środa, 19 lutego 2020


Admirał Jozef Unrug i inni
Joseph Michael Hubert von Unruh. Tak brzmiało w orginale nazwisko rodowe urodzonego pod Berlinem arystokraty niemieckiego , syna pruskiego generała majora gwardii, legendarnego polskiego admirała. Dziś, po latach wstydliwego milczenia znów jest na ustach coraz większej rzeszy polskich patriotów . To przecież jeden z głównych twórców Gdyni, wspaniałego portowego miasta, gdzie swą przystań miały piękne, nowoczesne okręty.
Ukończył niemiecką Szkołę Marynarki Wojennej, z braku wyboru. W 1915 awansowany do stopnia kapitana, od 1917 roku był dowódcą flotylli okrętów podwodnych marynarki niemieckiej, równocześnie piastując funkcję komendanta szkoły podwodnego pływania.
Już w 1920 roku zakupił na swoje nazwisko pierwszy okręt wojenny odrodzonej marynarki II RP, ORP „Pomorzanin,” dbając równocześnie o rozbudowę portu wojennego. 1925 roku powierzono mu dowództwo naszej floty. To dzięki niemu, w chwili wybuchu wojny marynarka wojenna była
najnowocześniejszym rodzajem broni polskiej armii.
Był już Polakiem sercem i duszą. Józefem Unrugiem.
Gdy Niemcy napadły na Polskę, „zapomniał” natychmiast perfekcyjnie znanego mu niemieckiego języka i z Niemcami porozumiewał się wyłącznie przez tłumacza.
Gdynia i Oksywie , mimo szczupłych sił, broniły się zaciekle pod jego komendą trzy tygodnie, a załoga Helu walczyła bohatersko do 2 października.
W niewoli napominał żołnierzy, by ci nie podawali Niemcom ręki.
Po wojnie trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymał awans na wiceadmirała. Po rozwiązaniu Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie dowodził kutrami rybackimi w Marokku, wreszcie przeniósł się do Domu Spokojnej Starości Polskiego Funduszu Humanitarnego we Francji, gdzie dorabiał jako kierowca. Zmarł w wieku 88 lat w roku1973.
Równie wspaniały , jak życie, był jego testament. Zastrzegł w nim, że jego szczątki mogą wrócić do ojczyzny tylko w takim wypadku, gdy zostaną godnie pochowani jego podkomendni i współpracownicy, straceni bezprawne przez reżym komunistyczny, wielcy bohaterowie pod pretekstem tzw. spisku komandorów,wielcy bohaterowie ,: kmdr Stanisław Mieszkowski, kmdr Zbigniew Przybyszewski i kmdr Jerzy Staniewicz.
„...Godny pochówek ich trzech odbył się 16 grudnia 2017 roku na tym samym cmentarzu. Dopiero 29 czerwca 2018 roku tamże pochowani zostali z honorami, wraz z żonami: kontradm. Adam Mohuczy, kmdr pil. Kazimierz Kraszewski, kmdr Wacław Krzywiec, kmdr Marian Wojcieszek, kmdr por. Robert Kasperski, kpt. mar. Adam Dedio, kpt. mar. Zdzisław Ficek, bosm. Edmund Sterna, st. mar. Jerzy Sulatyck...” Krzywiec, kmdr Marian Wojcieszek, kmdr por. Robert Kasperski, kpt. mar. Adam Dedio, kpt. mar. Zdzisław Ficek, bosm. Edmund Sterna, st. mar. Jerzy Sulatycki


Ich szczątki zostały zidentyfikowane po dziesięcioleciach w Warszawie i pochowane na Cmentarzu Marynarki Wojennej w Gdyni, wraz z ich legendarnym dowódcą i jego małżonką, którzy powrócili wreszcie do Polski po latach tułaczki.
To tylko jeden z przykładów bohatera, Polaka z wyboru. Było ich znacznie więcej, a ja przytoczę kilka innych, z którymi zetknęłam się pośrednio lub bezpośrednio.
Z Rodziną Burszów wiąże mnie odległe już w czasie, powinowactwo z racji małżeństwa mej ciotecznej babki, Kazimiery Maciejowskiej z Teodorem Bursche, ewangelikiem o bawarskich korzeniach. Rodzina uciekła w XVII wieku przed prześladowaniami religijnymi, zamieszkując w Polsce . Część członków owej rodziny spolszczyła nazwisko i od tej pory brzmiało ono, Bursze. Znani są z tego, że zawód architekta, czy konserwatora sztuki piastowało kilku z nich w trzech pokoleniach. Wybitnie uzdolnieni, zapisali piękne karty w polskiej architekturze a historię rodziny opisano w „Sagach warszawskich” Olgierda Budrewicza, gdzie znalazła się wśród znakomitych, zasłużonych dla Polski warszawskich rodów. Oczywiście nie tylko z powodu roli w architekturze, ale i za przyczyną ewangelickiego biskupa!(1862 – 1942) Juliusza Bursze, brata Teodora, ożenionego z potomkinią zamożnego rodu Krauze. Nazwisko, jak widać, także niemieckie.
Juliusz pełnił początkowo funkcję radcy Konsystorza ewangelicko – augsburskiego, a w 1904 mianowany przez cara Mikołaja II, superintendentem Kościoła ewangelicko – augsburskiego w Królestwie Polskim. Później otrzymał godność biskupa. W 1918 zasiadł w Radzie Stanu, a 1928 stał na czele Rady Kościołów w Polsce, pełniąc równocześnie rolę biskupa swego Kościoła w II RP. W 1936 wydał manifest do ewangelików polskich potępiających ideologię hitlerowską. Występował także jako obrońca Kościoła ewangelickiego w Niemczech.
„..Biskup Bursche pochodził z rodziny o niemieckich korzeniach, jednak całym swoim życiem i pracą stworzył wzór Polaka-ewangelika, wspierającego polską rację stanu – Bursche przeciwstawiał się
Został umieszczony w obozie w Sachsenhausen k. Oranienburga. Jego nieugiętą postawę oraz odrzucenie niemieckich propozycji wyrzeczenia się polskości, podkreślała krajowa prasa konspiracyjna, m.in. Biuletyn Informacyjny nr 9 z 1942 napisał: „Pomimo presji samego Himmlera, pomimo cierpień jakie spadły za jego nieugiętość na całą rodzinę Burschów – ksiądz biskup nie wyparł się swej polskości i nie uległ przed pokusami proponowanymi przez wroga”[10]. Zmarł z wycieńczenia w szpitalu więziennym Moabit, wielokrotnie torturowany w czasie przesłuchań. Dokładna data jego śmierci nie jest znana – 20 lutego 1942 jest datą umowną, najbardziej prawdopodobną. Rodzinie nie ujawniono miejsca pochówku i odmówiono wydania doczesnych szczątków zmarłego. Dopiero w 2017 roku dzięki odnalezieniu dokumentów udało się ustalić miejsce pochówku urny z prochami biskupa na Miejskim Cmentarzu przy Humboldtstrasse w Berlinie Reinickendorf[2].
Represje dotknęły również trzech jego braci (przeżył tylko jeden) oraz syna (inż. Stefan Bursche, rozstrzelany przez hitlerowców 17 lutego 1940 w lasach lućmierskich[6]), aresztowanych przez Niemców w pierwszych dniach okupacji – na ich aktach Himmler napisał: „Diese Familie ist auszurotten” (pol. „tę rodzinę trzeba wytępić”)[10]
11 listopada 2018 roku pośmiertnie odznaczony przez prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego jako wyraz najwyższego szacunku wobec znamienitych zasług poniesionych dla chwały, dobra i pożytku Rzeczypospolitej Polskiej, z okazji Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej[12].
Kto nie słyszał historii rodu ostatnich właścicieli zamku w Żywcu”?
W czasie II wojny Światowej Żywiec znalazł się w granicach III Rzeszy. Karol Olbracht Habzburg odmówił podpisania volkslisty. Dobra zostały mu odebrane. Arcyksiążę został przez Niemców internowany i udało mu się wydostać tylko dzięki rodzinnej interwencji . Pozwolono mu w końcu wyjechać do Skandynawii.
W 1944 roku na podstawie dekretu o reformie rolnej Państwo Żywieckie zniknęło po 447 latach istnienia.
Zamek jednak pozostał. Tam też, w 2000 roku powróciła gnana tęsknotą Maria Krystyna Altenburg, córka Karola Olbrachta Habzburga, do przydzielonych przez miasto pomieszczeń w obrębie Nowego Zamku. Pozostała tu do śmierci, otoczona czcią i sympatią mieszkańców.
„..Kiedy pytano Marię Krystynę Habsburg, czy – mieszkając poza ojczyzną – często myślała o Polsce, odpowiadała: „Cały czas. W Polsce jest wszystko – wspaniałe góry, jeziora, morze, piękna roślinność. Za tym wszystkim tęskniłam. Nawet gdy mówię po szwedzku, niemiecku czy francusku, myślę po polsku. Polska jest dla mnie non plus ultra...” Nigdy nie zrzekła się polskiego obywatelstwa. Nigdy nie przyjęła żadnego innego.

Opowiadał mi kilka lat temu dzieje swojej rodziny Adam Sylka, od lat zawiadujący schroniskiem na Łabowskiej Hali . Mówił pięknie, przytaczając dramatyczne i tragiczne losy kilku pokoleń, starej niemieckiej szlachty z polskim samopoczuciem, przez wieki wiernej Polsce. O wspaniałym kaszubskim rodzie walczącym o polskość, płacącym za tę wierność najwyższą cenę, albo ponosząc skutki wieloletnich prześladowań ze strony sąsiadów – okupantów i terroru czasów komunizmu. Wywodził historię Kaszub od czasu Krzyżackich napaści, mówił o rozkwicie tych ziem za panowania Jagiellonów, o świetności Gdańska, i o permanentnych próbach rugowania stąd Polski i Polaków.
Dlaczego Kaszubi przetrwali ?Zapytałam.
„.. miała kapitalne znaczenie postawa rdzennej ludności , głęboka wiara katolicka.
To tu wśród leśnych niewielkich skupisk ludzkich mogli się czuć bezpiecznie emisariusze Powstania Styczniowego, a po jego upadku jego uczestnicy... „ Tak snuł swą opowieść Adam, którego można było słuchać godzinami . Mówił o literaturze i jej bohaterach „... każdy z obszarów zagarniętych przez zaborcę miał swego Staszka z Przygód Remusa, ks. Robaka z Pana Tadeusza, czy Maziarza z Zaklętego Dworu...
Wracał opowieścią nie tylko na Pomorze, ale i do Wielkopolski, której nie ominęły prześladowania, gdzie walczono uparcie o niezawisłość, gdzie sięgały nie tylko jego korzenie, ale i moje.
Podobieństwo części losów rodu Sylków i Morzów, mej rodziny ze strony mamy, której przedstawiciele, przodkowie, pradziadowie i dziadowie opierając się przez pokolenia germanizacji, ostatecznie zostali pozbawieni swych gniazd, miejsc na ukochanych terenach nad Wartą, o powrocie do których, nie mogło być mowy.
Niewielu Sądeczan wie, że kiedyś ,w Gołąbkowicach mieszkał z rodziną przedwojenny „granatowy” Policjant o niemieckim nazwisku Siegel. Naciskany przez Niemców by podpisać volkslistę oburzony odpowiedział „.. Jo?! Tyle lot polski chlyb jod ! Polok jestem!
Zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym i nigdy nie zaparł się siebie.
Jego bratanica wyszła za niemieckiego grafa, który na znak protestu przeciw niemieckim zakusom, zmienił nazwisko na Wilczyński.
W ostatnim czasie niejeden z nas słuchał płomiennych wystąpień Stefana Thompsona, młodego, niezwykle sympatycznego Anglika o polskich korzeniach. Jego przemówienia mają ten walor, że są wygłaszane w języku angielskim, a mówi o wielu najistotniejszych dla Polaków i Polski problemach.
O polskich doświadczeniach pełnych cierpienia, o 200 wojnach, które stały się udziałem Polaków, o kilkunastu powstaniach, prześladowaniach , o polskiej tragicznej i bohaterskiej historii, o nieustającej walce niezłomnych o niepodległość ,sprzeciwiających się zdradzie i zaprzaństwu. |To on wyjaśnia i tłumaczy światu przyczyny obecności tłumów na Marszach Niepodległości, które każdego kolejnego roku rosną w siłę. O marszu 250 000 patriotów, nazywanych
kłamliwie i cynicznie faszystami i nacjonalistami, i o ich przywiązaniu do kraju i narodu. On sam jest ich znakomitym emisariuszem i nasza dumą.

Wreszcie, kto nie zna dr Bawer Aondo Akaa, czarnóskorego syna Nigeryjczyka i Polki, niepełnosprawnego doktora teologii?Autora wielu artykułów i książek, prawicowca , uczestnika Marszów Niepodległości, społecznika walczącego z aborcją? To jeden z wybitnych Polaków, którego głos jest coraz bardziej słyszalny i który się liczy.
W końcu przyszła pora by odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego o nich wszystkich piszę?
Bo Polakiem można być, co oczywiste, bez względu na kolor skóry , wiarę i korzenie.
Ważne jest to, by biło w nas polskie serce, a polska dusza nie pozwalała nigdy ustępować z właściwie obranej drogi.
Przypomniało mi się zdanie Romana Dmowskiego, cytowane niedawno przez Prezydenta RP, A. Dudę:
„ Polakiem jestem, więc obowiązki mam polskie!”

Dlaczego tak ważne są przykłady przytaczanych tu postaw? Te przykłady które, co do tego jestem przekonana, są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.
Dziś coraz głośniej krzyczą ci, których tzw. patriotyzm kojarzy się wyłącznie ze zdradą. To oni, tzw Europejczycy, m.in. chcą oderwać Śląsk od Macierzy. Marzy im się niemiecki Gdańsk i niemiecki Wrocław czy Opole.
A nas, w których bije prawdziwie polskie serce jest więcej! Musimy o tym pamiętać, dając takim zakusom stanowczy odpór.

Nowy Sącz 18.02. 2020 Nowy Sącz.                     M Ponurkiewicz


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz