wtorek, 29 kwietnia 2014

Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku - przygoda pierwsza

[...] łapię za Polski Dziennik i szukam ogłoszeń. [...]

Znalazłam! „Potrzebna opiekunka do starszej kobiety”. Dzwonię. Jakie szczęście, że mam do dyspozycji telefon i to za darmo. Miejsce jest wolne. Zaraz po mnie przyjadą. Wstępuje we mnie nowy duch. Pracowałam kiedyś na neurologii i kontakt ze starymi, chorymi ludźmi miałam naprawdę dobry. Uradowana, zbieram się pospiesznie, za chwilę do drzwi dzwoni mój pierwszy pracodawca. [...]

Wtacza się kolos! Waga ok. 200 kilogramów, za nim mocno wyperfumowana, jaskrawo ruda żona, czyli córka przyszłej podopiecznej. Jedziemy do New Jersey. Grubas przygląda mi się natarczywie we wstecznym lusterku, uśmiecha się i puszcza oko. Nuci znakomitym barytonem znaną melodią, którą zespół z Izraela w czasie Tatrzańskiej Jesieni ’89, podbił serca słuchaczy i utrwalił ją także w mojej pamięci. To Hava Nagila.
- Śpiewaj - woła.
Wtóruję mu, wychodzi wcale nieźle. Grubas milknie, ciągnę skomplikowaną melodię do końca. Potem inna znana melodia i nagle robi się wesoło i sympatycznie.
Podróż skończona - jesteśmy w New Jersey. Grubas jest nie tylko właścicielem ogromnego domu, ale i sklepu ze złotem. [...]


Wyjeżdżamy do Nowego Jorku, zabieramy olbrzymie ilości owoców, jarzyn, koszernego jedzenia i lekarstwa.
Starowina, która sprawia wrażenie cichej i łagodnej wydaje się być zachwycona możliwością powrotu do domu z nową towarzyszką. Zwierza mi się szeptem, że nie przepada za córką, a New Jersey nie znosi.
Wreszcie jesteśmy na miejscu, po chwili zostajemy same. Starsza pani oprowadza mnie po mieszkaniu, jest miła i układna. Dolegają jej jednak mocno zaburzenia pamięci. Pomagam zrobić kolację, wymuszam zażycie ogromnej ilości leków.
Następnego dnia rano, do 9.00 wszystko przebiega normalnie, ale niemal z wybiciem godziny w babcię wstępuje „złe”. Ćwiczy ze mną musztrę: Trzymaj, trzymaj (wrzeszczy jak opętana, podając swoją spódnicę) - wstań! Stój! Teraz siadaj! Nie! Wstań! Chodź tu! Siadaj! Nie ma mowy, by zlekceważyć polecenie. Awanturuje się nieprawdopodobnie. Stan permanentnej agresji trwa do późnego popołudnia.
W międzyczasie wychodzimy do miasta po zakupy, chociaż lodówka po prostu pęka w szwach. Starowina wybiera spośród tuzina torebek tę z popsutym zamkiem i urwanym paskiem. Wlecze ją jak psa na smyczy, uwieszona z całej siły mego ramienia. Idziemy do banku. Snujemy się od okienka do okienka. Moja podopieczna nie pamięta zupełnie procedury pobierania pieniędzy, a prośby o zaniechanie, jak też próby porozumienia się z personelem banku kwituje dantejską sceną.
Babcia nie przyjmuje do wiadomości, że konto zablokowała córka. Wreszcie dyrektor po dwóch godzinach kołowania poleca wypłacenie trzydziestu dolarów. Starsza pani wydaje część gotówki, resztę wsypuje do nadwerężonej torebki. Stamtąd co i raz jakiś pieniążek wypada z brzękiem na chodnik. Nie należy na to zwracać uwagi, a tym bardziej podnosić, bo rzuca się na mnie z wrzaskiem, na całe gardło wymyślając od złodziei i wbija mi w dłoń długie, ostre szpony. Wreszcie te część rozrywek mamy już za sobą. Staruszka nosi klucze na łańcuchu u szyi. W czasie ceremonii otwierania drzwi nie wolno patrzeć w stronę zamka - muszę stać w głębi korytarza odwrócona plecami, babunia nie wie oczywiście, który klucz do której dziurki. Wreszcie jesteśmy w środku. Celebra rozbierania przypomina do znudzenia poranne zabawy. Dokładnie czuję różnice między pracą w oddziale neurologii i aktualną sytuacją.
Próbuję cichaczem dodzwonić się do córki, by dowiedzieć się czegoś, co sama już wiem (szkoda tylko, że tak późno), ale Baba Jaga czuwa, w porę przyciska widełki. Wieczorem odzyskuje (jak gdyby nigdy nic) nastrój życzliwości dla mojej osoby tak dalece, że koniecznie chce spać ze mną w jednym łóżku. W czasie kolejnych dni, jak w zegarku powtarzają się nastroje i sytuacje.
Udaje mi się kiedyś „urwać” na moment ze „spaceru”, w chwili lepszego humoru pogromczyni. Siadam na maleńkim skwerku, łzy ciekną mi po policzkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz