środa, 2 kwietnia 2014

Barcicki Korzeczków

Dzisiaj wybieramy się na spacer do wspaniałego jodłowego matecznika i myślę, że warto tam zajrzeć, by zobaczyć jak wyglądał ten cudowny kawałek jodłowej barcickiej 'puszczy', powalonej  niestety przez huragan w latach 60-tych. Przy okazji wpadniemy z Julą i Michałem (młodymi gośćmi barcickiej leśniczówki) do chałupy Maryny, mieszkającej nieopodal Korzeczkowa.

 – Najpierw pokażę ci dziwne źródełko, potem pójdziemy na polany. Zobaczysz, Jula, jak ludzie żyją – rola przewodnika sprawiała Michałowi zawsze olbrzymią przyjemność.
Przeszli przez most, potem równiną – porośniętą sosną i brzózkami – do miejsca, gdzie wąziutka rzeczułka wpada do Popradu. Wreszcie przez prowizoryczną kładkę i w górę – do wspaniałego jodłowego lasu. Nie był to zwyczajny las. Takiego starodrzewu długo by szukać w okolicy.
Wspinali się coraz wyżej, między krzakami malin, brnąc po kolana w poszyciu z czarnych jagód i ostrężyn. Miejsce to często odwiedzały kobiety, zbierając do drewnianych putni maliny, borówki, poziomki i szły później na targ do „Bryjowa”.
Dziś w Korzeczkowie było pusto. Śpiewające ptaki zawieszały głos jedynie na chwilę, by przyjrzeć się dyskretnie intruzom, same – niezauważone – kryły się w gąszczu. Skręcili w prawo i stanęli nad malowniczym urwiskiem. Pionowa skała, zbudowana z piaskowca, pojawiła się nagle pod stopami.
– Trzymaj się mnie, bo spadniesz! – krzyknął Michał.
Skręcili w lewo i po kilku minutach znaleźli się w zupełnie innym świecie. Grząski grunt w niemal czarnym kolorze zasysał buty przy każdym kroku, wydając głośne mlaśnięcia. Wysokie mchy, paprocie i rozłożyste skrzypy mokradlane, wysokie „na człowieka” – wszystko to sprawiało wrażenie, jakby przechodzień cofnął się w czasie o miliony lat.
– Byłem tu kilkakrotnie i za każdym razem wydaje mi się, że na tym właśnie uroczysku trzeba szukać kwiatu paproci w noc świętojańską – szepnął Michał.
– Cóż to za dziwny smrodek? – przerwała romantyczny nastrój Jula.
– Woda źródlana tak cudownie pachnie!
W powietrzu unosił się intensywny zapach siarki.
– Bije za tą jodłą. Popatrz tu.
Dostrzegła niewielkich rozmiarów zaklęśnięcie, pokryte białym nalotem. Na środku dało się zauważyć pulsowanie piasku.
– Tak wygląda, jakby w tym miejscu biło serce źródła.
– Serce lasu – poprawiła Jula.
– No! Chodźmy, chodźmy. Nie ma co marudzić. Buty mamy mokrusieńkie, a uświniliśmy się jak nieboskie stworzenia.
– To może wracajmy?
– Nie! Musisz koniecznie zobaczyć chałupę.
Z oddali dobiegło ich ujadanie psów. Za chwilę byli na polanie. Jej część przeznaczono na kartoflisko okolone płotem, skleconym niechlujnie z konarów, przeplecionych tu i tam wikliną. Tuż pod lasem, zapadnięta w ziemię chatynka z drewnianych bali. Słomiany dach, porośnięty mchem, przykryty był gdzieniegdzie kawałkami zardzewiałej blachy. Okienko zastawione szczelnie rosnącą w puszkach fuksją, drzwi klepkowe tak niskie, że wchodzący mógł znaleźć się wewnątrz zgiąwszy się wpół. Pod ścianą zgromadzono zapas narąbanego na zimę, złożonego misternie bukowego drewna.
Przez maleńki otwór nad drzwiami wyfrunęła jaskółka. Z komina unosił się dym. Dwa chude kundle na łańcuchach zachłystywały się wrzaskiem.
W drzwiach stanęła niemłoda kobieta, wyraźnie zaniepokojona.
– My od leśniczego.
– Aaaa! – jej twarz rozpromieniła się w bezzębnym uśmiechu. – Kcecie mlika?
Złapała garnek i blaszane sitko, do sitka wrzuciła szmatę zdjętą z płotu, przypominającą nigdy nie praną onucę.
– Nie, nie! Dziękujemy, pani Marysiu! Kanapki nam zaszkodziły – zaprotestował przytomnie młody człowiek.
– Na brzuk, to minta. Mom tu w ogródku. Piołun tyż. Dziurawca żem nazbirała.
– Pani Marysiu!?
– Na mnie wołajo Maryna.
– No więc Maryna. Nie boisz się tu sama?
– Mom dwa psy. Złe jak fras!
Psiska gwałtownie szarpały się na łańcuchach, szczekając charkotliwie pokazywały wielkie zębiska i czarne dziąsła.
– Czorno w pysku! – zachichotała Maryna. – A dziki w szkode ido i tak. Kiedysi przysły na źmioki i zwaluły płot, tom je policą po dupie biuła, nic sie nie boły!
– To wy ze dworu – zamyśliła się na moment.
– Nie pamięta mnie Marysia? – zapytał chłopak. – Byłem tu z wujem Adamem. No, leśniczym.
– Nie pamintom. Chebam za niem ślipiała.
– Co robiła? – niecierpliwiła się Jula.
– Ciii! – syknął Michał
– Ej! Leśnicy mi sie udoł – szepnęła Maryna rzewnie. – Wydałabym sie, ale tero nie rycho, bo żyniaty.
– Ano, „żyniaty” – potwierdził chłopak. – Chodźmy Jula, już późno.
– A weźcie troche dziurawca leśnicynie. Niek mo.
– Dziękujemy! Do zobaczenia!
– Powiedz mi zaraz. Co ona bełkotała?
– Mówiła, że leśniczy bardzo się jej podoba i chętnie wyszłaby za niego, ale teraz nie pora bo żonaty.
– Myślisz, że ona naprawdę uważa się za kandydatkę na żonę Adama?
– Jasne! Przecież ma „myszy”.
– Co ma znowu?!

– Ma źle w głowie, ale jest niegroźna i poczciwa. Mieszka sama jak palec i wuj zagląda do niej od czasu do czasu, czy jej czego nie trzeba. Straszna jest samotność na kompletnym pustkowiu. No! Wyciągaj nogi, bo nam Kaśka łby pourywa. Obiad stygnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz