–
Najpierw pokażę ci dziwne źródełko, potem pójdziemy na polany.
Zobaczysz, Jula, jak ludzie żyją – rola przewodnika sprawiała
Michałowi zawsze olbrzymią przyjemność.
Przeszli
przez most, potem równiną – porośniętą sosną i brzózkami –
do miejsca, gdzie wąziutka rzeczułka wpada do Popradu. Wreszcie
przez prowizoryczną kładkę i w górę – do wspaniałego
jodłowego lasu. Nie był to zwyczajny las. Takiego starodrzewu długo
by szukać w okolicy.
Wspinali
się coraz wyżej, między krzakami malin, brnąc po kolana w
poszyciu z czarnych jagód i ostrężyn. Miejsce to często
odwiedzały kobiety, zbierając do drewnianych putni maliny, borówki,
poziomki i szły później na targ do „Bryjowa”.
Dziś
w Korzeczkowie było pusto. Śpiewające ptaki zawieszały głos
jedynie na chwilę, by przyjrzeć się dyskretnie intruzom, same –
niezauważone – kryły się w gąszczu. Skręcili w prawo i stanęli
nad malowniczym urwiskiem. Pionowa skała, zbudowana z piaskowca,
pojawiła się nagle pod stopami.
–
Trzymaj się mnie, bo spadniesz!
–
krzyknął Michał.
Skręcili
w lewo i po kilku minutach znaleźli się w zupełnie innym świecie.
Grząski grunt w niemal czarnym kolorze zasysał buty przy każdym
kroku, wydając głośne mlaśnięcia. Wysokie mchy, paprocie i
rozłożyste skrzypy mokradlane, wysokie „na człowieka” –
wszystko to sprawiało wrażenie, jakby przechodzień cofnął się w
czasie o miliony lat.
–
Byłem tu kilkakrotnie i za każdym razem wydaje mi się, że na tym
właśnie uroczysku trzeba szukać kwiatu paproci w noc świętojańską
– szepnął Michał.
–
Cóż to za dziwny smrodek? – przerwała romantyczny nastrój Jula.
–
Woda źródlana tak cudownie pachnie!
W
powietrzu unosił się intensywny zapach siarki.
–
Bije za tą jodłą. Popatrz tu.
Dostrzegła
niewielkich rozmiarów zaklęśnięcie, pokryte białym nalotem. Na
środku dało się zauważyć pulsowanie piasku.
–
Tak wygląda, jakby w tym miejscu biło serce źródła.
–
Serce lasu – poprawiła Jula.
–
No! Chodźmy, chodźmy. Nie ma co marudzić. Buty mamy mokrusieńkie,
a uświniliśmy się jak nieboskie stworzenia.
–
To może wracajmy?
–
Nie! Musisz koniecznie zobaczyć chałupę.
Z
oddali dobiegło ich ujadanie psów. Za chwilę byli na polanie. Jej
część przeznaczono na kartoflisko okolone płotem, skleconym
niechlujnie z konarów, przeplecionych tu i tam wikliną. Tuż pod
lasem, zapadnięta w ziemię chatynka z drewnianych bali. Słomiany
dach, porośnięty mchem, przykryty był gdzieniegdzie kawałkami
zardzewiałej blachy. Okienko zastawione szczelnie rosnącą w
puszkach fuksją, drzwi klepkowe tak niskie, że wchodzący mógł
znaleźć się wewnątrz zgiąwszy się wpół. Pod ścianą
zgromadzono zapas narąbanego na zimę, złożonego misternie
bukowego drewna.
Przez
maleńki otwór nad drzwiami wyfrunęła jaskółka. Z komina unosił
się dym. Dwa chude kundle na łańcuchach zachłystywały się
wrzaskiem.
W
drzwiach stanęła niemłoda kobieta, wyraźnie zaniepokojona.
–
My od leśniczego.
–
Aaaa! – jej twarz rozpromieniła się w bezzębnym uśmiechu. –
Kcecie mlika?
Złapała
garnek i blaszane sitko, do sitka wrzuciła szmatę zdjętą z płotu,
przypominającą nigdy nie praną onucę.
–
Nie, nie! Dziękujemy, pani Marysiu! Kanapki nam zaszkodziły –
zaprotestował przytomnie młody człowiek.
–
Na brzuk, to minta. Mom tu w ogródku. Piołun tyż. Dziurawca żem
nazbirała.
–
Pani Marysiu!?
–
Na mnie wołajo Maryna.
–
No więc Maryna. Nie boisz się tu sama?
–
Mom dwa psy. Złe jak fras!
Psiska
gwałtownie szarpały się na łańcuchach, szczekając charkotliwie
pokazywały wielkie zębiska i czarne dziąsła.
–
Czorno w pysku! – zachichotała Maryna. – A dziki w szkode ido i
tak. Kiedysi przysły na źmioki i zwaluły płot, tom je policą po
dupie biuła, nic sie nie boły!
–
To wy ze dworu – zamyśliła się na moment.
–
Nie pamięta mnie Marysia? –
zapytał
chłopak. – Byłem tu z wujem Adamem. No, leśniczym.
–
Nie pamintom. Chebam za niem ślipiała.
–
Co robiła? – niecierpliwiła się Jula.
–
Ciii! – syknął Michał
–
Ej! Leśnicy mi sie udoł – szepnęła Maryna rzewnie. –
Wydałabym sie, ale tero nie rycho, bo żyniaty.
–
Ano, „żyniaty” – potwierdził chłopak. – Chodźmy Jula, już
późno.
–
A weźcie troche dziurawca leśnicynie. Niek mo.
–
Dziękujemy! Do zobaczenia!
–
Powiedz mi zaraz. Co ona bełkotała?
–
Mówiła, że leśniczy bardzo się jej podoba i chętnie wyszłaby
za niego, ale teraz nie pora bo żonaty.
–
Myślisz, że ona naprawdę uważa się za kandydatkę na żonę
Adama?
–
Jasne! Przecież ma „myszy”.
–
Co ma znowu?!
–
Ma źle w głowie, ale jest niegroźna i poczciwa. Mieszka sama jak
palec i wuj zagląda do niej od czasu do czasu, czy jej czego nie
trzeba. Straszna jest samotność na kompletnym pustkowiu. No!
Wyciągaj nogi, bo nam Kaśka łby pourywa. Obiad stygnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz