Zawarty w
październikowym numerze tekst o wymownym tytule „Bratanki”, autorstwa pana
Zenona Tabora, jest nie tylko cennym materiałem historycznym w sensie
obiektywnym, ale stanowi lekturę szczególnie interesującą Marcinkowiczan, ze
względu na wkład tej społeczności w pomoc niesioną Węgrom po tragedii Powstania
Węgierskiego 1956 roku. (Niestety
kolejny, zapowiadany, jeszcze do mnie nie dotarł).
Artykuł sprowokował
mnie do skreślenia kilku zdań, które
będą przyczynkiem do owej historycznej
kanwy.
Będą to wynurzenia bardziej osobiste ale myślę, że warto się
o nie pokusić.
Punktem wyjścia jest oczywiście sprawa opieki
Marcinkowiczan nad grupą węgierskich
dzieci - ofiar tragicznego powstania, gdzie na czoło wybijają się postaci
Władysława Krupy, który w Muszynie przejął w listopadzie 1956 transport dzieci w bydlęcym wagonie, by przekazać je do Marcinkowic
pod opiekę swym krajanom. Pojawiają się: śp.Proboszcz Jan Góra i rodzina Państwa Mrozów, ale i
wielu innych.
Moje zainteresowanie tą sprawą wynikało z planów napisania książki „Tajemnica węgierskiego manuskryptu”, która
ukazała się w 2013 roku, co wiązało się
z koniecznością wcześniejszego zebrania
dokumentacji. Myślę z prawdziwą przyjemnością o dniu, w którym zjawiliśmy
się wraz z mężem w Plebanii Marcinkowice, by odbyć rozmowę z ks.Proboszczem Józefem Babiczem i
wypożyczyć Kronikę Parafialną, w której zawarte zostały archiwalne zdjęcia
dzieci i ich opiekunów oraz zrobić zdjęcia pamiątkowej, dwujęzycznej tablicy wmurowanej w Kościele Parafialnym,
dokumentującej wdzięczność Węgrów dla marcinkowickiej społeczności. Naszych kontaktów z
ks. Proboszczem czas nie tylko nie rozluźnił, ale trwają one do dziś
i jesteśmy za nie niebywale wdzięczni. A teraz do rzeczy.
Moje zainteresowania historią przyjaźni polsko-węgierskiej
mają nie tylko swe źródło w węgierskich korzeniach sprzed wieków,
ale jego przyczyną jest przecież pamięć
dramatu 1956 i wielkiego zrywu Polaków na rzecz pomocy nieszczęsnym ofiarom
tragedii. Wiem, że nie wszyscy mają świadomość faktów, a te były takie, że powstańcy którzy na znak solidarności z Polską i jej wolnościowymi
dążeniami zostali masowo wymordowani
przez Armię Czerwoną, która wkroczyła do Budapesztu. Zbrodniczy rząd Kadara
dopełnił dzieła spustoszenia. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało aresztowanych
i internowanych, stracono ok 200 osób, a ostatnie wyroki śmierci były wykonywane
jeszcze w 1963 roku! Kary odsiadywano
do 1970 roku a 200 000 ludzi musiało
opuścić swą ojczyznę.
Chociaż byłam dzieckiem, rozumiałam co znaczą nawoływania
Sądeczan do masowego oddawania krwi, zbierania materiałów opatrunkowych i
pieniędzy, jako że w te akcje na miarę możliwości zaangażowana
była i moja rodzina.
Była to znakomita okazja okazania wdzięczności i solidarności
Bratankom za ich postawę względem
naszego narodu w czasie II wojny światowej i okupacji tak
niemieckiej jak sowieckiej, które miały jeden cel - wyniszczenie totalne
polskiego narodu. Nie chcę się zbyt mocno wdawać w dywagacje historyczne, ale
można sobie wyobrazić co czuli żołnierze X Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej
pułkownika Maczka przekraczając wraz ze 100 tysiącami cywilów Przełęcz Tatarską, na której widniał napis „WITAMY BRACI POLAKÓW”, potem „obozy” dla uchodźców,
de facto w znacznej mierze prywatne kwatery dla rodzin i pojedynczych osób,
gdzie dzieci miały możność kształcenia się na wysokim poziomie w osławionej
szkole polskiej w Balaton Boglar. To stąd wyruszali przedstawiciele polskiej
rozbitej armii na zachód, by zaciągać
się pod skrzydła sojuszników. Wszystko
to pławiło się w serdecznej rodzinnej atmosferze, a nie można przecież
zapomnieć że oficjalnie Węgry tworzyły z hitlerowskimi Niemcami koalicję i z
czasem gdy kurs wobec ludności węgierskiej został zaostrzony, płacili niemałą cenę za swój stosunek do
Polaków, łącznie z ofiarą życia, czego nam NIGDY ZAPOMNIEĆ NIE WOLNO!
Dość długa dygresja ma nakreślić tło dla postaci Istwana Eleka, Człowieka, który stał się Polakiem z wyboru i pozostał w Polsce do
dziś, a w sierpniu 2017 ukończył 100 lat!
Potrzebowałam wsparcia rodowitych Węgrów by dać mej książce
szansę na wiarygodność.
Zwróciłam się do byłego ambasadora węgierskiego w Polsce-
Akosa Engelmayera z prośbą o pomoc. To
jemu zawdzięczam doskonałą geograficzno-historyczno-etnograficzną korektę
książki, ale i skierowanie do Istvana Eleka zamieszkującego od 1945 roku w
Gdańsku i tak właśnie zaczęły się niezwykle przyjazne kontakty z tym wielkim Człowiekiem, wielkim węgierskim
patriotą, który swej drugiej ojczyźnie -
Polsce i Polakom poświęcił młodość, ryzykując życie i pozostał wierny do końca,
żeniąc się w dodatku z Polką.
Istvan Elek związany ze szkołą w Balaton Boglar jako prowadzący zajęcia sportowe, zaprzyjaźnił się z Polakami zamieszkującymi w
osadzie, jak mi mówi, ze wzruszeniem słuchał polskich kolęd i pieśni „Boże coś
Polskę...” śpiewanej przez wygnańców w polskim kościółku.
Kiedy został wcielony do do armii, czyli do Huzarów
Węgierskich, jak wspominałam, stał się
chcąc nie chcąc żołnierzem koalicji
idącej ręka w rekę z Hitlerowskimi Niemcami i znalazł się na obrzeżach
płonącej w czasie powstania Warszawy. Broniąc się przed udziałem w jego
pacyfikacji, uciekł wraz z kilkoma kolegami – oficerami, dotarłszy do
kontaktów z AK, ruszył na pomoc mordowanej ludności cywilnej Warszawy
Udało się uratować ok. 1500 osób! Jako uciekinier nie
ewakuował się z własną armią i został w Polsce. Schwytany w 1945 roku przez sowietów, w trakcie wywózki w głąb
Rosji uciekł z transportu w pobliżu Królewca i rybacką łodzią przedostał się
przez Bałtyk do Gdańska. Ożenił się i został głównym specjalistą do spraw
zieleni w tym mieście. Kiedy go poznaliśmy, najpierw korespondencyjnie i telefonicznie opowiedział mi wiele ciekawych historii. Był tłumaczem z
węgierskiego na polski i odwrotnie. Napisał nie tylko recenzję o książce, ale
też ostatni do niej rozdział, który moją książkę nobilituje i opowiada dzieje
jego samego, ale i historie Huzarów na
polskich kresach i ich przyjaznych
kontaktach z miejscową ludnością. Jak mi się zwierzył był to jedyny
przypadek całościowego opublikowania jego wspomnień do 2013 roku Jak to wygląda dziś, nie wiem. Przyjazne kontakty zacieśniły się jeszcze
mocniej, gdy spotykaliśmy się w Gdańsku po kilku latach. Nie udało się
nam spotkać z nim po raz wtóry w
2017 roku w czasie pobytu w Gdańsku
gdzie zaplanowaliśmy 2 tygodniowy pobyt, by dać sobie kolejną szansę na
spotkanie. Ogromnie żałuję, że ów kontakt nie doszedł do skutku z powodu chwilowej, jak się dziś wydaje,
niedyspozycji zdrowotnej Istvana. Także kolejny kontakt, już
telefoniczny nie doszedł do skutku. Żałuję tego tym
bardziej, że Istvan uważał nas za swych przyjaciół.
Jestem przekonana,
że dlatego przyszedł mi do głowy pomysł
napisania „Tajemnicy węgierskiego manuskryptu,” bym miała szansę poznania tego wielkiego Człowieka,
którego przyjaźń napawa nas dumą.
Istvanie! Życzymy Ci wielu lat w doskonałym
zdrowiu! Cieszymy się bardzo z licznych polskich odznaczeń, które tak bardzo Ci
się należą. Nasza radość z przywróconego Ci tak późno obywatelstwa
węgierskiego, które jest wreszcie obywatelstwem honorowym, nie ma granic!
Nowy Sącz jest zbyt oddalony od Gdańska, więc nie spodziewamy
się kolejnego wyjazdu, bo my oboje już nie młodzi, ale... nigdy nie należy
mówić ”nigdy”.
14.01. 2018. Nowy
Sącz
Magdalena Ponurkiewicz
PS: Oto okazuje się,
że warto mieć iskierkę nadziei. Na mój
list odpowiedziała Pani dyrektor Ośrodka. Zapowiedziała kontakt telefoniczny z
Istvanem na sobotę 20 stycznia. Czekamy
z niecierpliwością i nadzieją. Sadzę, że to nie jest koniec mojej opowieści
MP

Życzę takich spotkań i rozmów z tym zacnym człowiekiem jeszcze nie jeden raz. Pani Magdaleno, proszę przyjąć słowa wielkiego uznania za podjęcie tego ciekawego tematu z historii przyjaźni pomiędzy Polakami i Węgrami. Wielu mieszkańców Małopolski nie zna tego wątku o którym pisze Pani w swojej książce "Tajemnica węgierskiego manuskryptu", a rzecz jest bardzo interesująca. Dziękujemy za tą opowieść i tę książkę. Wacław Jagielski
OdpowiedzUsuńJak zwykle ciepło serdecznie ! Dziekuję
Usuń