piątek, 4 kwietnia 2014

Ostatni urywek 'Okruchów pamięci' - Pumka

Publikuję z nadzieją, że 'Okruchy życia' (ciąg dalszy 'Okruchów pamięci') uda mi się wydać w 2015

W wężowych skrętach koci ogon wślizgiwał się przez szparę w drzwiach do sąsiedniego pokoju. Każdy jego ruch kontrolowała właścicielka – młoda kotka „dachówa”, przysposobiona przez Adama w niemowlęctwie i wykarmiona pipetą przez Dziutkę i Magdę.
– To żmija wychowana na własnej piersi – żaliła się Dziutka. – Popatrz, Magda, jak dręczy biednego Azora.
Zza drzwi znów rozległ się histeryczny dyszkant stetryczałego kundelka.
– Kiedy Puma uzna, że ogon nie wystarczy, pod drzwi wjedzie upazurzona kocia łapa, tylko po to, żeby usłyszeć następną serię wrzasku. Nie mam już zdrowia! W jednym pokoju kot, w drugim pies, dla nas nie ma miejsca. Z Azorem nie było wyjścia. Bo czy można przełknąć cokolwiek, kiedy pod oknem siedzi jak wyrzut sumienia straszliwa psia nędza?
– Ale Pumka miała podobno w piwnicy matkę – dziką kocicę?
– Podobno. Tak mówili sąsiedzi, ale ja jej nie widziałam.
– Czemu nasza wiedźma zabawia się tak paskudnie?
– „To wszystko z nudów, wysoki sądzie, to wszystko z nudów”. Czy widziałaś wyraz jej oczu, kiedy Azor wrzeszczy tak jakby go obdzierano ze skóry? W Pumich oczach czai się śmiech. (...)


– Wracając do Pumki, myślę, że nie ma wyjścia i będziecie musieli zabrać ją do siebie na XI piętro.
– Dobrze. Porozmawiam z Januszem, ale będą problemy. W oknach trzeba założyć siatkę, bo ta wariatka wyfrunie za pierwszym ptakiem, jakiego dojrzy. Trzeba gdzieś trzymać piasek, a my nie mamy balkonu. Już widzę, jak zołza, na znak protestu, obraca w perzynę nasze śliczne mieszkanie.
– Azora wam nie dam. Jest stary, bardzo do nas przywiązany, byłby w dodatku sam jak palec przez pół dnia, a on bardzo tego nie lubi.



Dwa tygodnie później Dziutka wpadła do córki, by sprawdzić stan po przeprowadzce kocicy.
– I jak?
– Rozwaliła dwa piękne, kryształowe kielichy stojące pod sufitem na regale.
– Fruwała?
– Właśnie. A torbę, w której ją nieśliśmy popruła na strzępy.
– Gdzie jest teraz?
– Zdaje się wlazła do łazienki.
Dziutka wsunęła głowę przez szparę w drzwiach. Na plastykowym specjalnym „nocniku”, nakładanym na muszlę klozetową, kucała Puma z nabożną miną.
– Jak to? – zdumiała się Dziutka – nie ma kuwety?
– Nie ma. W dodatku zlikwidowaliśmy piasek.
– O wykonawcę kociego urynału pytać nie muszę, bo widać w tym rękę mojego zieńciuchny.
– Słyszysz, jak „sprząta”?
Rzeczywiście, kotka wszczęła raban – tłukąc nocnikiem niemiłosiernie, wymuszała na „pańci” uprzątnięcie toalety. Dziutka z dumą obserwowała poczynania ulubienicy.
– Wyjątkowo mądre zwierzątko, ale żeby po czterech latach przesiąść się bez problemu na nocnik bez piasku, to niebywałe!
– Pokazałam jej dwukrotnie, jak to się robi. Nie na darmo karmiliście ją niemal wyłącznie rybką. Nie wątpię, że spuszczanie wody to dla niej pestka, tyle tylko, że konstrukcja nocnika na to nie pozwala. Martwi mnie jedno. Puma to wandal. Rujnuje meble. Janusz zrobił jej w łazience specjalną antresolę, na którą włazi po drabinie. Tam wyładowuje furie, drąc pazurami deski, ale jest jeszcze coś. Uznała mnie za swą konkurentkę do jedynych portek w naszym domu. Stara panna kocha się w Januszu, a mnie usiłuje spacyfikować. Wiedźma z piekła rodem! Musi mieć jakąś ofiarę i wygląda na to, że ją znalazła.
– Charakterek ma rzeczywiście okropny.
Porównywały Pumę z kotką, którą ktoś wyrzucił jako podrostka. Była wyjątkowo łagodna. Plątała się, by wreszcie okocić się w załomku korytarza. To była ta sama kotka, która wpadła do zamkniętej komory zsypowej. Dziutka usłyszała jej lamenty, jadąc windą do dzieci. Janusz kuł ścianę przez kilkadziesiąt minut, a kiedy pokazały się wąsiki i łapki, czuli się tak, jakby wygrali los na loterii.

Pamiętała im to z całą pewnością, bo kiedy została matką, w rozpaczliwej determinacji szukała u Magdy ratunku przed tropiącymi ją nieustannie dziećmi sąsiadów. Przyniosła kocięta pod drzwi i wlepiwszy w nią wzrok zastygła w oczekiwaniu. Magda zabrała całe towarzystwo do mieszkania, ale jedynym wyjściem była modlitwa do św. Franciszka. Pomogła. Po kilku dniach mordęgi z kotami, zjawił się facet, który zabrał całą trójkę do willi z ogrodem. Takie rzeczy nie zdarzają się ot, po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz