Pamięta
strzępy polskich słów. Mówi do mnie mieszaniną jidysz,
angielskiego i polskiego. W Polsce mieszkała jako dziecko.
Umowa
wygląda tak: trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo,
siedmiodniowy tydzień pracy, do czasu aż biedna inwalidka będzie w
stanie obyć się bez pomocy osoby drugiej. Czy tak kiedyś będzie?
Po
omówieniu warunków pracy, okazuje się, że staruszka w ogóle nie
panuje nad fizjologią, cewnik w ciągu ośmiu miesięcy zrobił
swoje. Jest bardzo speszona. Ona i Izaak mają poważne obawy, że
zrezygnuję. Sytuacja jest niezręczna. Nie wiem zupełnie, co robić.
Zanosi się na dziką „orkę”, a z drugiej strony nie chcę być
ciężarem Staszkowi, w dodatku wyprowadzka od psychotyczki za sprawą
teściów Izaaka to dar niebios. Zostaję.
Jedziemy
do pięknej, nowiutkiej garsoniery nad samym morzem, gdzieś w
okolicy Rockway Park.
-
Nie sprzątasz, nie gotujesz - jedyny obowiązek, to pomoc mamie.
Jeśli będziesz dla niej dobra, my będziemy dobrzy dla ciebie -
mówi Izaak.
Wstępuje
we mnie nadzieja.
Starowinka
jest bardzo miła, ale zupełnie bezradna. Złamana noga boli,
kręgosłup doskwiera. Widzi, że nie jestem mocarna, wiec dźwiganie
jej i przebieranie kilkanaście razy w ciągu doby, to wysiłek ponad
moje możliwości.
Jestem
w pogotowiu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, w nocy wstaję
pięć do sześciu razy. Piekielnie boję się odleżyn. Maria stara
się naprawdę sprawiać jak najmniej kłopotu doceniając moją
troskliwą opiekę, ale nie ma przecież wyjścia. Jesteśmy zdane
wyłącznie na siebie.
Cały
dzień idzie pralka i suszarka, w mieszkaniu dziki upał. Woda
dosłownie leje się ze mnie przy byle wysiłku. Nie mogę włączyć
klimatyzacji, bo staruszce jest po prostu zimno.
W
przerwach między zabiegami pielęgnacyjnymi gimnastyka i masaż
według wskazówek terapeuty. Trzy razy w tygodniu przyjeżdża
karetka i zabiera nas na kilka godzin do przychodni rehabilitacyjnej.
Kiedy przed wyjściem usiłuję ubrać Marię, moczy bieliznę i cała
zabawa zaczyna się od początku. Na zewnątrz zirytowany czekaniem
kierowca karetki popędza mnie klaksonem. Wreszcie wypadam z domu
pchając wózek z babcią. Muszę pokonać kilkanaście piekielnie
stromych schodów, na które położono drewniany podest. Eksperyment
jest dość ryzykowny, zważywszy, że w drodze powrotnej będzie
jeszcze gorzej. Czarny kierowca propozycje pomocy z jego strony
traktuje jako wysoce obraźliwą. Nie zamierza kiwnąć palcem.
Mam
cztery godziny wolnego w czasie, kiedy Maria jest poddawana
rehabilitacyjnym torturom. Przemiła czarna rejestratorka jest
kontaktową „wściubą”. Robi mi regularne przesłuchanie.
Ubolewam
nad brakiem możliwości szlifowania języka (obie moje podopieczne
nie nadawały się do tego celu zupełnie). W odpowiedzi na moje
narzekania, czarnulka dzwoni gdzieś i po chwili zjawia się mój
kolega po fachu i młoda lekarka. Czuję życzliwe zainteresowanie.
Uzgadniają, że w miarę wolnego czasu zorganizują dyżury, by
umożliwić mi trzy razy w tygodniu czterogodzinne, darmowe
konwersacje. Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam w najbardziej
optymistycznych marzeniach. Horyzont przede mną rozjaśnia się
gwałtownie. Czy ja nie mam szczęścia do ludzi?
Minęły
dwa tygodnie. Walczę z ostrym zapaleniem krtani. Mokra jak mysz
wyskoczyłam na dwór gdzie wiało straszliwie i jestem „gotowa”.
To potrwa mimo antybiotyku. Krtań to moja pięta
Achillesa..
Chora galopuję bez wytchnienia jak koń wyścigowy. Kolejny wyjazd
do przychodni rehabilitacyjnej. Czuję się dziwnie.
-
Pewnie ciśnienie ci spadło. Dostaniesz kawy - mówi moja kumpelka z
rejestracji. Wypijam, ale jest coraz gorzej, czuję gwałtowne tętno,
robi mi się słabo.
Jeszcze
słyszę głos rejestratorki, która wzywa pilnie lekarza. Mdleję.
Wraca przytomność, wącham jakieś sole.
-
Masz strasznie wysokie ciśnienie - stwierdza znajoma lekarka.
Dziwne
- myślę, przecież jestem niskociśnieniowcem.
Musisz
odpocząć! Zrezygnuj! To ultimatum.
Łatwo
powiedzieć, gorzej zrobić.
Proszę,
by powiedziała o tym Ruth i Marii, bo inaczej będą przekonane, że
to czcze wykręty.
Kiedy
interweniuje telefonicznie, Ruth wpada w szał. Przyjeżdża i robi
dantejską scenę w przychodni, że oto stawiam ją w sytuacji bez
wyjścia. Żadne argumenty nie trafiają. Maria jest zmartwiona i
zawiedziona.
Wracamy
do domu. Ledwo ciągnę za sobą nogi, pakuję graty z nadzieją, że
zostanę odwieziona. Do pętli kolejki kawał drogi. Przeceniłam
jednak Ruth, która ani myśli się fatygować.
-
Radź sobie sama! Zrobiłaś mi tęgie świństwo - krzyczy na
pożegnanie i zatrzaskuje energicznie drzwi.
Ciągnę
dwie walizy po chodniku, około jednego kilometra. Żywego ducha, a o
taksówce nie ma co marzyć. Potem dwie przesiadki i czołgam się na
piętro do mieszkania Staszka. Na szczęście mam klucz. Co
zrobiłabym, nie mając u niego przystani? Padam na łóżko.
Wieczorem wraca kuzyn. Myślę, że nie ma powodu do zachwytu.
Blokuję przechodni pokój, ograniczając w ten sposób jego swobodę.
-
Nie przejmuj się - mówi. Pyta, ile mi zapłacono i stwierdza, że
praca w dzień i w nocy przez siedem dni w tygodniu warta jest
minimum siedemset dolarów, a poza tym uważa, że powinnam mieć
zmienniczkę. Znowu dałam się wpuścić w maliny. Kolejne cztery
dni kuruję się intensywnie. Jest mi lepiej. W Polsce trwałoby to
znacznie dłużej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz