Mija
tydzień. Grubas zabiera nas do New Jersey. Jest zalotny i w ciemnym
przejściu szepce mi na ucho my
darling.
Wpadam
w popłoch. Pędzę do pokoju mojej dręczycielki (z nadzieją, że
jeszcze śpi). Pokój jest pusty. Za oknem straszliwa ulewa. Patrzę
na ulicę i widzę ją, jak dźwiga zapakowaną walizę. Dokąd
idzie?
Dostaję
polecenie natychmiastowego odszukania podopiecznej. Tym razem Marta
jest górą. Może zostać w domu. Dostaję adres, pod który
prawdopodobnie dotarła starsza pani. Rzeczywiście jest. To jej
stały numer.
Przez
czterdzieści minut perswaduję nonsensowny pomysł ucieczki.
Wracamy.
Znów
Bronx.
Kolejny
tydzień moja „właścicielka” rozpoczyna odkryciem, że jestem
teraz zupełnie kimś innym. Wślizgnęłam się do domu, by
zamordować ją i okraść.
Na
wszelki wypadek, żeby uprzedzić domniemany atak, rzuca we mnie
filiżanką. Ta przelatuje o włos od mojej głowy i rozpryskuje się
na ścianie.
Widać,
jak psychoza, co do której nie ma wątpliwości nasila się z każdą
godziną. Odmawia przyjmowania leków, nie śpi, straszliwie
pobudzona miota się po całym mieszkaniu, wpada co chwilę do mojego
pokoju, szuka pod łóżkiem kogoś lub czegoś, wyrywa z kontaktu
kabel telewizyjny. Telefonu pilnuje dzień i noc, zresztą
niepotrzebnie, po co dzwonić? Przecież wszystko przebiega
normalnie. W końcu po to najmuje się niewolnicę, żeby mieć
święty spokój. Trwam w rozpaczliwej determinacji do weekendu.
Dostaje wypłatę czekiem, a nie jak było ustalone gotówką. Zawożę
krwawicę na Queens
i
pokazuję Staszkowi.
-
Czy nie widzisz, że czek jest nieważny?
Nic
nie widzę.
-
Przecież tu jest data 1989, a mamy szczęśliwie 1990 i to wrzesień,
nie bądź idiotką i nie wmawiaj mi przypadkiem, że się pomylili.
Mają w końcu sklep, w którym na rachunkach od ponad ośmiu
miesięcy wypisują właściwą datę.
Przypomniały
mi się zaległości w wypłatach dla Marty. Dzwoni telefon. To drugi
kuzyn - zaprasza mnie do Dallas na ostatnie dwa tygodnie pobytu w
USA. Wykupił już bilet. Zanosi się na przyjemności i atrakcje, o
których przestałam marzyć, jeszcze przed wyjazdem z Polski.
Uszczęśliwiona zyskuję nowe siły do walki.
Dzwonię
do grubasa, informując, że nie wracam, jeśli nie otrzymam wypłaty
gotówką. Przyjeżdżają błyskawicznie, zupełnie niezrażeni
zabierają nieszczęsny czek, drą. Ja dostaję pięćset dolarów -
zapłatę za dwutygodniową gehennę.
Kolejny
tydzień. Staruszka zgubiła dwukrotnie pieniądze. Na szczęście
winnego nie trudno znaleźć. To ja. Czuję się coraz mniej
bezpiecznie. Jestem bardzo zmęczona, a boję się zasnąć, bo
pomysłowość upiora jest niezmierzona.
Sobota
- idziemy do synagogi. Starowina znika mi z pola widzenia. Co za
ulga...
Obok
grupa mężczyzn w jarmułkach. Spoglądają ciekawie w moja stronę.
Dwaj podchodzą. Pytają, czy jestem opiekunką starszej pani.
Potwierdzam. Kręcą głowami.
-
To
była taka wspaniała kobieta. Co to choroba robi z człowiekiem.
Skąd przyjechałaś? - Pyta jeden.
Na
dźwięk nazwy Nowy Sącz podskakuje z radości.
-
To moje miasto! Stamtąd wyjechałem w ’38 roku.[...]
Dalej
z rozmowy wynika, że jestem w niedobrej sytuacji, bo zięć i córka
starszej pani oskarżyli kilka opiekunek o kradzież.
-
To niedobrzy ludzie, musimy dla ciebie znaleźć inne zajęcie. Gdyby
nie chcieli ci zapłacić to pójdziemy razem, do rabina na skargę.
Jakże
jestem wdzięczna memu krajanowi za tę życzliwą troskę! Wzywa
swoich ziomków. Po chwili kotłuje się wokół mnie. Jeden
proponuje wyjazd na Florydę (opieka nad piątką dzieci jego
siostry). Odmawiam. Po prostu boję się, że w razie niewypału nie
będę miała za co wrócić. Właśnie wychodzą z synagogi pierwsze
kobiety. Indagowane przez byłego sądeczanina proponują opiekę:
jedna nad piątką, druga nad czwórką dzieci. Uważam, że
spokojna, starsza osoba będzie dla mnie bardziej odpowiednia.
Zgłasza
się młode małżeństwo. Oboje piękni, wykształceni, kulturalni.
Izaak ma dla mnie propozycję:
-
Szukam uczciwego, dobrego człowieka, by zaopiekował się moją
mamą.
Matka
Izaaka wróciła właśnie ze szpitala, gdzie leżała osiem miesięcy
po złamaniu nogi w biodrze. Teraz czeka w domu córki na sensowną
opiekunkę.
-
Jak mam się
rozstać z aktualnym pracodawcą?
-
Spakuj w nocy swoje rzeczy i o 6.00 rano wyjdziesz cicho i
zatrzaśniesz drzwi, zaraz za rogiem będzie czekał na ciebie
samochód teściów Izaaka. Zadzwonimy potem do córki i zawiadomimy
o twoim postanowieniu. Nie warto sobie zawracać głowy - uspokaja
mnie nowy znajomy.
Robię
tak, jak mi poradzono. Nie jest to odejście w najlepszym guście,
ale i styl moich pracodawców pozostawia wiele do życzenia.
Niewielkie mam skrupuły. Zakończenie całej afery przebiega bez
wstrząsów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz