy usłyszeli szum. Coraz głośniejszy. Runęły na nich ściany lodowatej wody, ochładzając błyskawicznie powietrze. To, co przed chwilą wydawało się uderzającymi boleśnie kroplami deszczu, zamieniło się w gęsto padające gradziny. Dygocąc i dzwoniąc zębami zastanawiali się, co robić. Pozostanie na miejscu groziło zapaleniem płuc, bieg mógł się skończyć katastrofą. Po kilkunastu minutach pierwszy impet nawałnicy osłabł. Ruszyli galopem, ślizgając się na rozmokłej glinie, tonąc po łydki w gwałtownie przybierającym strumieniu wody rwącej w dół leśną ścieżką, pełną kolein i wykrotów.
– Uważaj! Jak skręcisz nogę, jesteśmy załatwieni! Nie biegnij na oślep!
– Dobrze ci mówić. Zmarzłam potwornie! Musimy jak najszybciej dotrzeć do Barcic.
Wydawało się, że galopada nigdy się nie skończy. Wreszcie w dole ukazała się ryterska droga. Wydostali się na nią po kolejnych kilkunastu minutach mordęgi.
– Nie mam siły biec dłużej – jęczała Magda – Achilles mi się odezwał i zdaje się, że odbiłam piętę.
Na sztywnych, dygocących nogach brnęli jezdnią, którą rwał gliniasty potok. Próbowali zatrzymywać jadące samochody, ale, jak można się było spodziewać, nikt się nie kwapił by zgarnąć z pobocza mokrych i ubłoconych jak nieboskie stworzenia, oblewanych od stóp do głów przez rozbryzgi brudnej wody spod kół przejeżdżających samochodów.
„Jeszcze raz spróbuję” – pomyślała Magda, gdy na zakręcie pojawił się bus. Machnęła ręką bez przekonania.
– To Niemcy. Nasi nie chcą pomóc człowiekowi, to tym bardziej ci się nami nie przejmą.
W tym właśnie momencie mikrobus zaczął ostrożnie zwalniać na mokrej jezdni. Otworzyły się tylne drzwi i zobaczyli dwie, serdecznie uśmiechnięte twarze młodych ludzi. Zostali wciągnięci do środka, wprost na strzyżony dywan koloru bordo. Speszeni, zawahali się na moment. Zagarnięci ramieniem, opadli na wyściełaną ławeczkę. Na wykładzinie wokół oklejonych gliną butów rosły w oczach kałuże błota. Kilka przyjacielskich klepnięć było odpowiedzią na podziękowania. Wysiedli na rogu dobrze sobie znanej barcickiej „ulicki” i ruszyli w kierunku domu Ludwiki.
Jerzy z Hanią i dziećmi rzucili się na poszukiwania suchej odzieży, Ludwika szykowała grzańca.
– Jajeśnica? – zapytała krótko.
– Wszystko, co nam dasz. Jesteśmy głodni jak wilki!
– Bedzieta lotać na drugi roz! – komentowała Ludwika.
– Jerzy, odwieź nas do domu. Trochę nam cieplej, ale rozsiadanie się to bezsens. Trzeba wziąć co prędzej gorącą kąpiel z macierzanką i do wyra. Jeśli się przeziębię, to po mnie. Mam straszny tydzień.
– Muszę uruchomić wycieraczki. Coś nawala, a znów pada. Za dziesięć minut jestem gotów – Jerzy w pośpiechu ruszył do drzwi.

– Ciociu, daj mi jeszcze herbaty z malinami. Nie mogę uwierzyć, że udało nam się wyjść z opresji bez szwanku. Tam na górze, kiedy leżeliśmy w krzakach a wokół tłukło straszliwie, przypomniałam sobie opowiadanie kobiety, którą poznaliśmy w zeszłym roku, schodząc z Pisanej do Rytra. Przemiła babina pasła w lecie krowy na hali, nocując w szałasie. Przy trasie trudno o wodę, więc przypięliśmy się do niej z prośbą o wskazanie studni. Poniżej kartofliska biło źródło. Woda krystaliczna. Zaprosiliśmy kobietę na herbatę i skromny obiadek. Wtedy rozgadała się, a jej opowieść była ku przestrodze. Pewnego dnia przechodziło w pobliżu szałasu dwoje studentów. Spieszyli się do pociągu. Pogoda się załamała i nadciągnęła burza. Gospodyni, poczęstowawszy ich gorącą herbatą, namawiała, by zostali na noc. Bez skutku. Prawie biegnąc, dotarli zaledwie na brzeg polany. Tam dosięgnął ich piorun.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz