piątek, 9 czerwca 2023

 

Moją opowieść o Helenie dedykuję Monice- Jej Córce

(Data ukończenia tekstu i jego wysłania adresatce nie jest przypadkowa)



Helena

Ostatnia część „Tryptyku wojennego”,która powstała w ramach projektu „Wojenny Nowy Sącz”,nosi taki właśnie tytuł.

Opowieść o Helenie Barbackiej, bratanicy genialnego sądeckiego malarza, Bolesława Barbackiego łączniczki AK,sanitariuszki oddziału „Tatara”i komentarz jej córki, Moniki natchnęły mnie myślą, że moje wspomnienia o niej, należą się tej fascynującej kobiecie, z którą kontakt w okresie dzieciństwa nie pozostał bez wpływu na moje późniejsze życie.

Nie uda się w żaden sposób napisać wspomnień o człowieku z pominięciem,choćby w zarysie, jego koneksji rodzinnych, oraz miejsc które kochał szczególnie. Tak też jest i w tym przypadku.

Helena była niebywale związana ze swym domem. Kochała ogród - park, wszystkie zwierzęta małe i duże. Była artystyczną duszą , aktorką , lubiła aplauz , musiała wzbudzać zainteresowanie i zachwyt otaczających ją przyjaciół i znajomych, w większości mężczyzn. Któraż kobieta tego nie lubi? Było to jej potrzebne jak powietrze.

Dlatego moim obowiązkiem jest napisanie o tym wszystkim po trosze , na tyle,na ile dziecko mogło być świadome i poinformowane o szczegółach życia dorosłej kobiety .

Jeden z fragmentów mojej pierwszej i ulubionej książki „Okruchy pamięci” poświęciłam opisowi miejsca, w którym spędzałam wiele szczęśliwych chwil,Willi Marya, tonącej w zacienionym ogrodzie pełnym kwiatów i kwitnących krzewów i drzew. To mieszkańcy willi decydowali o tym jak ogród, dom, a szczególnie jego wnętrze , miały wyglądać i czemu służyły.

Wydawać by się mogło, że tu wszystko kojarzyło się niemal wyłącznie z osobą Bolesława, zamordowanego wraz z 40 innymi osobami z rozkazu kata Nowego Sącza, Hamanna, szefa komisariatu policji, w sierpniu 1941 roku.

Jego obrazy zapełniające ściany pokojów przyciągały wzrok i budziły żal, że mógł tak wiele jeszcze zrobić dla Sądecczyzny jako malarz, społecznik i nauczyciel młodzieży. Ale czas mijał i miejsce nieżyjącego Bolesława wypełniała coraz mocniej inna artystyczna dusza, osoba o wielkiej charyzmie, żywiołowa kobieta , aktorka, żona, matka Helena Barbacka, po mężu Ślepiakowa. To jej przepiękne portrety dominowały wśród pozostałych obrazów, bo też była ulubioną modelką stryja.

Do Willi Maryi trafiła pewnego dnia dziewięcioletnia dziewczynka wygnana przez okrutny los z raju, jakim była dla niej modrzewiowa, barcicka leśniczówka nad Popradem. To była Magda.

Pozbawiona w ciągu jednego dnia kontaktu z obszernym 9 pokojowym domem, niegdyś dworkiem Stadnickich, olbrzymim ogrodem i widokiem Popradu, lasów i pól wokół, została wciśnięta w 2 pokojowe mieszkanie na drugim pietrze, gdzie z okien pokojów widać było jedynie kamienicę vis a vis i głęboką czeluść, jaką była ulica Jagiellońska, a od strony kuchennego ganku obskurne, podwórze z restauracyjnym śmietnikiem , otoczone murem.

Przyprowadzona do ślicznego zakątka przez swych rodziców zaprzyjaźnionych z Heleną, przy okazji jakiejś kolejnej rozgrywki brydżowej, przylgnęła do tego miejsca i osoby właścicielki secesyjnego cudownego domu, z rozpaczliwą determinacją. Jej mama, Dziutka, przyjęła z ulgą ten obrót spraw .Żal jej ściskał serce, gdy musiała patrzeć na swe dziecko pogrążające się w depresji, zamknięte nagle w czterech ścianach i nie mogące zrozumieć dlaczego tak się stało. A przecież ciężka choroba dziewczynki skutkiem czego była głuchota trwająca kilka lat, już były wystarczającym powodem obniżonego nastroju. Jak Dziutka miała

jej wytłumaczyć przyczynę tego stanu rzeczy? Usunięcie całej rodziny Magdy z barcickiej leśniczówki i gospodarstwa pełnego zwierząt, za nie- prawomyślność i sprzeciw wobec nowych komunistycznych porządków w Polsce? Czy mogła opowiadać córce o aresztowaniu jej ojca i miesiącach spędzonych po kolana w wodzie w sądeckim więzieniu i o tym co tam przeszedł ledwie uszedłszy z życiem z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności? Co mogła zrobić? Wyprowadzała córkę na spacery do Parku Strzeleckiego i nad Dunajec. Na tym kończyły się przyrodnicze atrakcje.

Sympatia Heleny do jej dziecka i fascynacja jej osobą ze strony Magdy, to był dar Niebios! Skończyły się kłopotliwe pytania zadawane matce,a nastrój córki znacznie się poprawił. Częste wizyty w domu Heleny, były fantastyczną odskocznią od tęsknoty za Barcicami.

Jakie było pierwsze wspomnienie Magdy o tej kobiecie?


Pewnego dnia kilkuletnia Magda zobaczyła tu właśnie, w Willi Marya po raz pierwszy wyjątkowo piękną, szczupłą kobietę o drobnej, pociągłej twarzy, tonącej w gęstych, niemal czarnych, włosach, o dużych, długich, lekko skośnych błękitnych oczach, ubraną w długi, powłóczysty szlafrok z aksamitu, w ciemno szmaragdowym kolorze. Pod szlafrokiem rysował się już niezbyt jeszcze pokaźny brzuszek. Helena była w ciąży. Uśmiechnęła się szeroko, podeszła do Magdy i charakterystycznym energicznym ruchem wyciągnęła do niej rękę.

-Cześć! Powiedziała. Witaj Magdalenko. Na nadgarstek zsunęły się srebrne obrączki bransoletek i zadzwoniły delikatnie.

Jaka ona śliczna ! I te bransoletki i kolor szlafroka! - pomyślała z zachwytem mała kobietka.

Helena była osobą z ogromną charyzmą , zawsze w otoczeniu przyjaciół. Było stałe towarzystwo składające się z mężczyzn, którzy przychodzili tu na brydża. Krąg znajomych i przyjaciół był jednak znacznie szerszy. Przecież wojna i okupacja sprzyjały przyjaźniom trwającym przez dziesięciolecia, poza tym Helena była pracownicą banku, a w czasie wolnym aktorką Teatru Robotniczego. Szerokie zainteresowania artystyczne gromadziły wokół ludzi o tych samych skłonnościach a przyszła matka , bardzo przecież aktywna, dostała nagle pod swoją opiekę Magdalenkę, którą postanowiła zainteresować tym, co pociągało nią samą To z całą pewnością się udało.

Zaczęło się od zwiedzania ogrodu.

Przy wejściu od strony ul. Jagiellońskiej uwagę zwracał duży klomb, obok którego rosła wielka, krzywa magnolia, jako że ocalał tylko jeden z dwóch rozłożystych konarów. Klomb wypełniały piękne, bardzo różnorodne i niewysokie, wielobarwne kwiaty. To z nich Helena układała nietuzinkowe bukiety i bukieciki dla przyjaciół. W czasie, gdy rozkwitała stara magnolia , obdarowywała ich olbrzymimi mięsistymi kwiatami o różowej barwie i delikatnym, egzotycznym zapachu które nadawały się do niskich wazonów, z racji krótkich łodyg.

Prawdziwa orgia zaczynała się w maju, kiedy zakwitały liliowo szpalery bzów, rosnące wzdłuż ogrodzenia . Każdy z gości dostawał cudownie pachnące ich naręcze. Jaśminy pachniały równie bajecznie.

Forsycje w intensywnie żółtym kolorze, rozjaśniały dość ciemny ogród złotymi plamami . Adam, na tydzień przed Wigilią otrzymywał od Heleny imieninowy prezent, czyli wiecheć badyli przypominający brzozową miotłę. Helena wpadała do mieszkania z impetem i wręczała je Adamowi, tym swoim charakterystycznym energicznym gestem.

  • Masz swój bukiet Adam – zwykła była mawiać.

W Wigilię, w dniu imienin Adama suchy wiecheć zamieniał się w zjawiskowy pęk kwiatów w słonecznym kolorze. To były forsycje.

Ale w ogrodzie rosły także wśród trawy niepozorne, maleńkie fiołki pachnące tak, że Magda tęskniąc za Sądecczyzną przypominała sobie ich bajeczny zapach, próżno szukając ich w okolicach Włoszczowy.

Nie tylko one kwitły tu wiosną. Przylaszczki, przebiśniegi, narcyzy i pierwiosnki tworzyły wraz z jaskrami przepiękny kobierzec.

Do końca pobytu w Sączu układanie maleńkich bukiecików stanowiło ulubione zajęcie Magdy.

Wracajmy jednak do wspólnych z Heleną wędrówek wokół domu.

Taras od strony południowej tonął w niewielkim cienistym parku. Tworzyły go : ogromne, kanadyjskie sosny, dęby i jesiony . Te ostatnie wyrosły w pobliżu drewutni . Niestety kilka z nich wycięto i do dziś przetrwał zaledwie jeden.

Na pniu dębu spacerowały przepiękne żuki, których główki zdobiły wypolerowane brązowawe rogi .Dziś niemal nie spotykane jelonki, pokryte chitynowym pancerzem. Magda puchła z dumy, bo na pytanie Heleny o nazwę chrząszczy odpowiedziała bezbłędnie. Była przecież nieodrodną córką leśnika, która miłość do przyrody odziedziczyła jednak po obojgu rodzicach. W konarach drzew nie mogło braknąć wiewiórek, które wiedziały, że zawsze mogą liczyć na włoskie orzechy z rąk mieszkańców domu, czy też gości, chociaż orzechów laskowych było tu w bród, jako że leszczyny i jaśminy stanowiły niższe piętro parku.

Kiedy urodziła się Monika, jej rodzice posadzili wspaniałe różowe i łososiowe azalie, prezent od ryterskiego leśnika, przyjaciela z czasów okupacji, Andrusia Dutki . Krzewy te, tak wspaniale kwitnące, zdobiły w owym czasie wespół z rododendronami ogrody i parki Dolnego Śląska, ale w Sączu stanowiły ogromną rzadkość. Dziś Monika , mówi z żalem o dewastacji części ogrodu, której dopuścili się robotnicy remontujący jej rodzinną willę . Ofiarą niechlujstwa padły wtedy azalie, . Dziś sytuacja się zmieniła, nie tylko z powodu urody ich kwiatów, ale mody i faktu zmiany klimatu na łagodniejszy.

W parku wokół domu rosły jabłonie.

Helena z Magdą zbierały jabłka na placki, pieczone z upodobaniem przez obie starsze panie, Babcie Janię , matkę Heleny i jej siostrę , starowinkę o skośnych oczach, którą Magda nazywała Babcią Kot. Po szare czy złote renety wystarczyło sięgnąć z tarasu, więc szarlotka była tu zawsze.


Na wąskich tarasowatych uskokach schodzących ostro w kierunku Wólek ku torom kolejowym, rosły śliwy . Węgierki, renklody, a nade wszystko żółte mirabelki o słodko kwaśnym smaku i pięknym zapachu, o których dziś świat zapomniał.

Kiedyś tu właśnie przydarzyła się Helenie przygoda z maleńkim, złotym breloczkiem, umocowanym na skórce zegarka.

Helena w trakcie ogrodowych prac, tu na tarasach zgubiła małpkę i mimo wielogodzinnych poszukiwań, nie udało się jej odnaleźć. Po roku czy dwóch, znajomy właściciel konia i pługu wydłubał błyszczącą w skibie ziemi, cenną dla Heleny pamiątkę.

Tu,w miejsce gdzie zaczynały się tarasy, kilka razy dziennie przychodził ze swą lunetą wuj Heleny - astronom. Magda ciekawska niesłychanie wierciła mu dziurę w brzuchu, zainteresowana wszystkim, co dotyczyło jego osoby. Był dziwakiem i podobno odludkiem , ale traktował małą Magdę przyjaźnie i z pewnym pobłażaniem. Pozwalał dziecku oglądać przez lunetę tarczę zachodzącego słońca, ale i okolice.

Na co dzień jedynym mężczyzną mieszkającym tu wśród kobiet był właśnie on . Od czasu do czasu pojawiał się jednak mąż Heleny, Adam, żołnierz podziemia od 41 roku, który w pewnym okresie pracował na rzecz przerzutów kurierskich na Węgry, lecz ostatecznie zagrożony wpadką znalazł się w lesie, w oddziale Juliana Zubka - Tatara. Tam także w 44 roku z tych samych co Adam powodów, zjawiła się Helena.

Po wojnie Adam studiował na Politechnice Krakowskiej. Obaj bracia Heleny także. To na żonie Adama spoczywał cały ciężar utrzymania domu i rodziny.

Skutek nakazu pracy, który dotknął i młodego inżyniera budownictwa wodnego, zaowocował kilkuletnią rozłąką z rodziną. Adam budował bowiem przez lata zaporę w Goczałkowicach. Mężczyzna bardzo przystojny i sympatyczny, musiał pogodzić się z faktem, że dom jego żony nieustannie wypełniali liczni goście, bo Helenie ciążyła samotność a tę pustkę zapełniali przyjaciele i znajomi. Magda niejeden raz myślała o partyzanckim ślubie tych dwojga w kościółku św. Rocha. Ekscytowała ją tajemnica, która zapewne musiała być zachowywana ze względów bezpieczeństwa, ale także pseudonimy narzeczonych. „Gencjana” i „Żar!”

Najpiękniejszy leśny kwiat, czyli dziewczyna wielkiej urody o błękitnych podłużnych oczach, żywiołowa i pełna pasji i chłopak zapewne pełen żaru, pasujący do niej nie tylko urodą. Magda przeżywała fragmentaryczne jedynie wspomnienia Heleny o partyzantce,o pobycie w oddziale „Tatara” na tzw. melinie. Dorośli niechętnie dzielili się z dziećmi historią i wspomnieniami przeszłości, by dzieci nie wysypały tzw. trefnych informacji. Tak było w kontaktach Heleny z Magdą. Czasem coś bąknęła, przyparta do muru, a Magda ,dziecko z wybujałą wyobraźnią, rozpamiętywała strzępy opowieści. Któregoś dnia Helenie wyrwało się kilka zdań o Hamannie, który pełnił w okupowanym N. Sączu funkcję szefa policji.

Sadysta i morderca był postrachem mieszkańców. Ponieważ z jego rozkazu zginął Bolesław Barbacki i kilku przyjaciół Heleny i wielu znajomych , jej stosunek do potwora był szczególny. Powiedziała kiedyś Magdzie, że widziała pewnej okupacyjnej nocy rybie oczy Hamanna o białych rzęsach, za oknem salonu i stanęła jak słup soli, bo przerażenie odebrało jej na moment możliwość wykonania jakiegokolwiek ruchu. Nie mniej wstrząśnięta była Magda. W nocy przyśnił się jej Hamann i zerwawszy się z łóżka przyzywała swą rodzicielkę głośnym krzykiem.

No cóż . Helena miała zacięcie dramatyczne. Co do tego nie było wątpliwości.

Wróćmy teraz do willi. W czasie okupacji mieściła się tu tajna biblioteka „Towarzystwa Gimnastycznego Sokół”, pokoje od frontu zajmowali niemieccy wojskowi , od strony ogrodu do domu przychodzili w nocy partyzanci. Trzeba było nie byle jakiej odwagi i pewnej fanfaronady, by w tej sytuacji hołdować maksymie, że: „najciemniej jest pod latarnią”. Jak widać powodów do obaw przed inwigilacją niemiecką było wiele i Helena zdawała sobie z tego sprawę.

Po wyzwoleniu dom pełnił już zgoła inne funkcje.

Magda wchodziła tam zazwyczaj przez drzwi kuchenne, od strony tzw. kuchennego ganku. Spotykała swa idolkę, która w asyście kotów kręciła się wokół kuchennego pieca, robiąc herbatę. W obowiązkach domowych wyręczały ją obie babcie, a w dodatku mieszkały wraz z rodziną jeszcze dwie kobiety, które po powrocie z pracy utrzymywały w wielkim domu porządek.

Koty najchętniej rezydowały na kolanach właścicielki, ale wysadzone z nich na podłogę, lokowały się w duchówce, integralnej części kaflowego pieca kuchennego,która służyła do utrzymywania potraw w cieple,w czasie gdy nie palono już pod kuchnią. Natomiast w Willi Marya z duchówki zwisały często dwa lub trzy kocie ogony Na obiad nie było miejsca. Zwierzęta były prawdziwymi domownikami i członkami rodziny. Tak koty, jak i psy były to na ogół przybłędy , wyrzucone, zagubione czy też będące ofiarami wypadków ulicznych . Wszystkie przygarniane serdecznie, wracały do zdrowia na tyle, na ile to było możliwe. Nie darmo Helena była czynnym członkiem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Tu znów okazało się, że i Magda jest wielką miłośniczką zwierząt, a więc odnajdywały wspólny język i w tej sprawie. W albumie Magdy zachowało się do dziś zdjęcie dziewczynki z jej przyjaciółką Heleną i kudłatym pieskiem-znajdą.

Pełne zrozumienie u domowników znajdowała postawa pewnego wyżła, który w odróżnieniu od innych psich rezydentów miał prawdopodobnie swój własny dom, w którym powodziło mu się wcale nieźle, ale nuda wypędzała go stamtąd i szedł na tzw. włóki . Nie wiadomo czy miał w zapasie więcej domostw, gdzie zjawiał się znienacka, właził na fotel lub inny wyścielany mebel bez skrępowania. W każdym razie Willa Marya była miejscem, gdzie pojawiał się co jakiś czas. Przyjmowano to jego umiłowanie wolności ze zrozumieniem i pobłażaniem. Gościł tu tak długo jak chciał ,wreszcie któregoś dnia znikał równie nagle, jak się pojawiał.

Początkowo Helena szukała go i rozpuszczała wici, obawiając się, że mogło mu się stać coś złego, ale później machnęła ręką .

Magdę oczarowało wnętrze domostwa.

Helena widząc zachwyt dziewczynki, pokazywała jej szczegółowo każde niemal pomieszczenie . Pokoje o ścianach pokrytych pięknymi wzorzystymi tapetami, meble, portrety własne i innych osób. Wchodziły z kuchni do maleńkiego pokoiku ,stamtąd do stołowego z wspaniałym piecem z secesyjnych kafli i urodziwym świetlikiem, który zdobiły witraże z motywami kwiatów, także secesyjne. Meble były góralskie, rzeźbione i wyżynane i wszędzie kilimy i wełniaki. W narożniku pokoju stał fortepian, na którym starszy brat Heleny, Tomek ,bardzo z wyglądu przypominający swą siostrę, grał w trakcie swych wizyt. Jednym z obrazów Barbackiego był portret młodszego brata Heleny, Tadka. Mały chłopiec o blond włosach ostrzyżony na pazia, w sweterku w zielono czerwone paski. Malarz nigdy go nie dokończył i dół obrazu był ledwie zarysowanym szkicem. Magdalena wyobrażała sobie dramaty, z powodu których nie ukończono dzieła, ale się okazało, że malarz stracił po prostu cierpliwość do nieznośnie wiercącego się modela.

Miejscem, który przyciągał jak magnes był jednak buduar aktorki ,gdzie zawsze unosił się delikatny zapach pudru . Pokój narożny z wykuszem, gdzie na toaletce pod lustrem leżały nie tylko kosmetyki, ale i wpinki bransolety, kolczyki, naszyjniki - czyli biżuteria , którą częściowo tworzyła sama Helena. Przy pomocy specjalnych żelazek robiła kwiaty o różnej barwie i kształcie. Były to cacuszka z jedwabiu, które lądowały między innymi w klipsach,dobierane odpowiednio do określonych kreacji. Te wisiały w ściennej szafie i było co oglądać . Przepiękne ,długie suknie teatralne, które czasem wyjmowała na prośbę Magdy . Dziewczynka dotykała materiału , koronek, ozdób z pietyzmem, zachwycona kolorystyką ubiorów.

Tu , czuła się jak ryba w wodzie, a wrażenie, jakie wywarły na niej rękodzieła Heleny i pewien rodzaj żalu, że ona sama nigdy nie doścignie umiejętności utalentowanej gospodyni, zaowocowało po dziesięcioleciach, gdy zaczęła zdobić suknie , serdaki , czy narzuty i poduszki z aksamitu aplikacjami i kwiatami z jedwabiu, opracowywanymi przez siebie pod względem kształtu i kolorystyki od A do Z . Woziła je do krakowskich galerii nie mając uprawnień plastyka, dumna, że może dać upust swym zainteresowaniom i zdolnościom plastycznym i poczuciu piękna. Gdzieś tam w głowie ukrywało się marzenie o malowaniu, bo jak o tym nie marzyć oglądając przepiękne obrazy Bolesława? W jakimś sensie ziściło się i to. Będąc na rencie malowała na szkle . Obrazki cieszyły się powodzeniem, a finałem tej pasji był wernisaż i wystawa w sądeckim MCK Sokół, gdzie znalazły także swe miejsce zdjęcia kwiatów i aplikacji z jedwabiu. .

Portretów Heleny było w domu sześć. Magda pamiętała przez dziesięciolecia ten w kapeluszu ,drugi w góralskim stroju, a trzeci , ogromy, nie był autorstwa B.Barbackiego. Całą postać w przepięknej białej sukni z wachlarzem ze strusich piór, namalował Jerzy Potrzebowski ,znakomity artysta zaprzyjaźniony z rodziną Barbackich.

Jakie obrazy wisiały w mini galerii Barbackiego, tego już nie udało się Magdzie zapamiętać

Teatr Robotniczy był miejscem niezwykle uczęszczanym i lubianym przez Sądeczan. Tu, w sztukach teatralnych Helena grała na ogół pierwsze skrzypce. Magda bywała po wielokroć wraz z mamą na wspaniale wystawionych sztukach jak „Sen Nocy letniej” gdzie Helena grała Puka, czy „Zemście”,gdzie przyszło jej grywać Podstolinę.

Rewelacyjna scenografia, muzyka, choreografia wielu przedstawień, cudowne oświetlenie, oczarowywały wiernych widzów tak dorosłych , jak i dzieci, bo sztuki dla dzieci wystawiano także. „Królowa śniegu”,czy bajka „O szewczyku Dratewce”, bo także teatr kukiełkowy pana Stanisława Pudły sprawdzał się wyśmienicie. Wszędzie udzielała się Helena, a jako nie spełniona dziennikarka chętnie pisała teksty różnorakie, w tym szopkę satyryczną. Magdzie nie udało się jednak nigdy, już jako osobie dorosłej, zaciągnąć do teatru czy kabaretu sądeckiego, chociaż miała na to wielką ochotę choćby dlatego, że w przekonaniu wielu osób, miała do tego niezły dryg.


Helena była wielką amatorką grzybobrania. Po urodzeniu Moniki udawało się jej czasem wyrwać z domu. Jechały wtedy z Magdą i jej mamą pociągiem do Rytra, lub docierały do chełmeckiego lasu . Przy okazji nie omijały na ogół cmentarza w Rdziostowie, gdzie spoczywali rozstrzelani bohaterowie Sądecczyzny, a w ich liczbie pani Czarnota de Sas Bojarska i Wojtek Wink. Ona, krucha starowina o niezłomnym sercu i charakterze, on młody silny człowiek z głową pełną cudownych planów na życie po wojnie. Męczennicy, nad którymi pastwiono się bezprzykładnie, by zmusić ich do zeznań . Bez skutku. Każdemu z nich należała się nasza modlitwa i zapalona świeczka.

Sytuacja Heleny i Magdy, gdy w domu pojawiło się dziecko, zmieniła się radykalnie. Magda przez szereg miesięcy miała osobę swej ulubienicy na wyłączność, a teraz przyszedł czas, że pierwsze skrzypce grało niemowlę, któremu matka poświęcała większość czasu. Magda była zazdrosna o tę małą osóbkę, która stanęła między nią i Heleną, ale jej cudowna kochająca mama, Dziutka pomogła swemu dziecku przyjąć do wiadomości oczywiste fakty. Monika rosła i coraz bardziej ujawniał się temperamencik dziewczynki, odziedziczony zapewne po matce. Ogromne zainteresowanie teatrem sprawiało, że wysiadywała za kulisami towarzysząc swej rodzicielce w niemal każdym przedstawieniu, uczyła się tekstów na pamięć, bez najmniejszych trudności, a w domu oczywiście bawiła się w teatr.

Magda zapamiętała scenę, w której brała udział córa Heleny, licząca sobie wtedy około pięciu wiosen i jej młodsza przyjaciółka i sąsiadka zza płotu, Ewa Zaranek.

Ta druga spokojna, nieco flegmatyczna, dostała od młodocianej partnerki dyrygującej spektaklem rolę księcia, natomiast Monika grała księżnę. Lalka, czyli dziecko tych dwojga spoczywała w maleńkiej kołysce.

Monika wygłaszała kwestię przez siebie wymyśloną czule i łagodnie:

  • Ach lulajże luby książę to dziecię.

    W tym momencie uświadomiła sobie zapewne, że ruch kołyski w rękach Ewy nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. Rozlega się wrzask księżnej- reżysera:

  • Tylko nie taak! Nie taak! Bo ci książęcy bachor z betów wyleci!!!

Monika rosła, a po dwóch latach urodziło się w rodzinie Barbackich kolejne dziecko. Był to syn Tadeusza i Zosi - Jacek.

Miał ok. sześciu miesięcy, gdy zapakowano go do koszykowego wózka i z poręki Heleny pozwolono Magdzie wozić malca po ogrodowej ścieżce.

Ta wreszcie wymyśliła,przez nikogo nie kontrolowana,że nie tylko

wyjedzie na ulicę, ale przejdzie z wózkiem na drugą stronę Jagiellońskiej, licząc, nie wiadomo czemu, na aplauz, zainteresowanie i podziw przechodniów. Jacek na szczęście przytroczony był do karety szelkami i gdyby nie to, nie skończyłoby się zapewne na sporym krwotoku z nosa i umiarkowanej reprymendzie udzielonej rozkosznej niańce przez matkę ofiary . Wiara w zdrowy rozsądek podopiecznej została w Helenie zachwiana, a Magdalenka przez dłuższy czas nie pokazywała się w willi, nie zwierzając się także swym rodzicom z paskudnej przygody .Nikt im nie doniósł o wyczynie ich latorośli, bo tak matka Jacka jak i Helena uznały zapewne, że karą wystarczającą za idiotyczny wyczyn był lęk i wstyd winowajczyni. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Przeprowadzka do Włoszczowy zawiesiła wszystkie kontakty Magdy i jej rodziców z sądeckimi przyjaciółmi na 25 lat. Pozostały listy pisane od czasu do czasu.

Tak to w roku 1963, ku swemu przerażeniu otrzymali kopertę z klepsydrą donoszącą o śmierci Adama Ślepiaka. Był jeszcze młodym człowiekiem . Jego córeczka w chwili śmierci ojca miała zaledwie dziewięć lat. Do dziś pamięta opowieści swego taty o melinie nad Łomnicą i szybowcowy lot w wieku lat czterech, kiedy udało się ten fakt ukryć przed jej matką. Kiedy Adam wrócił wreszcie z goczałkowickiego zesłania i pracował w sądeckich melioracjach, miał czas nie tylko dla jedynaczki ale na funkcję prezesa sądeckiego aeroklubu, jako że loty szybowcem stały się jego pasją.


Po 25 latach nieobecności, Magda z mężem szczęśliwym zbiegiem okoliczności wylądowali znów w Sączu, wytęsknionym przez Magdę przez lata spędzone na Kielecczyźnie. Z nimi powrócili tu rodzice .

Nadzieje odnowienia kontaktów przez pierwsze lata niemal zupełnie zawiodły, a jednak w Willi Maryi pod tym względem niewiele się zmieniło

Helena była serdeczna i przyjacielska jak dawniej .Upływ lat,pozostawił na niej pewien ślad, ale nadal była szczuplutka, żywiołowa , spontaniczna i pogodna. Cieszyła się z powrotu Magdy. Było o czym pogadać nadrabiając utracone ćwierćwiecze.

Ulubiony dom niestety nieco opustoszał. Zmarł przecież Adam. Stary astronom także zniknął, Monika wyjechała na studia .

Helena i babcie zostały ze swymi psami i kotami. Biegała na brydża do Klubu Sądeczan. Część kontaktów pozostała jak dawniej, choć wielu przyjaciół odeszło na drugą stronę.

W czasie wizyt Magdy, obie popijały herbatę a w zimowe dni gospodyni co i raz wybiegała w samym sweterku na kuchenny ganek,z wielkim nożem, którym nabierała porcje smalcu ze słoika . Przyklejała smalec do poręczy ganku, a stado sikorek ze świergotem rzucało się na pożywne jedzonko, które uzupełniało zawartość pudełeczek dyndających na sznurkach wypełnionych ziarnem zatopionym w tłuszczu . Dlatego też wiosną ogród rozbrzmiewał świergotem skrzydlatych domowników.

Rodziców Magdy dopadł także wiek więcej niż średni, ale cieszyli się bardzo z powrotu do miejsc ukochanych. Przystarzał się mocno ulubiony ich pies przywieziony tu z Włoszczowy.

Pirat w blokowisku nie mógł się odnaleźć. Przyzwyczajony od szczenięcia do wielkiego ogrodu i wypraw do lasu oddalonego dosłownie o krok,

teraz polegiwał w kącie zwinięty w kłębek, schorowany mocno i ponury.

Helena zaproponowała Adamowi, by przyprowadzał Pirata do ogrodu każdego dnia ,aby nieszczęsny czworonóg mógł spędzić swe ostatnie lata w cieniu drzew.

I tak kolejny rezydent znalazł tu przytulny kąt, miał budę, która dawała ochronę przed deszczem wiatrem i zimnem, a wieczorem, jego pan zabierał go do blokowego mieszkania, by psu nie przyszło do głowy, że został porzucony na starość.

Mijały lata . Odchodzili kolejno krewni, przyjaciele i znajomi . Odeszła także w smugę cienia Helena, ale wspomnienia o niej pozostały w myślach i sercu Magdy i choć ona sama dobija dziś osiemdziesiątki, ta część jej dzieciństwa stoi przed nią jak żywa, bo starość ma przywilej wspominania czasu, gdy byliśmy szczęśliwi.

11.11. 2022 Nowy Sącz Magdalena Ponurkiewicz















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz