piątek, 21 marca 2014

Nocna wizyta

Partyzanci byli w leśniczówce częstymi gośćmi. Znajdowali tu schronienie, a w razie potrzeby opiekę w świetnie nadającym się do tych celów, zakamuflowanym pokoiku, będącym częścią wielkiego komina. Jednak takie wizyty jak ta, były udręką domowników

 Dziutka zerwała się na równe nogi. Obudziło ją ujadanie psów, w chwilę potem łomot drzwi wylatujących z zawiasów.
Wyskoczyła z łóżka w koszuli, zaraz za nią Adam, który dwie godziny wcześniej wrócił z jednej ze swoich nocnych wędrówek.
Byli już w sieni. Trzech uzbrojonych w automaty mężczyzn i typ w skórzanym płaszczu.
– Dokumenty! – huknął.
– To panowie najpierw pokażą dokumenty. Panowie wdarli się do naszego domu – odpaliła Dziutka.
– Panowie i panie dawno wyjechali zaleszczyckom szosom! – prowodyr zarżał w zachwycie nad własną błyskotliwością.
– Milczeć! Pod ścianę! – wrzasnął w sekundę później, uznawszy, że żarty się skończyły.
– Gdzie te bańdziory?! Gdzie ich trzymacie?! – kontynuował.
– Poza nami nie ma tu nikogo – odpowiedziała.
– Zobaczymy, zobaczymy!
Palcem wskazał swym ludziom drzwi. Rozbiegli się po pokojach i za chwilę wyciągali z łóżek pozostałych domowników.
– To kto? – zapytał, wskazując na Adama.
– Mąż.
– Mąż to on pewnie czyjś jest. Zoobaaczyymy.
Adam stał pod ścianą z zaciśniętymi ustami, zastanawiając się nad tym, co „goście” wiedzą.
– No to, gdzie te bańdziory?!
Nie czekając na odpowiedź, puścili serię w sufit i rozpoczęli rewizję. Odłożyli na bok sportowe siodła, lornetkę, służbową broń, roczniki francuskiego pisma ilustrowanego, uznając zdjęcia obrazów i rzeźb światowych mistrzów za pornografię.
– Czy wy wiecie, co to w ogóle jest?! Analfabeci! – sierdziła się Dziutka.
Jeden z osiłków strzelił ją na odlew w twarz.
– Zamknij się ...
W tym momencie Adam oderwał się od ściany.
– Stać! Ręce na kark, bo strzelam! – wrzasnął właściciel skórzanego płaszcza.
Dziutka nie dawała za wygraną:
– Mój brat dowie się o tym natychmiast! Dobrze wiecie, że jest wysokiej rangi lekarzem KBW! Jeśli nie wiecie, tym gorzej dla was! Już on wam... – tu domownicy i goście usłyszeli soczystą wiązankę.
Zofia w osłupieniu słuchała wybuchu córki, ale i intruzi nie spodziewali się takiego słownika w ustach drobnej, delikatnej kobiety.
Nie wiadomo, co ostudziło nieco impet mołojców. Czy groźba interwencji ze strony brata – oficera, czy tyrada gospodyni, dość że przybrali ton bardziej pojednawczy.
– No, no. Nie podskakuj. Jak coś ciekawego znajdziemy, to twój tym razem z kryminału nie wyjdzie. Sam Pan Bóg mu nie pomoże, co dopiero braciszek – odgrażał się prowodyr, znacznie ciszej i jakby łagodniej.
– Podpisz, co zabieramy – podsunął jej świstek na znak, że rewizja skończona.
– Niczego nie podpiszę! To nie są wojskowe siodła, lornetka też nie, broń – służbowa.
– Nie to nie. Żebyś potem nie pyskowała, że coś zginęło.
Wyszli, trzaskając obcasami na pożegnanie.
Babci Zofii, dopiero teraz zrobiło się słabo. Kaśka pobiegła po krople.
– Jezus Maria, Adam! Znowu cię zamkną! Jak wtedy po referendum.
– Jakby to mieli zrobić, już by mnie nie było.
Jula zabrała Magdę do siebie, babcia poczłapała do pokoju. Dziutka z Adamem zamknęli się w kancelarii. Do rana nikt nie zmrużył oka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz