Po 'Okruchach pamięci' przychodzi kolej na cykl reportaży, z których część jest pokłosiem mojego sześciomiesięcznego pobytu w Nowym Jorku, a część druga relacją z moich wspólnych z mężem wędrówek po Europie. Zapraszam Państwa do przeczytania urywków książki pt. 'Byłam niewolnicą, czyli na czarno w Nowym Jorku'. Chciałabym Państwa zapewnić, że książka, jak to w reportażu bywa, jest prezentacją zdarzeń wyłącznie prawdziwych. Nie chciałabym jednak, by wrażenie wynikające z czytania urywków było mylne - nigdy moją intencją nie było uogólnianie przeżywanych przeze mnie mało miłych "przygód", wręcz odwrotnie. Negatywne doświadczenia równoważone były z nawiązką spotkaniami z ludźmi, którzy nie tylko wyciągali do mnie ręce, ale ofiarowywali nieznajomej serce i częstokroć opiekę.
Zaczęło
się idyllicznie. Kiedy w roku 1990 ciocia zaproponowała mi wyjazd
do Teksasu w celach rekreacyjno turystycznych, odniosłam się do
tego pomysłu z niedowierzaniem. To zbyt piękne, żeby było
prawdziwe. Ostatecznie na wszelki wypadek postanowiłam nie tylko się
cieszyć, ale i spróbować. A nuż się uda?
Przede
wszystkim wiza! W konsulacie kolejka. Zjawiam się w dniu wyznaczonym
i oto dwie osoby dostają ją „od ręki”, bez konieczności
stawania przed obliczem konsula. Jedną
z nich jestem ja!
Oczyma
wyobraźni widzę już Dallas, gdzie w okazałym domu z basenem
tonącym w gąszczu egzotycznych krzewów mieszka mój kuzyn. Przed
nosem patera pełna owoców, suchy klimat leczy moją rwę kulszową,
dolegliwość jedną z wielu, jakie w wieku czterdziestu pięciu lat
trapią mnie bez miłosierdzia. Teraz tylko bilet! Dopominam się
niecierpliwie o termin wyjazdu jakbym chciała szybko uciec od
problemów, których życie nie szczędzi. Nagle spada na mnie jak
grom wiadomość, że ciocia zmieniła zdanie: Chcesz? -Jedź sama -
napisała.
Co
mam począć? Wycofać się w pół drogi? A może spróbować
zmodyfikować wersję wyjazdu, by nie stracić wizy, którą mam w
garści? Czyli nie do Dallas po słońce, ale do Nowego Jorku do
roboty?
Tam
mieszka inny kuzyn, drugi syn cioci. Obiecuje poczciwie pomoc. Zna
właścicielkę agencji zapewniającej prace na czarno. Bez namysłu
decyduję: Jadę!
Przecież
wiedziałam od razu, że luksusowe wczasy, to nie dla mnie. Rzucona
na głęboką wodę szybciej podciągnę się w języku, i co daj
Boże podreperuję nadwerężony ostatnio domowy budżet.
*
Jest
4 września 1990 r. Jedziemy z mężem do Balic. Odlot za trzy
godziny z perspektywą przesiadki we Frankfurcie. Szybkie pożegnanie
przy barierce - byle się nie rozkleić!
Odprawa.
Celnicy rozbebeszają walizki zapakowane perfekcyjnie przez Janusza.
Ubijam nogą nadmiar betów kipiących z prawa i z lewa, przeciągam
walizy w kąt. Siedzę i czekam na odlot, mając nadzieję, że moja
druga połowa posłusznie pojechała do domu.
Kiedy
wychodzę na płytę lotniska, jest ciemno. Pasażerowie zmierzają w
kierunku samolotu. Coś każe mi obejrzeć się za siebie. Na płocie
ledwie majacząca postać męża, który macha ręką na pożegnanie.
Uświadamiam sobie, jak długo tam stał. Wtedy czuję głuchą
pustkę w środku. W głowie kotłują się myśli: Co ja tu
właściwie robię? Na moment ogarnia mnie panika i przemożna chęć
powrotu do domu. Wbrew sobie szybko wbiegam po schodkach, zajmuję
wskazane miejsce w samolocie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz