poniedziałek, 24 marca 2014

Nasze Konie

Jak wszystkie zwierzęta mieszkające w leśniczówce, konie także zjawiały się tutaj w sytuacjach dramatycznych.

Kuba oczyścił go na podwórzu. Leśniczy przejechał białą chustką po końskim grzbiecie.
– Udał nam się Rigo? Prawda?
– Noo! – przyznał ochoczo Kuba.
Adam zauważył Julę niosącą naręcze bzu.
– Patrz, jak mu błyszczy sierść. Siadaj na chwilę.
– Zaraz wujku, tylko wstawię kwiaty do wazonów.
Kiedy wróciła, Adam opowiedział jej historię konia:
– Nikt nie wie, jak na barcickiej drodze znalazł się ten piękny źrebak, o ciemnobrązowym, przechodzącym w czerń umaszczeniu, nerwowych chrapach, delikatnych pęcinach i ostrym, inteligentnym spojrzeniu. Przez wieś przewalał się front. Koń gnał na oślep, zraniony kawałkiem pocisku, wprost na rosyjską ciężarówkę. Wskoczył na maskę. Rannego i okulałego przyprowadził jakiś “ruski” o miękkim sercu. Przygarnął go szwagier, wykurował i, jak widzisz, wyrósł na wspaniałego konia. Używam go pod wierzch, albo do dwukółki. Jest straszliwie płochliwy. Nie daj Boże, zobaczy samochód, albo usłyszy strzały – wariuje. Za to w lesie jest znakomity.
Kasztana znasz. Przyjechałaś nim ze stacji. Ten biedak miał przygody! Jako młodziutki koń został partyzantem. Życie spędzał w lesie. Dobrze służył oddziałowi do czasu, kiedy skręcił nogę. Ktoś wpadł na pomysł, by oddać go do tartaku w Nawojowej i tak się stało. Odstał swoje w stajni, wydobrzał – i do roboty!
Trafił fatalnie. Nie dlatego, że musiał ciężko pracować, ale dlatego, że furman, któremu go przydzielono, był wyjątkowym draniem. Tłukł konia niemiłosiernie, karmił byle jak. Kasztan gwałtownie tracił siły i cierpliwość. Kiedy zwyrodnialec walnął go o jeden raz za dużo, kopnął go i zabił.
Postanowiono oddać nieznośnika na mięso. Wypadek odbił się głośnym echem w okolicy. Któryś z chłopaków z oddziału dał mi znać, prosząc o ratunek dla nieszczęsnego zwierzęcia. Zdecydowałem się, wiedząc, że dotarcie do znarowionego konia nie będzie łatwe, jeśli w ogóle możliwe. Potrzebował długiej rehabilitacji psychicznej i, jak się okazało, również fizycznej, ale temu biedakowi należała się szansa.
Pojechaliśmy z Kubą do Nawojowej dwukółką, zaprzężoną w Riga, co groziło skręceniem karku. Wyprowadzono zwierzę chwiejące się na nogach. Obraz nędzy i rozpaczy! O tym, by go zaprząc i wracać, nie było mowy. Ja do domu wróciłem dwukółką, a Kuba prowadził Kasztana do Barcic trzy dni, popasając po drodze. Stanął w swoim boksie na wiele tygodni. Pojawienie się w stajni kogokolwiek, wywoływało ataki przerażenia. Rżał dziko, walił zadem bez opamiętania. Za to apetyt miał nieprawdopodobny.
Kiedy poczuł się fizycznie lepiej, zaczęły się w stajni dziać dziwne rzeczy. Każdego ranka Kuba znajdował go stojącego luzem, choć wieczorem był przypięty do żłobu. Zawsze, sobie wiadomym sposobem, wymotał się z zaczepu. W dodatku w kurzych gniazdach trudno było znaleźć jajko, krowy ryczały, jakby protestując przeciw niedostatkom jedzenia. Coś było nie tak. Któregoś wieczoru Kuba przemyślnie zostawił w stajni zapaloną lampę, a sam przyczaił się na zewnątrz pod oknem. Niebawem Kasztan spuścił się sprytnie z łańcuszka i ruszył na poszukiwania. Powyjadał jajka z gniazd, potem wypił pomyje, które zostawiły krowy, a wreszcie opróżnił koryta dla świń i spokojnie zabrał się za owies. Kuba wpadł do domu jak bomba! “Panie leśniczy! Ten ancykrys jojka wypijo, ino to jesce nie kuniec! Widzioł pon kiedy, zeby kuń pił krówskie pomyje? Bo jo nie!” Rzeczywiście. Zwróć uwagę, jak pije koń: Musi mieć czyściutką, świeżą wodę, a o pomyjach mowy nie ma! Ale Kasztan był partyzantem. Głód, który niejeden raz musiał zajrzeć w oczy ludziom i zwierzętom, nauczył go zapobiegliwości. Przez kilka lat walczył przecież o przetrwanie. Teraz Kuba podsuwał mu tyle jedzenia, ile był w stanie zjeść, czyli jak mówił “do pęku”.
Świetnie odżywiony przyzwyczaił się powoli do szczotkowania. Po pewnym czasie okazał się być koniem wielkiej urody i łagodności. Sama widzisz.

Jula zajrzała do stajni, by pogłaskać bohaterów opowiadania. Zatrzymała się w progu. Zobaczyła Magdę, uwieszoną na szyi Kasztana – rżał cichutko, prychał delikatnie do ucha i przytulał piękny łeb do główki dziecka. Po chwili złapał wargami kosmyk włosów, przypominając o kostce cukru, którą mała podała mu natychmiast na rozłożonej płasko dłoni.

3 komentarze:

  1. Zawsze marzyłam o hodowli koni... Chyba już sie nie uda... ale kocham te zwierzęta, przepiękne!!! dzięki Magdusiu za Rigo i Kasztana! Może kiedyś...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja , Kasia. ale Gabrysia zgadza się ze mną w 100%!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kupimy sobie konie? duuuużo! Co Gabrysiu i Kasiu? Tylko kto będzie koło tych ślicznot chodził .Marzyłam tym całe życie kisssssssssssssssssssMP

      Usuń