Jak wszystkie zwierzęta mieszkające w leśniczówce, konie także zjawiały się tutaj w sytuacjach dramatycznych.
Kuba
oczyścił go na podwórzu. Leśniczy przejechał białą chustką po
końskim grzbiecie.
–
Udał nam się Rigo? Prawda?
–
Noo! – przyznał ochoczo Kuba.
Adam
zauważył Julę niosącą naręcze bzu.
–
Patrz, jak mu błyszczy sierść. Siadaj na chwilę.
–
Zaraz wujku, tylko wstawię kwiaty do wazonów.
Kiedy
wróciła, Adam opowiedział jej historię konia:
–
Nikt nie wie, jak na barcickiej drodze znalazł się ten piękny
źrebak, o ciemnobrązowym, przechodzącym w czerń umaszczeniu,
nerwowych chrapach, delikatnych pęcinach i ostrym, inteligentnym
spojrzeniu. Przez wieś przewalał się front. Koń gnał na oślep,
zraniony kawałkiem pocisku, wprost na rosyjską ciężarówkę.
Wskoczył na maskę. Rannego i okulałego przyprowadził jakiś
“ruski” o miękkim sercu. Przygarnął go szwagier, wykurował i,
jak widzisz, wyrósł na wspaniałego konia. Używam go pod wierzch,
albo do dwukółki. Jest straszliwie płochliwy. Nie daj Boże,
zobaczy samochód, albo usłyszy strzały – wariuje. Za to w lesie
jest znakomity.
Kasztana
znasz. Przyjechałaś nim ze stacji. Ten biedak miał przygody! Jako
młodziutki koń został partyzantem. Życie spędzał w lesie.
Dobrze służył oddziałowi do czasu, kiedy skręcił nogę. Ktoś
wpadł na pomysł, by oddać go do tartaku w Nawojowej i tak się
stało. Odstał swoje w stajni, wydobrzał – i do roboty!
Trafił
fatalnie. Nie dlatego, że musiał ciężko pracować, ale dlatego,
że furman, któremu go przydzielono, był wyjątkowym draniem. Tłukł
konia niemiłosiernie, karmił byle jak. Kasztan gwałtownie tracił
siły i cierpliwość. Kiedy zwyrodnialec walnął go o jeden raz za
dużo, kopnął go i zabił.
Postanowiono
oddać nieznośnika na mięso. Wypadek odbił się głośnym echem w
okolicy. Któryś z chłopaków z oddziału dał mi znać, prosząc o
ratunek dla nieszczęsnego zwierzęcia. Zdecydowałem się, wiedząc,
że dotarcie do znarowionego konia nie będzie łatwe, jeśli w ogóle
możliwe. Potrzebował długiej rehabilitacji psychicznej i, jak się
okazało, również fizycznej, ale temu biedakowi należała się
szansa.
Pojechaliśmy
z Kubą do Nawojowej dwukółką, zaprzężoną w Riga, co groziło
skręceniem karku. Wyprowadzono zwierzę chwiejące się na nogach.
Obraz nędzy i rozpaczy! O tym, by go zaprząc i wracać, nie było
mowy. Ja do domu wróciłem dwukółką, a Kuba prowadził Kasztana
do Barcic trzy dni, popasając po drodze. Stanął w swoim boksie na
wiele tygodni. Pojawienie się w stajni kogokolwiek, wywoływało
ataki przerażenia. Rżał dziko, walił zadem bez opamiętania. Za
to apetyt miał nieprawdopodobny.
Kiedy
poczuł się fizycznie lepiej, zaczęły się w stajni dziać dziwne
rzeczy. Każdego ranka Kuba znajdował go stojącego luzem, choć
wieczorem był przypięty do żłobu. Zawsze, sobie wiadomym
sposobem, wymotał się z zaczepu. W dodatku w kurzych gniazdach
trudno było znaleźć jajko, krowy ryczały, jakby protestując
przeciw niedostatkom jedzenia. Coś było nie tak. Któregoś
wieczoru Kuba przemyślnie zostawił w stajni zapaloną lampę, a sam
przyczaił się na zewnątrz pod oknem. Niebawem Kasztan spuścił
się sprytnie z łańcuszka i ruszył na poszukiwania. Powyjadał
jajka z gniazd, potem wypił pomyje, które zostawiły krowy, a
wreszcie opróżnił koryta dla świń i spokojnie zabrał się za
owies. Kuba wpadł do domu jak bomba! “Panie leśniczy! Ten
ancykrys jojka wypijo, ino to jesce nie kuniec! Widzioł pon kiedy,
zeby kuń pił krówskie pomyje? Bo jo nie!” Rzeczywiście. Zwróć
uwagę, jak pije koń: Musi mieć czyściutką, świeżą wodę, a o
pomyjach mowy nie ma! Ale Kasztan był partyzantem. Głód, który
niejeden raz musiał zajrzeć w oczy ludziom i zwierzętom, nauczył
go zapobiegliwości. Przez kilka lat walczył przecież o
przetrwanie. Teraz Kuba podsuwał mu tyle jedzenia, ile był w stanie
zjeść, czyli jak mówił “do pęku”.
Świetnie
odżywiony przyzwyczaił się powoli do szczotkowania. Po pewnym
czasie okazał się być koniem wielkiej urody i łagodności. Sama
widzisz.
Jula
zajrzała do stajni, by pogłaskać bohaterów opowiadania.
Zatrzymała się w progu. Zobaczyła Magdę, uwieszoną na szyi
Kasztana – rżał cichutko, prychał delikatnie do ucha i przytulał
piękny łeb do główki dziecka. Po chwili złapał wargami kosmyk
włosów, przypominając o kostce cukru, którą mała podała mu
natychmiast na rozłożonej płasko dłoni.
Zawsze marzyłam o hodowli koni... Chyba już sie nie uda... ale kocham te zwierzęta, przepiękne!!! dzięki Magdusiu za Rigo i Kasztana! Może kiedyś...:)
OdpowiedzUsuńTo ja , Kasia. ale Gabrysia zgadza się ze mną w 100%!
OdpowiedzUsuńMoże kupimy sobie konie? duuuużo! Co Gabrysiu i Kasiu? Tylko kto będzie koło tych ślicznot chodził .Marzyłam tym całe życie kisssssssssssssssssssMP
Usuń