środa, 23 kwietnia 2014

Byłam niewolnicą

Po 'Okruchach pamięci' przychodzi kolej na cykl reportaży, z których część jest pokłosiem mojego sześciomiesięcznego pobytu w Nowym Jorku, a część druga relacją z moich wspólnych z mężem wędrówek po Europie. Zapraszam Państwa do przeczytania urywków książki pt. 'Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku'. Chciałabym Państwa zapewnić, że książka, jak to w reportażu bywa, jest prezentacją zdarzeń wyłącznie prawdziwych. Nie chciałabym jednak, by wrażenie wynikające z czytania urywków było mylne - nigdy moją intencją nie było uogólnianie przeżywanych przeze mnie mało miłych "przygód", wręcz odwrotnie. Negatywne doświadczenia równoważone były z nawiązką spotkaniami z ludźmi, którzy nie tylko wyciągali do mnie ręce, ale ofiarowywali nieznajomej serce i częstokroć opiekę.



Wakacje życia?

Zaczęło się idyllicznie. Kiedy w roku 1990 ciocia zaproponowała mi wyjazd do Teksasu w celach rekreacyjno turystycznych, odniosłam się do tego pomysłu z niedowierzaniem. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Ostatecznie na wszelki wypadek postanowiłam nie tylko się cieszyć, ale i spróbować. A nuż się uda?
Przede wszystkim wiza! W konsulacie kolejka. Zjawiam się w dniu wyznaczonym i oto dwie osoby dostają ją „od ręki”, bez konieczności stawania przed obliczem konsula. Jedną z nich jestem ja!
Oczyma wyobraźni widzę już Dallas, gdzie w okazałym domu z basenem tonącym w gąszczu egzotycznych krzewów mieszka mój kuzyn. Przed nosem patera pełna owoców, suchy klimat leczy moją rwę kulszową, dolegliwość jedną z wielu, jakie w wieku czterdziestu pięciu lat trapią mnie bez miłosierdzia. Teraz tylko bilet! Dopominam się niecierpliwie o termin wyjazdu jakbym chciała szybko uciec od problemów, których życie nie szczędzi. Nagle spada na mnie jak grom wiadomość, że ciocia zmieniła zdanie: Chcesz? -Jedź sama - napisała.
Co mam począć? Wycofać się w pół drogi? A może spróbować zmodyfikować wersję wyjazdu, by nie stracić wizy, którą mam w garści? Czyli nie do Dallas po słońce, ale do Nowego Jorku do roboty?
Tam mieszka inny kuzyn, drugi syn cioci. Obiecuje poczciwie pomoc. Zna właścicielkę agencji zapewniającej prace na czarno. Bez namysłu decyduję: Jadę!
Przecież wiedziałam od razu, że luksusowe wczasy, to nie dla mnie. Rzucona na głęboką wodę szybciej podciągnę się w języku, i co daj Boże podreperuję nadwerężony ostatnio domowy budżet.

*

Jest 4 września 1990 r. Jedziemy z mężem do Balic. Odlot za trzy godziny z perspektywą przesiadki we Frankfurcie. Szybkie pożegnanie przy barierce - byle się nie rozkleić!
Odprawa. Celnicy rozbebeszają walizki zapakowane perfekcyjnie przez Janusza. Ubijam nogą nadmiar betów kipiących z prawa i z lewa, przeciągam walizy w kąt. Siedzę i czekam na odlot, mając nadzieję, że moja druga połowa posłusznie pojechała do domu.
Kiedy wychodzę na płytę lotniska, jest ciemno. Pasażerowie zmierzają w kierunku samolotu. Coś każe mi obejrzeć się za siebie. Na płocie ledwie majacząca postać męża, który macha ręką na pożegnanie. Uświadamiam sobie, jak długo tam stał. Wtedy czuję głuchą pustkę w środku. W głowie kotłują się myśli: Co ja tu właściwie robię? Na moment ogarnia mnie panika i przemożna chęć powrotu do domu. Wbrew sobie szybko wbiegam po schodkach, zajmuję wskazane miejsce w samolocie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz