poniedziałek, 5 maja 2014

Gier i zabaw w New Jersey i w 'białym' Bronxie ciąg dalszy. Decyzja o porzuceniu pracy wisi na włosku. Problem w tym jak to zrobić

Mija tydzień. Grubas zabiera nas do New Jersey. Jest zalotny i w ciemnym przejściu szepce mi na ucho my darling. Wpadam w popłoch. Pędzę do pokoju mojej dręczycielki (z nadzieją, że jeszcze śpi). Pokój jest pusty. Za oknem straszliwa ulewa. Patrzę na ulicę i widzę ją, jak dźwiga zapakowaną walizę. Dokąd idzie?
Dostaję polecenie natychmiastowego odszukania podopiecznej. Tym razem Marta jest górą. Może zostać w domu. Dostaję adres, pod który prawdopodobnie dotarła starsza pani. Rzeczywiście jest. To jej stały numer.
Przez czterdzieści minut perswaduję nonsensowny pomysł ucieczki. Wracamy.
Znów Bronx.
Kolejny tydzień moja „właścicielka” rozpoczyna odkryciem, że jestem teraz zupełnie kimś innym. Wślizgnęłam się do domu, by zamordować ją i okraść.
Na wszelki wypadek, żeby uprzedzić domniemany atak, rzuca we mnie filiżanką. Ta przelatuje o włos od mojej głowy i rozpryskuje się na ścianie.
Widać, jak psychoza, co do której nie ma wątpliwości nasila się z każdą godziną. Odmawia przyjmowania leków, nie śpi, straszliwie pobudzona miota się po całym mieszkaniu, wpada co chwilę do mojego pokoju, szuka pod łóżkiem kogoś lub czegoś, wyrywa z kontaktu kabel telewizyjny. Telefonu pilnuje dzień i noc, zresztą niepotrzebnie, po co dzwonić? Przecież wszystko przebiega normalnie. W końcu po to najmuje się niewolnicę, żeby mieć święty spokój. Trwam w rozpaczliwej determinacji do weekendu. Dostaje wypłatę czekiem, a nie jak było ustalone gotówką. Zawożę krwawicę na Queens i pokazuję Staszkowi.
- Czy nie widzisz, że czek jest nieważny?
Nic nie widzę.
- Przecież tu jest data 1989, a mamy szczęśliwie 1990 i to wrzesień, nie bądź idiotką i nie wmawiaj mi przypadkiem, że się pomylili. Mają w końcu sklep, w którym na rachunkach od ponad ośmiu miesięcy wypisują właściwą datę.
Przypomniały mi się zaległości w wypłatach dla Marty. Dzwoni telefon. To drugi kuzyn - zaprasza mnie do Dallas na ostatnie dwa tygodnie pobytu w USA. Wykupił już bilet. Zanosi się na przyjemności i atrakcje, o których przestałam marzyć, jeszcze przed wyjazdem z Polski. Uszczęśliwiona zyskuję nowe siły do walki.
Dzwonię do grubasa, informując, że nie wracam, jeśli nie otrzymam wypłaty gotówką. Przyjeżdżają błyskawicznie, zupełnie niezrażeni zabierają nieszczęsny czek, drą. Ja dostaję pięćset dolarów - zapłatę za dwutygodniową gehennę.
Kolejny tydzień. Staruszka zgubiła dwukrotnie pieniądze. Na szczęście winnego nie trudno znaleźć. To ja. Czuję się coraz mniej bezpiecznie. Jestem bardzo zmęczona, a boję się zasnąć, bo pomysłowość upiora jest niezmierzona.
Sobota - idziemy do synagogi. Starowina znika mi z pola widzenia. Co za ulga...

Obok grupa mężczyzn w jarmułkach. Spoglądają ciekawie w moja stronę. Dwaj podchodzą. Pytają, czy jestem opiekunką starszej pani. Potwierdzam. Kręcą głowami.
- To była taka wspaniała kobieta. Co to choroba robi z człowiekiem. Skąd przyjechałaś? - Pyta jeden.
Na dźwięk nazwy Nowy Sącz podskakuje z radości.
- To moje miasto! Stamtąd wyjechałem w ’38 roku.[...]

Dalej z rozmowy wynika, że jestem w niedobrej sytuacji, bo zięć i córka starszej pani oskarżyli kilka opiekunek o kradzież.
- To niedobrzy ludzie, musimy dla ciebie znaleźć inne zajęcie. Gdyby nie chcieli ci zapłacić to pójdziemy razem, do rabina na skargę.
Jakże jestem wdzięczna memu krajanowi za tę życzliwą troskę! Wzywa swoich ziomków. Po chwili kotłuje się wokół mnie. Jeden proponuje wyjazd na Florydę (opieka nad piątką dzieci jego siostry). Odmawiam. Po prostu boję się, że w razie niewypału nie będę miała za co wrócić. Właśnie wychodzą z synagogi pierwsze kobiety. Indagowane przez byłego sądeczanina proponują opiekę: jedna nad piątką, druga nad czwórką dzieci. Uważam, że spokojna, starsza osoba będzie dla mnie bardziej odpowiednia.
Zgłasza się młode małżeństwo. Oboje piękni, wykształceni, kulturalni. Izaak ma dla mnie propozycję:
- Szukam uczciwego, dobrego człowieka, by zaopiekował się moją mamą.
Matka Izaaka wróciła właśnie ze szpitala, gdzie leżała osiem miesięcy po złamaniu nogi w biodrze. Teraz czeka w domu córki na sensowną opiekunkę.
- Jak mam się rozstać z aktualnym pracodawcą?
- Spakuj w nocy swoje rzeczy i o 6.00 rano wyjdziesz cicho i zatrzaśniesz drzwi, zaraz za rogiem będzie czekał na ciebie samochód teściów Izaaka. Zadzwonimy potem do córki i zawiadomimy o twoim postanowieniu. Nie warto sobie zawracać głowy - uspokaja mnie nowy znajomy.
Robię tak, jak mi poradzono. Nie jest to odejście w najlepszym guście, ale i styl moich pracodawców pozostawia wiele do życzenia. Niewielkie mam skrupuły. Zakończenie całej afery przebiega bez wstrząsów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz