Dzwonię
do kolejnej agencji. W słuchawce odzywa się młody, dźwięczny
głos. To Polka mieszkająca tu na stałe. Rozmawiamy dość długo,
nic dla mnie nie ma, ale namawia, bym była z nią w kontakcie, to z
całą pewnością coś znajdzie.
Wreszcie
pewnego dnia...
Rodzina
z Long Island. Mąż, ojciec po wylewie - afazja. Potrzebna
opiekunka. Chcą się ze mną spotkać w niedzielę.
Startuję
po raz dziesiąty z dworca centralnego. Stacyjka niewielka, wieje,
zimno, w końcu to już listopad. Dzwonię. Automatyczna sekretarka
powiada uprzejmie, że państwa nie ma w domu. Ponawiam próbę - to
samo. Brakuje mi drobnych. Zaczepiam Amerykankę w średnim wieku,
rozmienia moje dolary, próbujemy, znów automat.
Kobieta
namawia dwie dziewczyny z samochodem, by mnie podwiozły. To podobno
kilkadziesiąt kilometrów. Zgadzają się chętnie. Jadą w tym
samym, co i ja kierunku. Niestety po dwudziestu minutach zmieniają
zdanie i wysadzają mnie przy stacji benzynowej stojącej na
kompletnym pustkowiu. Lodowaty wiatr przeszywa na wylot. Jestem
głodna. Włażę do środka. Trzech dryblasów z obsługi przygląda
mi się bacznie. Ponawiam próby z telefonem - znów maszyna. Któryś
z mężczyzn, chcąc mi pomóc, dzwoni raz po raz, wreszcie o dziwo
udaje się. Z jego wyjaśnień wynika, że uzyskiwaliśmy do tej pory
połączenie z innym numerem. Teraz wiadomo, że ludzie, o których
mi chodzi, nie mają w domu automatycznej sekretarki. Czekają
natomiast od przeszło dwóch godzin na znak życia ode mnie.
Dzwonili w dodatku dwukrotnie do kuzyna,
wprawiając go tym w popłoch, że wpadłam jak kamień w wodę. Tak,
czy inaczej, moi potencjalni pracodawcy wsiadają natychmiast w
samochód, by odebrać mnie na stacji w ciągu pół godziny. Czekam.
Mija jedna godzina, potem druga. Jestem coraz bardziej zmarznięta.
Dostaję szklankę wrzącej herbaty, a mój „pomagier” mówi:
-
Wracaj do New Yorku. Oni już nie przyjadą. Amerykanie uwielbiają
zawracać głowę. Uważają, że odmówić wprost, to brzydko, więc
kręcą. Zawiozę cię na stację kolejową.
Jestem
u kresu sił, więc korzystam z oferty, ale czuję się nieswojo. Nie
znam człowieka i nie mam pojęcia, gdzie jestem. W drodze mężczyzna
decyduje, że zawiezie mnie do moich niedoszłych pracodawców, by
rozwiać do końca wątpliwości.
Pół
godziny pełnym gazem i jesteśmy pod kondominium tonącym w
kwiatach. Naciskam dzwonek, uchylają się drzwi zamknięte na
łańcuch. Kolorowa dziewczyna wystawia czubek nosa i informuje, że
państwo gdzieś wyjechali. Pytam, czy nie mówili, że jadą po
opiekunkę? Jest nieprzyjemnie zdziwiona. Ona jest opiekunką, nie
składała wymówienia, a państwo są z niej bardzo zadowoleni.
-
No, widzisz? To nie trzyma się kupy - konkluduje mój dobroczyńca -
jedziemy na dworzec.
Jesteśmy
na miejscu. Nowy znajomy nie chce słyszeć o zapłacie, bąka z
ponurą miną, że trzeba sobie pomagać. Zacny facet i tyle - myślę
wsiadając do pociągu.
Jest
zupełnie ciemno. Do mieszkania kuzyna docieram ok. 21.00 (wyjechałam
o 6.00). W progu Staszek, nie dopuszczając mnie do głosu, robi
awanturę.
-
Gdzieś ty się właściwie podziewała!? Kiedy ci ludzie przyjechali
na stację benzynową, ciebie już nie było. Spóźnili się, bo
złapali dwie gumy. Pognali na dworzec, też już czmychnęłaś.
Dzwonili tu pięć razy. Nie dość, że mam pilną robotę, a oni co
chwilę zawracają mi głowę, to chce mnie szlag trafić, bo nie
wiem, czy ci się coś nie stało! Bardzo im zależy na kontakcie z
tobą - dodaje już spokojnie. Jutro musisz jechać do nich do biura
(jeszcze dalej niż dziś), kazali ci wziąć z dworca taksówkę.
*
O
6.00 rano w poniedziałek ponowny start.
Wysiadam
na wskazanej stacyjce. Na szczęście wiem, co mam robić, bo mój
rozmówca z pociągu wyjaśnił mi, że mogę wsiąść tylko do tej
taksówki, w której jest komplet pasażerów i każdy płaci swoją
część. Jeśli zrobię inaczej, będę wożona w kółko, kierowca
natychmiast zorientuje się, że jestem przyjezdna i zapłacę jak za
woły.
Ostrzeżona,
bez niespodzianek dojeżdżam na miejsce. Czeka cała rodzina: ojciec
- mój przyszły podopieczny, jego żona, bardzo elegancko ubrana
starsza pani i syn biznesmen, nieskazitelny brunet z kilkoma
srebrnymi nitkami we włosach, wypielęgnowanymi rękoma i wspaniałym
uzębieniem.
Zaczyna
się magiel. Po dwóch godzinach wiedzą o mnie wszystko. Starszy pan
na znak aprobaty uśmiecha się i kiwa głową. Mają zamiar zapłacić
trzysta dolarów za sześć dni pracy - jeden wolny. Nie jestem
zachwycona. Na Queens
kawał
drogi. Jazda w dwie strony pochłonie lwią część wolnego, a gdzie
chwila wytchnienia?
-
Wolnym dniem nie będzie ani sobota ani niedziela, tylko czwartek -
wyjaśnia młodzian.
-
Jak to czwartek? Po co mi wolne w czwartek, wtedy wszyscy pracują.
Sakramentalne - I'm
sorry -
to twój problem.
-
Musisz wyjechać o 6.00 rano i wrócić między 22.00, 23.00, bo
wcześniej nikogo nie będzie w domu, a kluczy nie dostaniesz.
To
już najmniej mi się podoba.
-
Kto w środku nocy przyjedzie po mnie na stację? - pruję wątek
dociekliwie.
-
Weźmiesz taksówkę - wyjaśnia z niezmąconym spokojem
„nieskazitelny”.
-
Kto będzie płacił za taksówkę?
-
Oczywiście ty - wyjaśnia nieco zniecierpliwiony. - Przecież
zarobisz tyle, że będzie
cię na to stać. Możesz nie korzystać z wolnego dnia (wiem, czym
to pachnie, od razu mam przed oczyma Martę).
Zirytowana
pytam, czy nie mogli mi o tym wszystkim powiedzieć przez telefon.
Żądam zwrotu pieniędzy przynajmniej za taksówkę wziętą na ich
wyraźne życzenie.
-
Praca ci nie odpowiada? - krzywi się „Cuduś”. - I'm
sorry nie
jestem ci nic winien.
Wychodzę
na zewnątrz. Wszystko się we mnie „telepie”. Głód skręca
kiszki. To, co porwałam w biegu z domu, zjadłam jeszcze w pociągu,
żadnego sklepu, nie mam gdzie kupić papierosów. Na schodach siedzi
pracownica biurowca i pali. Proszę, by mnie poczęstowała. Widząc
jak trzęsą mi się ręce, pyta, co się stało. Załamującym się
(nie wiem, czy bardziej z furii, czy z rozpaczy) głosem, opowiadam,
co i jak i pytam, jak dostać się do stacji kolejowej. Nie wie,
jakimi drogami krążą autobusy komunikacji miejskiej. Tu wszyscy
jeżdżą samochodami. Przecież nie wrócę piechotą! Do Staszka
nie zadzwonię, bo mnie zabije (poza tym nie ma samochodu - jeździ
taksówkami). Mam ponadto pełną świadomość faktu, iż
przyjechałam tu wyłącznie na własną odpowiedzialność i ryzyko.
Wtedy właśnie przychodzi mi do głowy karkołomny pomysł.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz