piątek, 7 marca 2014

Marcelek

Przede wszystkim dziękuję zainteresowanym moim startem na blogu i wyrazami sympatii przesłanymi na facebooka.


Kiedy już porzuciłam zamiar kontynuowania dziergotek, zaczęło się cyzelowanie książki „Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku”. Wtedy uświadomiłam sobie, że to historia zaledwie kilku miesięcy życia i należałoby zacząć wszystko od początku. Tak oto w 2001 roku pojawiły się „Okruchy pamięci”, które w 2013 zostały uhonorowane przez Czytelników pierwszym miejscem w konkursie im. Ks. Prof. B. Kumora. Stąd płynie moja cicha nadzieja, że kilka urywków książki, które mam zamiar Państwu zaprezentować nie wydadzą się Czytelnikowi nudne.

W leśniczówce mieszkały na prawach domowników zwierzęta dzikie i domowe.


“Gdzie on może być?” – Jula obeszła pokoje pilnie szukając Jędrka i wreszcie zajrzała do kuchni. Było pusto, ale tylko pozornie. Poczuła na sobie spojrzenie czarnych przenikliwych oczu. Na łóżku Kaśki leżało na wznak jakieś dziwne zwierzę i ssało łapę. Wilgotny, czarny nosek poruszał się nerwowo. “To wydra!” – pomyślała Jula.
Zwierzaczek usiadł w tym momencie zupełnie „po ludzku”, wyjął łapkę z wąsatej mordki i miękkim, wężowym ruchem spłynął z łóżka na podłogę. Jula stanęła jak wryta. Wtedy ruszył w jej stronę na krótkich nóżkach, przyjął postawę „słupka” łapiąc ją znienacka za nogę i zaskrzeczał ostrzegawczo. Jula czuła instynktownie, że nie wolno jej drgnąć. Po chwili wydra nieco zwolniła uścisk, złapała zębami za rękaw swetra i dalejże ciągnąć w stronę łóżka! Wdrapała się na nie pospiesznie, chwytając rękaw coraz niżej, wreszcie dopadła dłoni i przytrzymując ją łapkami, zaczęła z lubością ssać palec. Jula usiadła pokornie.
Odsiecz przyszła niespodziewanie w osobie ciotki.
– Widzę, że już się znacie. To Marcelek – pierwsza osoba w rodzinie. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że nie dokonano wcześniej prezentacji. Nic ci nie zrobił? Bywa, że utnie kogoś obcego.
– Nie. Ale przestraszyłam się nie na żarty. Skąd ją macie?
– Zaraz... Zrobimy sobie herbaty i wszystko ci opowiem – powiedziała Dziutka, wyciągając z szabaśnika czajnik z wrzątkiem.
– Wszystko zaczęło się w Rytrze, w czasie wiosennej powodzi. Poprad zniszczył gniazdo wydry i dwa zupełnie bezradne maleństwa znalazł robotnik tartaczny. Zabrał je do domu, nie mając pojęcia, co z nimi robić. Wyobraź sobie, tenże chłop opowiadał, że pod drzwi domu przez trzy noce przychodziła stara, prosząc o oddanie dzieci. Walczyła bez skutku, pokonując lęk przed człowiekiem, wreszcie zrezygnowała. Wydrzęta umierały z głodu i wtedy ktoś miłosierny doniósł o ich losie Adamowi. Odkupiliśmy dwa wynędzniałe szczurki i zaczęła się walka o życie. Karmione przez smoczek mlekiem z jajami, bardzo wolno odzyskiwały kondycję. Nie spaliśmy wiele nocy, bo nękająca je z byle powodu biegunka sprawiała, że mokre od stóp do głów marzły i darły się wniebogłosy. Trzeba je było prać i suszyć. Kiedy jakoś stanęły na nogi, zaczęły się awantury. Dwaj chłopcy toczyli ze sobą regularne boje i nie należało się spodziewać wygaśnięcia konfliktu. Konieczne było rozdzielenie maluchów. Jeden z braci wylądował u sąsiadów. Niańczony i kochany jak dziecko, przeżył u nich pół roku, gdy przechodzący obok ogrodu pastuch zabił go kamieniem. Nasz Marcelek, cieszy się na szczęście doskonałym zdrowiem. Jest pełen pomysłów i niejednym cię zaskoczy. Opowiem ci kiedyś w wolnej chwili, jakich atrakcji nam dostarczał. Przeżyliśmy chwile grozy, ale i wielkie wzruszenia.
– Mamo! Idę nad Poprad z jastrzębiem – jak zwykle znienacka wpadł do domu Andrzej. – Kto idzie ze mną?
– Zabierz Julę i Marcela, niech się wykąpie.
Szli w stronę Popradu. Jastrząb-gołębiarz niesiony przez Jędrka otwierał dziób i syczał, ponawiając próby ataku. Gołe ręce były świetnym celem. Marcel gnał przodem, zamiatając ogonem, byle jak najprędzej dopaść nurtu. Andrzej postawił ptaka na trawie. Podlatywał niemrawo. Widać było, że daleko mu do dobrej kondycji.
– Za wcześnie ptaszku, za wcześnie – szeptał mu do ucha, przytrzymując zręcznie oba skrzydła. – Przyjdzie na ciebie pora. Cierpliwości.
Marcel szalał. Pływał z prądem i pod prąd, co i raz przewracał się brzuszkiem do góry, patrząc w stronę opiekunów, z nadzieją, że go widzą i podziwiają. Później długo nurkował, a od nozdrzy do czubka ogona ciągnął się za nim sznur baniek powietrza. Dopadł okonia. Rozprawił się z nim błyskawicznie i wtedy dopiero Jula zobaczyła w pełnej krasie jego piękne, duże i ostre jak sztylety zębiska.
Zaczęło się wywlekanie starych butów, puszek i innych skarbów. Marcel układał je starannie tuż przy nogach Jędrka.
– Najwięcej skarbów przynosi mamie, bo uważa moją mamę przede wszystkim za swoją.

 Co to za blizna – spytała babcię Jula po powrocie ze spaceru, widząc pokiereszowaną dłoń.
– To? Już się zagoiło. Jeszcze w Rytrze tak mnie urządził Marcel. Adam po raz pierwszy przyniósł dla niego okonie. Przeraziłam się, że gotów się udławić ośćmi płetwy grzbietowej. Chciałam je poobcinać. Wyciągnęłam rękę w kierunku miski, a ten skoczył jak błyskawica! Wbił mi w dłoń wszystkie zęby. Na wylot. Zemdlałam z bólu. Adam strasznie się wtedy zdenerwował. Nie na Marcelka, ale na mnie.
Mama jak dziecko! Przecież to dzikus! Myślałem, że komu jak komu, ale mamie tego tłumaczyć nie muszę!?
– Zapamiętałam lekcję, a tobie radzę, zrób to samo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz