Przede
wszystkim dziękuję zainteresowanym moim startem na blogu i wyrazami
sympatii przesłanymi na facebooka.
Kiedy
już porzuciłam zamiar kontynuowania dziergotek, zaczęło się
cyzelowanie książki „Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym
Jorku”. Wtedy uświadomiłam sobie, że to historia zaledwie kilku
miesięcy życia i należałoby zacząć wszystko od początku. Tak
oto w 2001 roku pojawiły się „Okruchy pamięci”, które w 2013
zostały uhonorowane przez Czytelników pierwszym miejscem w
konkursie im. Ks. Prof. B. Kumora. Stąd płynie moja cicha nadzieja,
że kilka urywków książki, które mam zamiar Państwu
zaprezentować nie wydadzą się Czytelnikowi nudne.
W leśniczówce mieszkały na prawach domowników zwierzęta dzikie i domowe.
“Gdzie on może być?” – Jula obeszła pokoje pilnie szukając Jędrka i wreszcie zajrzała do kuchni. Było pusto, ale tylko pozornie. Poczuła na sobie spojrzenie czarnych przenikliwych oczu. Na łóżku Kaśki leżało na wznak jakieś dziwne zwierzę i ssało łapę. Wilgotny, czarny nosek poruszał się nerwowo. “To wydra!” – pomyślała Jula.
Zwierzaczek
usiadł w tym momencie zupełnie „po ludzku”, wyjął łapkę z
wąsatej mordki i miękkim, wężowym ruchem spłynął z łóżka na
podłogę. Jula stanęła jak wryta. Wtedy ruszył w jej stronę na
krótkich nóżkach, przyjął postawę „słupka” łapiąc ją
znienacka za nogę i zaskrzeczał ostrzegawczo. Jula czuła
instynktownie, że nie wolno jej drgnąć. Po chwili wydra nieco
zwolniła uścisk, złapała zębami za rękaw swetra i dalejże
ciągnąć w stronę łóżka! Wdrapała się na nie pospiesznie,
chwytając rękaw coraz niżej, wreszcie dopadła dłoni i
przytrzymując ją łapkami, zaczęła z lubością ssać palec. Jula
usiadła pokornie.
Odsiecz
przyszła niespodziewanie w osobie ciotki.
–
Widzę, że już się znacie. To Marcelek – pierwsza osoba w
rodzinie. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że nie dokonano
wcześniej prezentacji. Nic ci nie zrobił? Bywa, że utnie kogoś
obcego.
–
Nie. Ale przestraszyłam się nie na żarty. Skąd ją macie?
–
Zaraz... Zrobimy sobie herbaty i wszystko ci opowiem – powiedziała
Dziutka, wyciągając z szabaśnika czajnik z wrzątkiem.
–
Wszystko zaczęło się w Rytrze, w czasie wiosennej powodzi. Poprad
zniszczył gniazdo wydry i dwa zupełnie bezradne maleństwa znalazł
robotnik tartaczny. Zabrał je do domu, nie mając pojęcia, co z
nimi robić. Wyobraź sobie, tenże chłop opowiadał, że pod drzwi
domu przez trzy noce przychodziła stara, prosząc o oddanie dzieci.
Walczyła bez skutku, pokonując lęk przed człowiekiem, wreszcie
zrezygnowała. Wydrzęta umierały z głodu i wtedy ktoś miłosierny
doniósł o ich losie Adamowi. Odkupiliśmy dwa wynędzniałe
szczurki i zaczęła się walka o życie. Karmione przez smoczek
mlekiem z jajami, bardzo wolno odzyskiwały kondycję. Nie spaliśmy
wiele nocy, bo nękająca je z byle powodu biegunka sprawiała, że
mokre od stóp do głów marzły i darły się wniebogłosy. Trzeba
je było prać i suszyć. Kiedy jakoś stanęły na nogi, zaczęły
się awantury. Dwaj chłopcy toczyli ze sobą regularne boje i nie
należało się spodziewać wygaśnięcia konfliktu. Konieczne było
rozdzielenie maluchów. Jeden z braci wylądował u sąsiadów.
Niańczony i kochany jak dziecko, przeżył u nich pół roku, gdy
przechodzący obok ogrodu pastuch zabił go kamieniem. Nasz Marcelek,
cieszy się na szczęście doskonałym zdrowiem. Jest pełen pomysłów
i niejednym cię zaskoczy. Opowiem ci kiedyś w wolnej chwili, jakich
atrakcji nam dostarczał. Przeżyliśmy chwile grozy, ale i wielkie
wzruszenia.
–
Mamo! Idę nad Poprad z jastrzębiem – jak zwykle znienacka wpadł
do domu Andrzej. – Kto idzie ze mną?
–
Zabierz Julę i Marcela, niech się wykąpie.
Szli
w stronę Popradu. Jastrząb-gołębiarz niesiony przez Jędrka
otwierał dziób i syczał, ponawiając próby ataku. Gołe ręce
były świetnym celem. Marcel gnał przodem, zamiatając ogonem, byle
jak najprędzej dopaść nurtu. Andrzej postawił ptaka na trawie.
Podlatywał niemrawo. Widać było, że daleko mu do dobrej kondycji.
–
Za wcześnie ptaszku, za wcześnie – szeptał mu do ucha,
przytrzymując zręcznie oba skrzydła. – Przyjdzie na ciebie pora.
Cierpliwości.
Marcel
szalał. Pływał z prądem i pod prąd, co i raz przewracał się
brzuszkiem do góry, patrząc w stronę opiekunów, z nadzieją, że
go widzą i podziwiają. Później długo nurkował, a od nozdrzy do
czubka ogona ciągnął się za nim sznur baniek powietrza. Dopadł
okonia. Rozprawił się z nim błyskawicznie i wtedy dopiero Jula
zobaczyła w pełnej krasie jego piękne, duże i ostre jak sztylety
zębiska.
Zaczęło
się wywlekanie starych butów, puszek i innych skarbów. Marcel
układał je starannie tuż przy nogach Jędrka.
–
Najwięcej skarbów przynosi mamie, bo uważa moją mamę przede
wszystkim za swoją.
Co to za blizna – spytała babcię Jula po powrocie ze spaceru,
widząc pokiereszowaną dłoń.
–
To? Już się zagoiło. Jeszcze w Rytrze tak mnie urządził Marcel.
Adam po raz pierwszy przyniósł dla niego okonie. Przeraziłam się,
że gotów się udławić ośćmi płetwy grzbietowej. Chciałam je
poobcinać. Wyciągnęłam rękę w kierunku miski, a ten skoczył
jak błyskawica! Wbił mi w dłoń wszystkie zęby. Na wylot.
Zemdlałam z bólu. Adam strasznie się wtedy zdenerwował. Nie na
Marcelka, ale na mnie.
Mama
jak dziecko! Przecież to dzikus! Myślałem, że komu jak komu, ale
mamie tego tłumaczyć nie muszę!?
–
Zapamiętałam lekcję, a tobie radzę, zrób to samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz