Podejście z Gabonia na Prehybę pod starym wyciągiem skróciło Magdzie i
Januszowi czas wejścia na szczyt. Pokonanie różnicy wzniesień w
ciągu czterdziestu minut dawało szansę na dłuższy odpoczynek na
górze i upichcenie obiadu. Najedzeni, zamówili kawę u Jasia,
kierownika schroniska, człowieka, którego niezwykła popularność
ściągała tu zarówno rzesze sympatyków miejsca, którym
zawiadywał, jak i jego osobistych fanów.
Każdy
czuł się tu gościem szczególnym, wyróżnianym, któremu
gospodarz poświęca więcej niż innym swej życzliwej uwagi.
Zaspokoiwszy
pragnienie i ciekawość odnośnie planów wykończenia „Jaśkówki”
sąsiadującej ze starym schroniskiem, poddanym gruntownemu remontowi
i przebudowie jednocześnie, ruszyli szlakiem w kierunku Rytra.
Pogoda
była wspaniała. Czyściutkie niebo nie zapowiadało żadnych
niemiłych niespodzianek, jedynie upał dawał się obojgu we znaki.
Nie
musieli się spieszyć. Zbierali resztki jagód w gęstych
maliniakach, próbowali bez powodzenia wcisnąć się głębiej w
nieprzebyty jodłowy gąszcz w poszukiwaniu grzybów.
Nagle
rozległ się potężny huk, przechodzący w suchy trzask rozrywanego
bukowego pnia, w który właśnie uderzył piorun. Zdumieni spojrzeli
w niebo. Nad Złomnistym Wierchem wyłaniało się kowadło burzowej
chmury. Waliło teraz raz po raz, coraz bliżej i bliżej. Sytuacja
stawała się groźna. Szlak prowadził wąską ścieżką na
grzbiecie i nie sposób było z niego zboczyć.
–
Wiejmy stąd! Nic tu
po nas. Zaraz skręcimy na Wdżary i Kanarkówkę. Na tej żyletce
trafi nas jak amen w pacierzu.
–
Pioruny walą, a nie
pada – sapała Magda, próbując nadążyć za mężem.
–
Zaraz lunie, bez
obawy! Wtedy będziemy zjeżdżać na tyłku.
W
tym momencie piorun uderzył tuż za ich plecami, a drugi dosłownie
przed nosem.
–
Kładźmy się
płasko między krzakami – komenderował Janusz – To jedyny
skrawek otwartej przestrzeni w okolicy.
Odrzucili
plecak z kocherem i metalowymi elementami uprzęży i przywarli do
mchu, chroniąc wzrok przed oślepiającym światłem błyskawic.
Siła
wiatru wzrastała z każdą chwilą, drzewa trzeszczały
niebezpiecznie. Wtedy usłyszeli szum. Coraz głośniejszy. Runęły
na nich ściany lodowatej wody, ochładzając błyskawicznie
powietrze. To, co przed chwilą wydawało się uderzającymi boleśnie
kroplami deszczu, zamieniło się w gęsto padające gradziny.
Dygocąc i dzwoniąc zębami zastanawiali się, co robić. Pozostanie
na miejscu groziło zapaleniem płuc, bieg mógł się skończyć
katastrofą. Po kilkunastu minutach pierwszy impet nawałnicy osłabł.
Ruszyli galopem, ślizgając się na rozmokłej glinie, tonąc po
łydki w gwałtownie przybierającym strumieniu wody rwącej w dół
leśną ścieżką, pełną kolein i wykrotów.
–
Uważaj! Jak
skręcisz nogę, jesteśmy załatwieni! Nie biegnij na oślep!
–
Dobrze ci mówić.
Zmarzłam potwornie! Musimy jak najszybciej dotrzeć do Barcic.
Wydawało
się, że galopada nigdy się nie skończy. Wreszcie w dole ukazała
się ryterska droga. Wydostali się na nią po kolejnych kilkunastu
minutach mordęgi.
–
Nie mam siły biec
dłużej – jęczała Magda – Achilles mi się odezwał i zdaje
się, że odbiłam piętę.
Na
sztywnych, dygocących nogach brnęli jezdnią, którą rwał
gliniasty potok. Próbowali zatrzymywać jadące samochody, ale, jak
można się było spodziewać, nikt się nie kwapił by zgarnąć z
pobocza mokrych i ubłoconych jak nieboskie stworzenia, oblewanych od
stóp do głów przez rozbryzgi brudnej wody spod kół
przejeżdżających samochodów.
„Jeszcze
raz spróbuję” – pomyślała Magda, gdy na zakręcie pojawił
się bus. Machnęła ręką bez przekonania.
–
To Niemcy. Nasi nie
chcą pomóc człowiekowi, to tym bardziej ci się nami nie przejmą.
W
tym właśnie momencie mikrobus zaczął ostrożnie zwalniać na
mokrej jezdni. Otworzyły się tylne drzwi i zobaczyli dwie,
serdecznie uśmiechnięte twarze
młodych ludzi. Zostali wciągnięci do środka, wprost na strzyżony
dywan koloru bordo. Speszeni, zawahali się na moment. Zagarnięci
ramieniem, opadli na wyściełaną ławeczkę. Na wykładzinie wokół
oklejonych gliną butów rosły w oczach kałuże błota. Kilka
przyjacielskich klepnięć było odpowiedzią na podziękowania.
Wysiedli na rogu dobrze sobie znanej barcickiej „ulicki” i
ruszyli w kierunku domu Ludwiki.
Jerzy
z Hanią i dziećmi rzucili się na poszukiwania suchej odzieży,
Ludwika szykowała grzańca.
–
Jajeśnica? –
zapytała krótko.
–
Wszystko, co nam
dasz. Jesteśmy głodni jak wilki!
–
Bedzieta lotać na
drugi roz! – komentowała Ludwika.
–
Jerzy, odwieź nas
do domu. Trochę nam cieplej, ale rozsiadanie się to bezsens. Trzeba
wziąć co prędzej gorącą kąpiel z macierzanką i do wyra. Jeśli
się przeziębię, to po mnie. Mam straszny tydzień.
–
Muszę uruchomić
wycieraczki. Coś nawala, a znów pada. Za dziesięć minut jestem
gotów – Jerzy w pośpiechu ruszył do drzwi.
–
Ciociu, daj mi
jeszcze herbaty z malinami. Nie mogę uwierzyć, że udało nam się
wyjść z opresji bez szwanku. Tam na górze, kiedy leżeliśmy w
krzakach a wokół tłukło straszliwie, przypomniałam sobie
opowiadanie kobiety, którą poznaliśmy w zeszłym roku, schodząc z
Pisanej do Rytra. Przemiła babina pasła w lecie krowy na hali,
nocując w szałasie. Przy trasie trudno o wodę, więc przypięliśmy
się do niej z prośbą o wskazanie studni. Poniżej kartofliska biło
źródło. Woda krystaliczna. Zaprosiliśmy kobietę na herbatę i
skromny obiadek. Wtedy rozgadała się, a jej opowieść była ku
przestrodze. Pewnego dnia przechodziło w pobliżu szałasu dwoje
studentów. Spieszyli się do pociągu. Pogoda się załamała i
nadciągnęła burza. Gospodyni, poczęstowawszy ich gorącą
herbatą, namawiała, by zostali na noc. Bez skutku. Prawie biegnąc,
dotarli zaledwie na brzeg polany. Tam dosięgnął ich piorun.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz