Korzystam
jeszcze raz z grzeczności urzędniczki i dzwonię do owej Polki, z
którą tak miło się rozmawiało, kiedy kilka dni wcześniej
zahaczyłam o jej agencję szukając pracy. Tak, to ona — poznaję
dźwięczny głos.
Mieszka
w New Hyde Park. Rozmawiając ze mną śledzi mapę i wyjaśnia, że
to około sześćdziesięciu kilometrów od miejsca, z którego nie
mogę się wydostać. Owszem, przyjedzie po mnie za mniej więcej
półtorej godziny, bo teraz ma klientów. Pyta, jak wyglądam i
prosi, bym się nie ruszała sprzed biurowca.
Zapada
mrok. Wreszcie podjeżdża terenowy land
rover i
sympatyczna blondynka kiwa przyjaźnie ręką. Zabiera mnie do
siebie.
-
Nie martw się. Jutro będzie nowy dzień, może coś dla ciebie
znajdę - powiada. Rzuca się do lodówki, wyciąga stamtąd same
wspaniałości. Daje ręcznik, nową szczoteczkę do zębów i własną
nocną koszulę. Najedzona i umyta dostaję też pudełko papierosów
(kolejny wzruszający przykład bezinteresownej, ludzkiej
życzliwości, której w trakcie krótkiego pobytu doświadczyłam
już wielokrotnie i doświadczę jeszcze niejeden raz).
-
Pamiętaj - mówi Anna - śpisz w przyziemiu i udajesz, że cię tam
nie ma, żeby nie wiem, co się działo, mój mąż nie znosi obcych,
a kiedy wróci „na gazie” z Nowego Jorku, będzie się
awanturował.
Staje
się dla mnie jasne, że to głównie Anna w niezbyt sprzyjających
warunkach walczy o przetrwanie swojej czteroosobowej rodziny.
Rano
budzi mnie rozświergotana i szczęśliwa.
-
Mam dla ciebie pracę u Włocha, o trzydzieści minut od mojego domu.
Będziesz mogła mnie odwiedzać (wyraźnie przypadłam jej do gustu,
a więc sympatia w obie strony). Mocno już speszona, jem wspaniałe
śniadanie.
-
Nie przejmuj się - śmieje się moja dobrodziejka - jeśli praca
będzie ci odpowiadać, dostanę od ciebie jedną tygodniówkę i
„wyjdę na swoje”.
Jedziemy
do
Silvany -
córki Włocha. Przepytywanka. Włoszka twierdzi, że jest
zachwycona, Anna promienieje.
-
Nie przypuszczałam, że tak dzielnie walczysz po angielsku.
Wreszcie
usłyszałam coś naprawdę miłego. Zaczynam od zaraz, muszę tylko
iść po walizy, a to zajmie cały dzień. Jadę. Zaczyna padać.
Straszliwy tłok w subwayu,
jak zwykle w godzinach szczytu. Rozmawiam z najbliższą towarzyszką
podróży - młodą przystojną Murzynką.
Kiedy
wysiadam, leje strumieniami. W tym momencie spostrzegam brak
parasola. Tego właśnie było mi trzeba. Wracam na peron pod dach,
myśląc z przykrością o kolejnym wydatku. Mijają minuty. Nagle
ktoś delikatnie kładzie mi rękę na ramieniu. Odwracam się
gwałtownie. Przede mną stoi znajoma Murzynka, promiennie
uśmiechnięta i trzyma w ręku mój parasol. Miałam go w torbie i
przy przepychaniu się do wyjścia, zaczepił się o guzik jej palta.
Drzwi się zamknęły, więc musiała wysiąść na następnym
przystanku i oto wróciła z nadzieją, że ulewa zatrzyma mnie na
dworcu.
Całuję
ją z dubeltówki! Moja radość wynikająca z jej postawy przekracza
z nawiązką zadowolenie z odzyskanej zguby. Kiedy przywożę swoje
rzeczy, Silvana
wsadza
mnie w samochód i wiezie do ojca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz