czwartek, 18 stycznia 2018

Artykuł nr 9 - Istvan Elek

Zawarty w październikowym numerze tekst o wymownym tytule „Bratanki”, autorstwa pana Zenona Tabora, jest nie tylko cennym materiałem historycznym w sensie obiektywnym, ale stanowi lekturę szczególnie interesującą Marcinkowiczan, ze względu na wkład tej społeczności w pomoc niesioną Węgrom po tragedii Powstania Węgierskiego 1956 roku. (Niestety kolejny, zapowiadany, jeszcze do mnie nie dotarł).
Artykuł sprowokował mnie do skreślenia kilku zdań, które będą przyczynkiem  do owej historycznej kanwy.
Będą to wynurzenia bardziej osobiste ale myślę, że warto się o nie pokusić.
Punktem wyjścia jest oczywiście sprawa opieki Marcinkowiczan nad grupą węgierskich dzieci - ofiar tragicznego powstania, gdzie na czoło wybijają się postaci Władysława Krupy, który w Muszynie przejął w listopadzie 1956 transport dzieci w bydlęcym wagonie, by przekazać je do Marcinkowic pod opiekę swym krajanom. Pojawiają się: śp.Proboszcz Jan Góra i rodzina Państwa Mrozów, ale i wielu innych.
Moje zainteresowanie tą sprawą wynikało z planów napisania książki „Tajemnica węgierskiego manuskryptu”, która ukazała się w 2013 roku, co wiązało się z koniecznością wcześniejszego zebrania dokumentacji. Myślę z prawdziwą przyjemnością o dniu, w którym zjawiliśmy się wraz z mężem w Plebanii Marcinkowice, by odbyć rozmowę z ks.Proboszczem Józefem Babiczem i wypożyczyć Kronikę Parafialną, w której zawarte zostały archiwalne zdjęcia dzieci i ich opiekunów oraz zrobić zdjęcia pamiątkowej, dwujęzycznej tablicy  wmurowanej w Kościele Parafialnym, dokumentującej wdzięczność Węgrów dla marcinkowickiej społeczności. Naszych kontaktów z  ks. Proboszczem czas nie tylko nie rozluźnił, ale trwają one do dziś i jesteśmy za nie niebywale wdzięczni. A teraz do rzeczy.

Moje zainteresowania historią przyjaźni polsko-węgierskiej mają nie tylko swe źródło w  węgierskich korzeniach sprzed wieków, ale  jego przyczyną jest przecież pamięć dramatu 1956 i wielkiego zrywu Polaków na rzecz pomocy nieszczęsnym ofiarom tragedii. Wiem, że nie wszyscy mają świadomość faktów, a te były takie, że  powstańcy którzy na znak solidarności z Polską i jej wolnościowymi dążeniami zostali masowo wymordowani przez Armię Czerwoną, która wkroczyła do Budapesztu. Zbrodniczy rząd Kadara dopełnił dzieła spustoszenia. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało aresztowanych i internowanych, stracono ok 200 osób, a ostatnie wyroki śmierci były wykonywane jeszcze w 1963 roku!  Kary odsiadywano do 1970 roku a 200 000  ludzi musiało opuścić swą ojczyznę.
Chociaż byłam dzieckiem, rozumiałam co znaczą nawoływania Sądeczan do masowego oddawania krwi, zbierania materiałów opatrunkowych i pieniędzy,  jako że w te akcje na miarę możliwości zaangażowana była i moja rodzina.
Była to znakomita okazja okazania wdzięczności i solidarności Bratankom za ich postawę względem naszego narodu w czasie II wojny światowej i okupacji tak niemieckiej jak sowieckiej, które miały jeden cel - wyniszczenie totalne polskiego narodu. Nie chcę się zbyt mocno wdawać w dywagacje historyczne, ale można sobie wyobrazić co czuli żołnierze X Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej pułkownika Maczka przekraczając wraz ze 100 tysiącami cywilów Przełęcz Tatarską, na której widniał napis „WITAMY BRACI POLAKÓW”, potem „obozy”  dla uchodźców, de facto w znacznej mierze prywatne kwatery dla rodzin i pojedynczych osób, gdzie dzieci miały możność kształcenia się na wysokim poziomie w osławionej szkole polskiej w Balaton Boglar. To stąd wyruszali przedstawiciele polskiej rozbitej armii na zachód, by zaciągać się pod skrzydła sojuszników. Wszystko  to pławiło się w serdecznej rodzinnej atmosferze, a nie można przecież zapomnieć że oficjalnie Węgry tworzyły z hitlerowskimi Niemcami koalicję i z czasem gdy kurs wobec ludności węgierskiej został zaostrzony, płacili niemałą cenę za swój stosunek do Polaków, łącznie z ofiarą życia, czego nam NIGDY ZAPOMNIEĆ NIE WOLNO!
Dość długa dygresja ma nakreślić tło dla postaci Istwana Eleka, Człowieka, który stał się Polakiem z wyboru i pozostał w Polsce do dziś, a w sierpniu 2017 ukończył 100 lat!
Potrzebowałam wsparcia rodowitych Węgrów by dać mej książce szansę na wiarygodność.
Zwróciłam się do byłego ambasadora węgierskiego w Polsce- Akosa Engelmayera  z prośbą o pomoc. To jemu zawdzięczam doskonałą geograficzno-historyczno-etnograficzną korektę książki, ale i skierowanie do Istvana Eleka zamieszkującego od 1945 roku w Gdańsku i tak właśnie zaczęły się niezwykle przyjazne kontakty  z tym wielkim Człowiekiem, wielkim węgierskim patriotą, który  swej drugiej ojczyźnie - Polsce i Polakom poświęcił młodość, ryzykując życie i pozostał wierny do końca, żeniąc się w dodatku z Polką.
Istvan Elek związany ze szkołą w Balaton Boglar jako prowadzący zajęcia sportowe, zaprzyjaźnił się z Polakami zamieszkującymi w osadzie, jak mi mówi, ze wzruszeniem słuchał polskich kolęd i pieśni „Boże coś Polskę...” śpiewanej przez wygnańców w polskim kościółku.
Kiedy został wcielony do do armii, czyli do Huzarów Węgierskich, jak wspominałam, stał się chcąc nie chcąc żołnierzem koalicji idącej ręka w rekę z Hitlerowskimi Niemcami i znalazł się na obrzeżach płonącej w czasie powstania Warszawy. Broniąc się przed udziałem w jego pacyfikacji, uciekł wraz z kilkoma kolegami – oficerami, dotarłszy do kontaktów z AK, ruszył na pomoc mordowanej ludności cywilnej Warszawy
Udało się uratować ok. 1500 osób! Jako uciekinier nie ewakuował się z własną armią i został w Polsce. Schwytany w 1945 roku przez sowietów, w trakcie wywózki w głąb Rosji uciekł z transportu w pobliżu Królewca i rybacką łodzią przedostał się przez Bałtyk do Gdańska. Ożenił się i został głównym specjalistą do spraw zieleni w tym mieście. Kiedy go poznaliśmy, najpierw korespondencyjnie i telefonicznie opowiedział mi wiele ciekawych historii. Był tłumaczem z węgierskiego na polski i odwrotnie. Napisał nie tylko recenzję o książce, ale też ostatni do niej rozdział, który moją książkę nobilituje i opowiada dzieje jego samego, ale i historie Huzarów na polskich kresach i ich przyjaznych kontaktach z miejscową ludnością. Jak mi się zwierzył był to jedyny przypadek całościowego opublikowania jego wspomnień do 2013 roku Jak to wygląda dziś, nie wiem.  Przyjazne kontakty zacieśniły się jeszcze mocniej, gdy spotykaliśmy się w Gdańsku po kilku latach. Nie udało  się nam spotkać z nim po raz wtóry w 2017 roku w czasie pobytu w Gdańsku gdzie zaplanowaliśmy 2 tygodniowy pobyt, by dać sobie kolejną szansę na spotkanie. Ogromnie żałuję, że ów kontakt nie doszedł do skutku z powodu chwilowej, jak się dziś wydaje, niedyspozycji zdrowotnej Istvana. Także kolejny kontakt, już telefoniczny nie doszedł do skutku. Żałuję tego tym bardziej, że Istvan uważał nas za swych przyjaciół. 
Jestem przekonana, że  dlatego przyszedł mi do głowy pomysł napisania „Tajemnicy węgierskiego manuskryptu,” bym miała  szansę poznania tego wielkiego Człowieka, którego przyjaźń napawa nas dumą.
Istvanie! Życzymy Ci wielu lat w doskonałym zdrowiu! Cieszymy się bardzo z licznych polskich odznaczeń, które tak bardzo Ci się należą. Nasza radość z przywróconego Ci tak późno obywatelstwa węgierskiego, które jest wreszcie obywatelstwem honorowym, nie ma granic!

Nowy Sącz jest zbyt oddalony od Gdańska, więc nie spodziewamy się kolejnego wyjazdu, bo my oboje już nie młodzi, ale... nigdy nie należy mówić ”nigdy”.

14.01. 2018. Nowy Sącz
Magdalena Ponurkiewicz

PS: Oto  okazuje się, że  warto mieć iskierkę nadziei. Na mój list odpowiedziała Pani dyrektor Ośrodka. Zapowiedziała kontakt telefoniczny z Istvanem na sobotę  20 stycznia. Czekamy z niecierpliwością i nadzieją. Sadzę, że to nie jest koniec mojej opowieści 

MP


19.01 2018  Nowy Sącz


2 komentarze:

  1. Życzę takich spotkań i rozmów z tym zacnym człowiekiem jeszcze nie jeden raz. Pani Magdaleno, proszę przyjąć słowa wielkiego uznania za podjęcie tego ciekawego tematu z historii przyjaźni pomiędzy Polakami i Węgrami. Wielu mieszkańców Małopolski nie zna tego wątku o którym pisze Pani w swojej książce "Tajemnica węgierskiego manuskryptu", a rzecz jest bardzo interesująca. Dziękujemy za tą opowieść i tę książkę. Wacław Jagielski

    OdpowiedzUsuń