piątek, 9 maja 2014

Moja trzecia przygoda to opieka nad Marią

Pamięta strzępy polskich słów. Mówi do mnie mieszaniną jidysz, angielskiego i polskiego. W Polsce mieszkała jako dziecko.
Umowa wygląda tak: trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, siedmiodniowy tydzień pracy, do czasu aż biedna inwalidka będzie w stanie obyć się bez pomocy osoby drugiej. Czy tak kiedyś będzie?
Po omówieniu warunków pracy, okazuje się, że staruszka w ogóle nie panuje nad fizjologią, cewnik w ciągu ośmiu miesięcy zrobił swoje. Jest bardzo speszona. Ona i Izaak mają poważne obawy, że zrezygnuję. Sytuacja jest niezręczna. Nie wiem zupełnie, co robić. Zanosi się na dziką „orkę”, a z drugiej strony nie chcę być ciężarem Staszkowi, w dodatku wyprowadzka od psychotyczki za sprawą teściów Izaaka to dar niebios. Zostaję.
Jedziemy do pięknej, nowiutkiej garsoniery nad samym morzem, gdzieś w okolicy Rockway Park.
- Nie sprzątasz, nie gotujesz - jedyny obowiązek, to pomoc mamie. Jeśli będziesz dla niej dobra, my będziemy dobrzy dla ciebie - mówi Izaak.
Wstępuje we mnie nadzieja.
Starowinka jest bardzo miła, ale zupełnie bezradna. Złamana noga boli, kręgosłup doskwiera. Widzi, że nie jestem mocarna, wiec dźwiganie jej i przebieranie kilkanaście razy w ciągu doby, to wysiłek ponad moje możliwości.
Jestem w pogotowiu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, w nocy wstaję pięć do sześciu razy. Piekielnie boję się odleżyn. Maria stara się naprawdę sprawiać jak najmniej kłopotu doceniając moją troskliwą opiekę, ale nie ma przecież wyjścia. Jesteśmy zdane wyłącznie na siebie.
Cały dzień idzie pralka i suszarka, w mieszkaniu dziki upał. Woda dosłownie leje się ze mnie przy byle wysiłku. Nie mogę włączyć klimatyzacji, bo staruszce jest po prostu zimno.
W przerwach między zabiegami pielęgnacyjnymi gimnastyka i masaż według wskazówek terapeuty. Trzy razy w tygodniu przyjeżdża karetka i zabiera nas na kilka godzin do przychodni rehabilitacyjnej. Kiedy przed wyjściem usiłuję ubrać Marię, moczy bieliznę i cała zabawa zaczyna się od początku. Na zewnątrz zirytowany czekaniem kierowca karetki popędza mnie klaksonem. Wreszcie wypadam z domu pchając wózek z babcią. Muszę pokonać kilkanaście piekielnie stromych schodów, na które położono drewniany podest. Eksperyment jest dość ryzykowny, zważywszy, że w drodze powrotnej będzie jeszcze gorzej. Czarny kierowca propozycje pomocy z jego strony traktuje jako wysoce obraźliwą. Nie zamierza kiwnąć palcem.


Mam cztery godziny wolnego w czasie, kiedy Maria jest poddawana rehabilitacyjnym torturom. Przemiła czarna rejestratorka jest kontaktową „wściubą”. Robi mi regularne przesłuchanie.

Ubolewam nad brakiem możliwości szlifowania języka (obie moje podopieczne nie nadawały się do tego celu zupełnie). W odpowiedzi na moje narzekania, czarnulka dzwoni gdzieś i po chwili zjawia się mój kolega po fachu i młoda lekarka. Czuję życzliwe zainteresowanie. Uzgadniają, że w miarę wolnego czasu zorganizują dyżury, by umożliwić mi trzy razy w tygodniu czterogodzinne, darmowe konwersacje. Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam w najbardziej optymistycznych marzeniach. Horyzont przede mną rozjaśnia się gwałtownie. Czy ja nie mam szczęścia do ludzi?

 Minęły dwa tygodnie. Walczę z ostrym zapaleniem krtani. Mokra jak mysz wyskoczyłam na dwór gdzie wiało straszliwie i jestem „gotowa”. To potrwa mimo antybiotyku. Krtań to moja pięta Achillesa.. Chora galopuję bez wytchnienia jak koń wyścigowy. Kolejny wyjazd do przychodni rehabilitacyjnej. Czuję się dziwnie.
- Pewnie ciśnienie ci spadło. Dostaniesz kawy - mówi moja kumpelka z rejestracji. Wypijam, ale jest coraz gorzej, czuję gwałtowne tętno, robi mi się słabo.
Jeszcze słyszę głos rejestratorki, która wzywa pilnie lekarza. Mdleję. Wraca przytomność, wącham jakieś sole.
- Masz strasznie wysokie ciśnienie - stwierdza znajoma lekarka.
Dziwne - myślę, przecież jestem niskociśnieniowcem.
Musisz odpocząć! Zrezygnuj! To ultimatum.
Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
Proszę, by powiedziała o tym Ruth i Marii, bo inaczej będą przekonane, że to czcze wykręty.
Kiedy interweniuje telefonicznie, Ruth wpada w szał. Przyjeżdża i robi dantejską scenę w przychodni, że oto stawiam ją w sytuacji bez wyjścia. Żadne argumenty nie trafiają. Maria jest zmartwiona i zawiedziona.
Wracamy do domu. Ledwo ciągnę za sobą nogi, pakuję graty z nadzieją, że zostanę odwieziona. Do pętli kolejki kawał drogi. Przeceniłam jednak Ruth, która ani myśli się fatygować.
- Radź sobie sama! Zrobiłaś mi tęgie świństwo - krzyczy na pożegnanie i zatrzaskuje energicznie drzwi.
Ciągnę dwie walizy po chodniku, około jednego kilometra. Żywego ducha, a o taksówce nie ma co marzyć. Potem dwie przesiadki i czołgam się na piętro do mieszkania Staszka. Na szczęście mam klucz. Co zrobiłabym, nie mając u niego przystani? Padam na łóżko. Wieczorem wraca kuzyn. Myślę, że nie ma powodu do zachwytu. Blokuję przechodni pokój, ograniczając w ten sposób jego swobodę.
- Nie przejmuj się - mówi. Pyta, ile mi zapłacono i stwierdza, że praca w dzień i w nocy przez siedem dni w tygodniu warta jest minimum siedemset dolarów, a poza tym uważa, że powinnam mieć zmienniczkę. Znowu dałam się wpuścić w maliny. Kolejne cztery dni kuruję się intensywnie. Jest mi lepiej. W Polsce trwałoby to znacznie dłużej.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz