środa, 26 marca 2014

Pikuś znajdek (wspomnienia z kielecczyzny, kolejny urywek 'Okruchów pamięci')

Zima 63. roku była straszna. Śnieg zwalił taki, że tunele w nim wykopane wysokie były „na chłopa”. Kiedy zawodził pług śnieżny, stróż przenosił na plecach dzieci pracowników do autobusu. Lalka, dawno zapomniawszy o czasach niedoli i głodu u sąsiadki, obdarowała nas z wdzięczności sześciorgiem tłustych szczeniąt, sprawiając tym samym mikołajowy prezent, jako że szczęśliwy fakt miał miejsce 6 grudnia. Teraz, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, uznała, że szczekającymi w budzie grubaskami zająć się powinna rodzina. Manifestując beztroskę, zmuszała Dziutkę do permanentnych interwencji. Ta utykała w gnieździe wydzierające się szczeniaki, ich mamunia natomiast roznosiła po wsi ploty. Metodą szeptaną zawiadomiła psią brać, że u nas zawsze jest pełna micha, ciepły kąt i dobre słowo.
Tak więc, dzięki długiemu ozorowi Lalki zjawiły się Żółtek i Reksio. Stołówka, prowadzona dla dziewięciu psów i kilku kotów pracowała pełną parą i w niepamięć poszły przyrzeczenia, które składaliśmy sobie po śmierci Fafika, że nigdy więcej żadnych zwierząt.
Teraz mieliśmy pewność, że psy u nas były, są i będą.
Reksio nie protestował przeciwko imieniu, jaki do niego przystało, natomiast Żółtek wyraźnie nie był kontent. Przejrzeliśmy kalendarz psich imion – bez skutku. Dopiero po wielu miesiącach wpadło mi do głowy, że to po prostu Pikuś. Zwierzak rzucił mi się na szyję, całując z dubeltówki w dowód uznania dla bystrości umysłu odkrywcy. Minął kolejny rok. Oba psy zadomowiły się na dobre, obracając ogród w perzynę.
Pewnego dnia zgłosił się po Pikusia właściciel. Rozpoczął pertraktacje zza płotu, bo Lalka broniła zawzięcie własnego terytorium.
„Pani! – zagadnął Dziutkę siedzącą pod kasztanem – Podobnież jest tu mój pies. Taki rudy ze złamanym ogonem.”
„Istotnie, jest taki pies. Dawno panu zginął?”
„Bedzie ze trzy tygodnie.”
„To nie pański. Mamy go już przynajmniej rok.”
„No, może bedzie i rok.”
„Dopiero teraz zauważył pan stratę?” – zirytował ją tupet faceta. „Po co chce go pan zabrać? Jeść mu pan nie dawał i biedak uciekł, żeby ratować życie”.
„To jo bym go wzioł” – kontynuował chłop nie zrażony.
W tym momencie pojawił się Pikuś. Uśmiechnięty, uprzejmy, w dygach i prysiudach. Dziutka zbaraniała!
„Niech go pan zabiera” – wykrztusiła, nie chcąc stać na drodze psiemu szczęściu. Ale kiedy chłop wyciągnął sznurek, narobiła rabanu.
„Co to, to nie! Pójdzie z panem dobrowolnie albo wcale. Dawałam mu jeść wystarczająco długo, żeby mieć prawo do decyzji”.
Otworzyła psu bramkę, odwoławszy rozszalałą Lalkę i czekała na finał.
Pikuś odprowadził chłopa do bramy, przeciągnął się, ziewnął, wreszcie ukłonił szarmancko na pożegnanie i galopem wrócił. Wtulił mordkę w dłoń swej pańci i stali tak w serdecznej bliskości, póki Lalka i Reksio nie dały mu do zrozumienia, że przesada w niczym nie jest dobra.


1 komentarz:

  1. Fragment po prostu obłędny! Kiedy wyobrażam sobie Lalkę roznoszącą ploty po wsi, to pękam ze śmiechu, niezależnie czy ktoś jest w pobliżu i patrzy na mnie jak na wariatkę, czy nie :) I ten Żółtek - urażony z powodu nadanego mu beznadziejnego imienia, cudo! :) :)

    OdpowiedzUsuń